Reklama

Na giełdach zapachniało paniką!

Miniony wtorek, 27 kwietnia, nie zapowiadał się na rynkach finansowych szczególnie ciekawie. W kalendarzu nie było ważnych wydarzeń, ani publikacji istotnych danych. Wtorek okazał się jednak dniem, który wielu inwestorów będzie długo pamiętać. Być może zapisze się też, jako dzień przełomu. Niestety, niezbyt przyjemnego.

Jeszcze w poniedziałek indeksy w Londynie i Frankfurcie ustanawiały kolejne rekordy trwającej od 9 marca ubiegłego roku fali imponujących wzrostów. Podobnie zachowały się wskaźniki na Wall Street. Ceny ropy naftowej grubo przekraczały 87 dolarów za baryłkę i były niższe od dwunastomiesięcznego rekordu o zaledwie dwadzieścia parę centów.

Reklama

Pierwszym sygnałem, że nastroje inwestorów się pogorszą, mogły być wtorkowe notowania na giełdzie w Chinach. Shanghai B-Share zniżkował o 2,4 proc., a Shanghai Composite tracił nieco ponad 2 proc. bez wyraźnego powodu. Podobnie dynamicznych spadków indeksów tamtejszy parkiet doświadczał już ostatnio 12 i 19 kwietnia. Ten z poprzedniego poniedziałku był nawet o wiele silniejszy.

Sprawdź bieżące notowania indeksów światowych

Na europejskich parkietach początek wtorkowej sesji niczym szczególnym się nie wyróżniał. Indeksy w Paryżu, Londynie i Frankfurcie minimalnie zniżkowały w porównaniu do poniedziałkowego zamknięcia. Sytuacja w ciągu dnia nieco się pogarszała, ale bez oznak większego niepokoju. Końcówka była już jednak dość dramatyczna. Paryski CAC40 tracił na zamknięciu 3,7 proc., niemiecki DAX zniżkował o 2,7 proc., a londyński FTSE o nieco ponad 2 proc. Z tak pokaźną skalą spadków ostatnio mieliśmy do czynienia w trakcie korekty z drugiej połowy stycznia, czyli przed trzema miesiącami. Winą za te spadki obarczyć można zamieszanie wokół Grecji. Indeks giełdy w Atenach zniżkował aż o 6 proc., dzielnie sekundował mu madrycki IBEX, spadający o niemal 4,2 proc. Ponad 3,3 proc. tracił też belgijski BEL20. To również nie przypadek. Choć Belgia nie została (jeszcze) zaliczona do grupy PIIGS, to jej dług publiczny przekracza 100 proc. PKB.

Sporo komentarzy i informacji związanych z Grecją i pomocą temu krajowi pojawiło się w poniedziałek. Wskazywały one, że pomoc zostanie udzielona, choć w zamian za spełnienie ostrych warunków. Czyli nic odkrywczego. We wtorek pierwsza nowa informacja, jaka pojawiła się w związku z greckim kryzysem , pochodziła z... Chin. Tamtejszy trzeci pod względem wielkości Bank China Ltd poinformował, że zmniejszył swoje zaangażowanie w papiery dłużne Portugalii, Irlandii, Włoch, Grecji i Hiszpanii o 2,26 mld juanów (czyli o jedną trzecią) do 4,76 mld juanów. Następnie pojawiła się informacja rzeczniczki prasowej Komisji Europejskiej, że prace nad pakietem pomocy dla Grecji zakończone zostaną na początku maja, czyli przed upływem terminu spłaty przez Grecję około 9 mld euro wymagalnego zadłużenia. Nieco później pojawiły się informacje, że możliwe jest rychłe zwołanie nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej w sprawie pomocy dla Grecji. Wydaje się jednak, że kluczowym dla sytuacji na światowych rynkach finansowych wydarzeniem było ogłoszenie obniżenia przez agencję Standard&Poors ratingu dla Grecji i Portugalii. Tym samym greckie obligacje z poziomu inwestycyjnego zdegradowane zostały formalnie do śmieciowego. Formalnie, bo faktycznie traktowane były tak już od dawna.

Mniej więcej w tym samym czasie, czyli około godziny 17.00, runęły w dół indeksy na głównych giełdach europejskich. Kurs euro stoczył się gwałtownie poniżej poziomu 1,32 dolara, pod koniec dnia docierając do 1,316 dolara. Czyli do poziomu najniższego od połowy maja ubiegłego roku. Na naszym rynku we wtorkowy wieczór za dolara trzeba było płacić przez moment 2,98 zł, najdrożej od początku stycznia.

Nie mniejsze perturbacje można było obserwować na rynku surowcowym. Cena ropy naftowej, jeszcze około godziny 16 sięgająca 87 dolarów za baryłkę, spadła do 85 dolarów, czyli o ponad 2 proc. w ciągu zaledwie kilku godzin. Notowania kontraktów terminowych na miedź zniżkowały o 4,7 proc. Jak przystało na tak nerwową atmosferę, klasycznie zachowały się notowania złota. Nie bacząc na dynamiczne umocnienie się dolara, cena uncji skoczyła z dziennego minimum, osiągniętego tuż przed godziną 16 na poziomie 1145 dolarów, do 1171 dolarów, czyli o 2,2 proc. To poziom najwyższy od pierwszej dekady grudnia ubiegłego roku. Do rekordu wszech czasów kruszcowi brakuje jedynie 55 dolarów, czyli 4,7 proc. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że notowania złota od ponad dziesięciu tygodni idą w górę, mimo że w tym samym czasie mamy do czynienia ze zdecydowanym wzrostem wartości dolara. Taka zgodność między cenami złota i kursem dolara występuje niezbyt często. Ostatnio mogliśmy ją obserwować jesienią 2008 r., mniej więcej wtedy, gdy upadał Lehman Brothers.

Do całego tego zamieszania na koniec dołączyła giełda amerykańska. Indeksy na Wall Street poszły ostro w dół. S&P500 stracił we wtorek 2,34 proc., Dow Jones zniżkował o 1,9 proc., a Nasdaq o 2 proc. To największe tąpnięcie od 4 lutego, czyli od niemal trzech miesięcy.

Roman Przasnyski

Dowiedz się więcej na temat: notowania | 'Wtorek' | złota

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »