Reklama

Krajobraz po bitwie o Nord Stream

16 miesięcy temu, przy bardzo ostrych, ale całkowicie bezskutecznych interwencjach Polski, rozpoczęła się budowa gazociągu Nord Stream. Teraz gazociąg wypełnia się gazem, co wciąż wzbudza w Polsce ogromne emocje.

Przyrównanie kilka lat temu przez jednego z polskich polityków rurociągu bałtyckiego Nord Stream do Paktu Ribbentrop - Mołotow stało się popularne, ale historycznie jest nieścisłe. Sygnatariuszami tamtego paktu były wyłącznie Niemcy i Rosja, a gdy Ribbentrop pakował frak przed wylotem do Moskwy, przebywały tam delegacje sztabowe Francji i Wielkiej Brytanii. Rozmawiały one, bez powodzenia, o łącznej walce przeciwko hitlerowskim Niemcom, do której ZSRR obiecał wystawić 120 dywizji, jeśli tylko Paryż i Londyn zdołają skłonić do ich przepuszczenia Warszawę, Pragę lub Bukareszt.

Reklama

Na rosyjski gaz, który zaczyna płynąć pod Bałtykiem, we wspólnym tym razem froncie czekają nie tylko Niemcy, ale również Belgia, Dania, Francja, Holandia i Wielka Brytania. Przy podpisywaniu w czerwcu 2003 r. w Londynie w obecności Władimira Putina przez ministrów energii Rosji i Wielkiej Brytanii memorandum o poparciu dla budowy owego rurociągu - czego byłem świadkiem - Tony Blair powiedział, że ma ono dla jego kraju znaczenie strategiczne.

Symboliczne odkręcenie przez premiera Rosji 6 września kurka od rurociągu bałtyckiego uświetnił swoją obecnością prezes spółki Nord Stream, były kanclerz Niemiec, Gerhard Schroeder. W odróżnieniu od Paktu Ribbentrop-Mołotow, również spółka Nord Stream nie jest jednak przedsięwzięciem tylko rosyjsko-niemieckim, bo po 9 procent jej akcji mają spółki z udziałem francuskiego i holenderskiego skarbu państwa - GDF-Suez i Gasunie.

Dodajmy do tego, że projekt techniczny rurociągu wykonała włoska spółka Snamprogretti a 10 proc. rur, nie obrażając się o Wyspy Kurylskie, dostarczył japoński koncern Sumitomo. Jeśli spojrzeć na samą liczbę klientów na gaz, który zaczyna płynąć pod Bałtykiem, można by uznać, że we wrześniu 2011 r. Polska jest bardziej osamotniona, niż w sierpniu 1939 r. bo wtedy jeszcze liczyliśmy na zachodnich aliantów.

Międzynarodowe reakcje

Komentując to wydarzenie, "Financial Times" stwierdził, że rurociąg Nord Stream zacieśni uścisk, w jakim Rosja trzyma lukratywne rynki gazowe kontynentu europejskiego, a Ukraina i Polska utracą część wpływów z opłat tranzytowych. Uruchomienie go tuż przed sezonem zimowym zmieni układ sił w dostawach gazu na kontynent i pozwoli Gazpromowi zaprezentować się w roli rzetelnego dostawcy, nie podatnego już na skutki sporów z Ukrainą.

Oddanie za rok drugiej nitki, dzięki czemu przepustowość wzrośnie do 55 mld m sześć. rocznie, umożliwi też zwiększenie dostaw do Europy zachodniej w stopniu pozwalającym - jak podkreślił Putin - zrezygnować z budowy 11 elektrowni jądrowych (po katastrofie w Fukuszimie jest to atrakcyjny argument wyborczy, szczególnie w Niemczech, ale również w Wielkiej Brytanii, gdzie na osiem wyznaczonych lokalizacji dla nowych elektrowni jądrowych, zainteresowanie wzbudziła dotychczas tylko jedna - przyp. MK).

Jak powiedziano "Obserwatorowi Finansowemu" w "Financial Times", argument pewności dostaw, jakim będzie operował Gazprom, utrudni Polsce zmobilizowanie na terenie Unii Europejskiej poparcia w razie kłopotów, niezależnie od deklaracji i dokumentów nakreślających jej wspólną strategię energetyczną. Na forum Unii inwestycję tę od dawna zresztą przyjmowano ciepło, co do Warszawy nie bardzo docierało. Za przedsięwzięcie o znaczeniu ogólnoeuropejskim i część transeuropejskich sieci energetycznych (TEN-E) został on uznany już w r. 2000. W lipcu 2009 r. komisarz Komisji Europejskiej ds. energii, Andris Piebalgs oświadczył, że sprzyjała ona zawsze rurociągowi Nord Stream. W dokumentach "Unijno-Rosyjskiego Dialogu Energetycznego", uznano go z kolei za instrument budowy zaufania.

Bruksela bez muskułów

Tło takiego stosunku ze strony Unii i Komisji ukazuje znakomite studium "Bruksela bez muskułów", opublikowane przez Szwedzką Agencję Studiów Obronnych. Stwierdza się w nim, że w sprawach energii Unia jest bezsilna, a ponadto panuje w niej w tych sprawach duże zamieszanie. Wchodzą one w zakres ponadnarodowych uprawnień Unii, ale faktyczne kompetencje w tej dziedzinie mają państwa członkowskie. Ponadto import gazu z Rosji to problematyka z zakresu trzech różnych "filarów", w ramach których obowiązują odmienne procedury podejmowania decyzji, a kompetencje są dzielone między Komisję Europejską, Parlament Europejski oraz państwa członkowskie (stosunki z Rosją należą do tej ostatniej sfery).

Państwa UE są ponadto uzależnione od rosyjskiego gazu w bardzo różnym stopniu - od 0 proc., jak w przypadku Szwecji, czy Hiszpanii, do 100 proc. w przypadku państw bałtyckich, Finlandii i Bułgarii. W Unii utrzymuje się w też (wskazany w szwedzkim studium za publikacją M. Leonarda i N. Poescu, A Power Audit od the EU-Russia Relations, European Council on Foreign Relations, listopad 2007) podział pod względem temperatury ich stosunków z Rosją.

Temperatura ta jest najwyższa w przypadku "koni trojańskich" (Cypr i Grecja), kolejno spadając w grupie "partnerów strategicznych" (Francja, Hiszpania, Niemcy i Włochy), "przyjaznych pragmatyków" (Austria, Belgia, Bułgaria, Finlandia, Luksemburg, Malta, Portugalia, Słowacja i Słowenia i Węgry), "zimnych pragmatyków" (Czechy, Dania, Estonia, Holandia, Irlandia, Łotwa, Rumunia, Szwecja i Wlk. Brytania), po "nowych rycerzy zimnej wojny" (Polska i Litwa).

Z weta, na korzyść Rosji lub na jej niekorzyść, gotowe są korzystać państwa zaliczane do dwóch skrajnych kategorii. "Przyjaźni pragmatycy", wzorem Sumitomo, przedkładają biznes nad politykę a "zimni pragmatycy" prowadzą z Rosją interesy, ale nie mają zahamowań przez jej krytykowaniem. Na te podziały nakładają się też różnice zdań między państwami członkowskimi a Komisją Europejską, której miejsce przypada gdzieś między "strategicznym partnerem" a "przyjaznym pragmatykiem"

Oprócz podziałów politycznych w Unii, wypracowanie i przestrzeganie jej jednolitej polityki energetycznej wobec Rosji jest też utrudnione przez brak przejrzystości finansowej cen na rosyjski gaz oraz udział różnych, dziwnych pośredników. Ułatwia to Gazpromowi rozgrywanie poszczególnych importerów i ich rządów i w efekcie - narusza symetrię wzajemnych zależności. Na użytek Zachodu sprowadza on ją do prostego obrazka - wy potrzebujecie bezpieczeństwa dostaw, my, po to, żeby inwestować, potrzebujemy bezpieczeństwa odbioru.

Nord Stream - podkreśla się w szwedzkim studium - ułatwi Gazpromowi wyłuskiwanie poszczególnych państw, aby układać się z nimi na zasadzie dwustronnej. Umocni on też pozycję Niemiec, jako jednego z najbliższych strategicznych przyjaciół Rosji w UE. Istnieje również szersze zagrożenie, że rurociąg ten stanie się przykładem ignorowania przez UE jednych państw przy faworyzowaniu innych. Ponadto, chociaż do Traktatu Lizbońskiego włączono tzw. zasadę solidarności, to nie ma ona charakteru wiążącego. W handlu gazem - stwierdza się w nim - Rosja i UE nie kierują się wspólnymi wartościami, ale jedynie wspólnymi interesami.

Mafia z Palermo

W również znakomitym i miejscami przypominającym thriller (mowa m.in. mafii z Palermo, która zamierzała na własny rachunek dostarczać rosyjski gaz do Wielkiej Brytanii) studium "Gazprom's European Web" nieżyjącego już autora, Romana Kupczyńskiego z Fundacji Jamestown, ostrzega się, że brak przejrzystości, ukrywanie, kto bierze pieniądze, włączanie spółek-wydmuszek ulokowanych w azylach podatkowych i utajnianie umów Gazpromu z klientami, źle wróży Unii Europejskiej.

Studium to zarzuca, że Komisja Europejska nie rozpoznała zagrożenia, jakie dla bezpieczeństwa energetycznego Unii stanowią dziwni, związani z Gazpromem i zamieszani w różne skandale pośrednicy, tacy jak znana w Polsce spółka RosUkrEnergo, grupa Centrex, Gazprom Germania, YugoRosGas, Eural Trans Gas, Overgas i inne. Gdyby nie RosUkrEnergo - twierdził Kupczyński - to do przerwania dostaw gazu dla Ukrainy w styczniu 2009 r., które odbiło się również na innych krajach europejskich, zapewne by nie doszło.

Spółki te są podejrzewane o wyprowadzanie milionów (wypranych lub nie) dolarów, jeśli nie do rosyjskiej mafii, to na prywatne konta wysoko postawionych osób w Rosji, na Ukrainie i w innych krajach, włącznie z osobistościami z aparatu UE (są szczegóły). To, że Komisja nie podjęła żadnej próby, aby skłonić rządy państw członkowskich (m.in. Austrii, Cypru i Węgier) do zbadania ich roli, jest - według Kupczyńskiego - zaniedbaniem.

Dowiedz się więcej na temat: w polsce | krajobraz | gazociąg | Nord Stream | makroekonomia | Ale | Teraz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »