Reklama

Czekając na wrześniowe "strojenie okien"

Dzisiaj o poranku wydawało się, że impulsów do rynkowych zmian nie zabraknie. Europejska prasa aż huczała od plotek na temat zlewarowania funduszu ESM, ogromnego deficytu budżetowego Grecji czy dylematów Hiszpanii. Prawdziwie ważnym wydarzeniem okazała się jednak tylko publikacja niemieckiego indeksu Ifo, który mimo oczekiwań wzrostu spadł, i to już piaty miesiąc z rzędu.

Tym samym utrzymuje się negatywna tendencja w niemieckiej gospodarce, co przeczy wskazaniom indeksu PMI, który już od trzech miesięcy zyskuje na wartości. Niektórzy twierdzili, że słaby odczyt indeksu Ifo wynika z tego, że połowa z 7000 ankiet, jakie brały udział w badaniu, napłynęło przed wyrokiem niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego. Wydaje się jednak, że niemieccy przedsiębiorcy są bardziej zaniepokojeni spowolnieniem w Chinach niż europejskimi dylematami. Spora część sektora przemysłowego po 2008 roku nastawiła się bowiem na eksport do Azji, a tamte rynki zbytu coraz bardziej kuleją.

Reklama

Rynek oczekiwał na poranną publikację notując lekkie spadki, które po poznaniu danych zauważalnie się zwiększyły. Wyraźnie było widać, że inne informacje na rynek nie miały specjalnego wpływu. Ignorowano teoretycznie pozytywne doniesienia z "Der Spigel", że fundusz ESM ma zostać zlewarowany do astronomicznej kwoty 2 bln euro. Bez echa przeszła również informacja jakoby deficyt budżetowy Grecji wyniósł 20 mld euro i tym samym był dwukrotnie wyższy od prognoz.

Za słabą reakcję na te informacje mogły stać dementi. Otóż nikt w Europie co prawda nie zaprzeczał, że trwają prace nad zwiększeniem siły rażenia funduszu ESM, ale rzecznik niemieckiego ministra finansów powiedział, iż zlewarowanie do kwoty 2 bln euro nie jest realne. Bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest zaangażowanie prywatnych inwestorów oraz stosowanie gwarancji zamiast realnych wypłat gotówki. Takimi środkami nie uda się jednak wyraźnie zwielokrotnić siłę rażenia funduszu.

O rewelacjach na temat Grecji szybko z kolei zapominano, gdyż w tym momencie o wiele ważniejsza jest Hiszpania. Część obserwatorów próbowało tłumaczyć dzisiejsze spadki niepokojem o los Madrytu, ale prawda była zupełnie inna. Otóż rentowność hiszpańskich obligacji spadała, więc jeżeli ten kraj miałby mieć jakikolwiek wpływ na notowania, to byłby on pozytywny. Skoro jednak waluta wspólnotowa chwilowo spadła nawet poniżej poziomu 1,29 za dolara, a europejskie indeksy miały ogromny problem by zredukować poranne straty, to widać było wyraźnie, że nastroje nie napawały optymizmem. Taki obrót sprawy był konsekwencja obserwacji z zeszłego tygodnia, gdy dowiedzieliśmy się, że fundamenty wciąż są słabe i ciężko jest w nich odnaleźć pozytywny wpływ banków centralnych, które od wielu miesięcy nieskutecznie pompują pieniądze w gospodarkę.

Popołudniem jednak dało się zauważyć chęć redukcji porannych zniżek, szczególnie na polskim rynku. Gdy tylko sesja na Wall Street zaczęła się po myśli krajowych byków, to większość strat sprzed południa została odrobiona i ostatecznie WIG20 stracił 0,5 proc., czemu towarzyszył niski obrót i zaniżający notowania fixing. Nie udało się zamknąć luki z pamiętnego piątku, a okolice poziomu 2350 pkt aktualnie służą jako wsparcie. W dalszej części tygodnia motywatorem do przerwania ciągu strat może być koniec kwartału i miesiąca, więc jeżeli otoczenie na to pozwoli, to możemy liczyć na drobne odreagowanie ostatnich trzech zniżkowych sesji.

Łukasz Bugaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »