Reklama

Azjatycki decoupling. Trzeci spadek na GPW?

Dobre dane z amerykańskiej gospodarki wystarczyły zaledwie do tego, żeby zatrzymać przecenę na Wall Street. W Azji rynki rozjechały się w przeciwnych kierunkach, ale dominują obawy o inflację.

Wczorajsze dane ze Stanów o liczbie wniosków o zasiłki dla bezrobotnych i sprzedanych domach okazały się znacznie lepsze od oczekiwań, lecz mimo to amerykańscy inwestorzy pozostali pod wpływem nie najlepszych nastrojów w Europie. Pojawiły się teorie, że ważniejsze stają się dane z Chin niż z USA, ale te po pierwsze także były świetne, po drugie mają większe znaczenie dla nastawionej proeksportowo Europy, po trzecie grożą USA co najwyżej eksportem inflacji, a więc jet dokładnie tym, czego Stany oczekują.

Na rynkach azjatyckich doszło do schizmy, ale wzrost Shanghai Composite o 1,4 proc. nie przełoży się raczej na poprawę nastrojów w Europie. Chiński indeks był pchany przez notowania deweloperów, których indeks branżowy zyskał 3,7 proc. Trzeba jednak pamiętać, że Szanghaj mocno tracił na wcześniejszych sesjach, a i na przestrzeni roku wyraźnie odbiega od pozostałych rynków ze stratą 15 proc.

Reklama

Dzisiejszy wzrost nie jest więc nawet nadzieją powrotu trendu wzrostowego, lecz tylko korektą w trendzie spadkowym. To za mało, by liczyć, że jego dzisiejszy wzrost przełamie złe nastroje w Europie. Tym bardziej, że przeciwwagą jest spadek Nikkei o 1,6 proc. i Kospi o 1,7 proc. Indeks giełdy w Dżakarcie zapikował o 3,2 proc. W Azji dominują obawy o wzrost inflacji, zwłaszcza cen żywności. Rosnące notowania surowców i zbóż nie pozostawiają wiele miejsca na życzliwą interpretację zjawiska dla gospodarki.

Nastroje w Europie są więc rano w piątek rano podłe. Wczoraj wieczorem można było liczyć na to, że po dwóch dniach spadków koniec tygodnia przyniesie odbicie, ale wygląda na to, że nic z tego nie wyjdzie. Na wykresie WIG20 bardzo szybko powstała formacja prospadkowa, która przykryła techniczne sygnały kupna po ustanowieniu rekordu hossy zaledwie we wtorek. Obroty wczoraj wzrosły, co nie jest dobrym znakiem i należy spodziewać się dalszej przeceny.

Być może uda się obronić dziś poziom 2700 pkt, ale trzeba zastanowić się, skąd miałaby pochodzić siła do ewentualnych zwyżek później. Surowce są już bardzo wysoko, rozgrzana do czerwoności KGHM aż prosi się o realizację zysków, banki prezentują się lepiej technicznie, ale wzrost stóp procentowych i rentowności obligacji zagraża ich wynikom w I kwartale. Choć zapewne publikowane wyniki za IV kwartał okażą się dobre i narobią inwestorom apetytu na dywidendę. Kontrpropozycja OFE do rządowych planów zmian ich funkcjonowania brzmi sensownie, ale pozostaje póki co faktem medialnym, z którym nie można wiązać większych nadziei.

Reasumując - możemy oczekiwać dziś spadków na GPW, a w roli rycerza na białym koniu prędzej wystąpią banki niż spółki surowcowe. Poziom 2700 pkt powinien przynajmniej czasowo powstrzymać przecenę, ale nawet jego przełamanie nie powinno przesądzać o zakończeniu trendu. Dopiero przełamanie ostatniego dołka (2 631 pkt) byłoby naprawdę niepokojącym sygnałem. Ale to widzą wszyscy.

Emil Szweda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »