Reklama

Pesymiści wciąż nie mają racji

Początek tygodnia na warszawskim parkiecie zupełnie nie zapowiadał optymizmu, z jakim mieliśmy do czynienia w jego końcówce. Wręcz przeciwnie, dość powszechne były obawy przed pogłębieniem spadkowej korekty.

Kolejne dni przynosiły jednak zdecydowaną poprawę, aż do czwartkowej euforii, gdy WIG20 pokonał ?z hukiem? 2500 punktów i zwiększał swoją wartość w ciągu dnia o 2,6%. Tym samym wszystkie główne indeksy zaliczyły swoje najwyższe poziomy w całej, trwającej ponad rok fali wzrostów. Ostatnia jej faza jest także całkiem imponująca. Spośród siedmiu ostatnich tygodni wszystkie kończyły się wzrostami indeksów.

Reklama

Siła trendu zdaje się więc być daleka od wyczerpania. Ryzyko jego zakończenia wciąż jednak rośnie. Warto pamiętać, że ceny akcji nie rosną do nieba i kiedyś każdy trend się kończy. Posiadacze akcji, którzy kupili je po znacznie niższych cenach niż obecne, mogą jeszcze spać spokojnie, ale amatorzy zysków, którzy dopiero teraz zastanawiają się nad zainwestowaniem pieniędzy, powinni zastanowić się jeszcze raz i to ryzyko odpowiednio skalkulować. Rynkowi ?należy? się co najmniej poważniejsza korekta i może warto na nią poczekać.

Słabszy dotąd indeks największych spółek wreszcie pokazał, na co go stać. W ciągu pięciu ostatnich sesji zyskał 2,2%, dystansując pozostałe wskaźniki. Indeks szerokiego rynku zwiększył swoją wartość o 1,9%. mWIG40 zwyżkował o 1,65%. Najsłabszy okazał się tym razem sWIG80, który wzrósł jedynie o 0,7%. Spośród subindeksów branżowych w minionym tygodniu najlepiej sprawował się WIG Budownictwo. Zwiększył on swoją wartość aż o prawie 4,4%. Od lutowego dołka zyskał zaś 13%. Nieźle też radziły sobie banki, których indeks podskoczył o 2,4%. Pod względem bilansu całej ostatniej fali zwyżek nieznacznie on jednak ustępuje budowlance.

Nie do pobicia jest w tej konkurencji słabnąca nieco ostatnio gwiazda, czyli WIG Spożywczy. Jego wartość od połowy lutego zwiększyła się o prawie 23%. W tym tygodniu jego dorobek był dość skromny i nieznacznie przekroczył 1%. Prawie 1% spadkiem kończy tydzień wskaźnik koniunktury firm informatycznych.

Europa

Główne europejskie parkiety mają za sobą dość udany tydzień. Trwająca od początku lutego fala wzrostów rozwijała się w sposób niczym nie zmącony. Kłopoty Grecji i z Grecją, czyli pomocą dla niej, tak mocno odbijające się na wspólnej walucie, nie stanowiły prawie żadnej przeszkody dla inwestorów na rynku akcji. Zresztą słabe euro jest akurat najmniejszym powodem do zmartwienia dla eksporterów i dla całej ledwie zipiącej europejskiej gospodarki. Może więc z tym całym zamieszaniem wokół wsparcia dla Grecji chodzi właśnie o to, by euro było słabe, bo aplikowany w ten sposób bodziec stymulujący gospodarkę nie wymaga pompowania w nią kolejnych miliardów euro. I tak naprawdę to Niemcy powinni być wdzięczni Grecji, Portugalii i innym członkom grupy PIIGS.

Przede wszystkim zaś powinni być wdzięczni Chinom, gdyż na tle katastrofalnego, sięgającego prawie 18% załamania niemieckiego eksportu, sprzedaż towarów do Państwa Środka zwiększyła się w ubiegłym roku o 7%. Axel Weber, szef Bundesbanku, przestrzega przed niebezpieczeństwem spadku niemieckiego PKB w pierwszych trzech miesiącach roku, a obawy te ze przyjmuje zrozumieniem, uchwalając na ten rok budżet z rekordowo wysokim deficytem, sięgającym ponad 80 mld euro. I to właśnie kilka dni temu Niemcy ogłosili ?proeksportowe? priorytety w swej polityce gospodarczej. Mamy więc super pakiet stymulacyjny, którego słabe euro jest mocnym elementem. O tę proeksportową politykę pretensje do podobno mają już Francuzi. Gdyby zaczęli oburzać się Amerykanie, Niemcy mogliby powiedzieć: ?Sorry, to nie nasza wina, że euro jest słabe, to wszystko przez Greków. Jak wam się nie podoba - nie szalejcie z tym dolarem?.

Trudno się więc dziwić, że indeks giełdy we Frankfurcie śmiało poszedł w górę, osiągając w czwartek poziom najwyższy od września 2008 r., a w całym tygodniu zyskał ponad 2%. Paryski CAC40 zwiększył swoją wartość jedynie o 1,5% i o rekordzie może na razie tylko pomarzyć, choć i jemu brakuje do niego nie tak wiele. Pomagały w zwyżkach także, stojące w pewnej sprzeczności, z formułowanymi obawami o perspektywy gospodarki, wskaźniki wyprzedzające PMI, których bardzo pozytywne odczyty zwiastują raczej wyraźną poprawę. Ogólny wskaźnik PMI osiągnął w marcu wartość najwyższą od 2,5 roku. Bardzo optymistyczne są także nastroje biznesu, mierzone choćby za pomocą indeksu Ifo. Skromniejszy wzrost indeksu giełdowego francuscy inwestorzy mogą zawdzięczać słabej postawie konsumentów, którzy wdali wydają mniej, niż się spodziewano. Indeks londyńskiej giełdy wzrósł w minionym tygodniu o 2% i poruszał się podobnym torem, jak jego frankfurcki kolega. W czwartek dotarł do poziomu najwyższego od półtora roku. A przecież brytyjska gospodarka cierpi z powodu kryzysu znacznie mocniej niż niemiecka. To, jak widać, inwestorom z londyńskiego Citi nie przeszkadza.

Greckie zawirowania wcale nie zaszkodziły greckiej giełdzie. Przynajmniej w tym tygodniu. Bowiem tamtejszy indeks zdołał zwiększyć swoją wartość o prawie 4%. Nie ucierpiał także zbytnio Madryt. Generalnie obawy, związane z rosnącym ryzykiem inwestowania w Europie, nie dotknęły nadmiernie parkietów naszego regionu. Na minusie tydzień kończyły co prawda giełdy w Bukareszcie, Rydze, Sofii i Moskwie, ale indeks w Budapeszcie zyskał aż 4,6%, a w Istambule niemal 6%. Dla porządku należy także odnotować, że Ukraina zwróciła się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o wsparcie w wysokości 5 mld dolarów na pokrycie deficytu budżetowego. Pewnie chciała zdążyć przed Grekami.

USA

Amerykańska giełda, która jest tradycyjnie ?sprawcą? niemal każdego zamieszania i ?przewodnikiem stada? dla większości światowych parkietów, w trakcie ostatnich pięciu sesji (licząc od 18 do 25 marca), nie mogła się pochwalić poważniejszymi osiągnięciami na tle tych pozostałych. Cóż z tego, że niemal od początku lutego tamtejsze indeksy notują kolejne rekordowo wysokie poziomy. W skali tych pięciu sesji S&P500 stracił 0,01%, Nasdaq zyskał zaledwie 0,26%, a Dow Jones poszedł w górę o niecałe 0,6%. Trochę udziału w tym nikłym wzroście ma czwartkowa sesja, w trakcie której byki nie potrafiły utrzymać S&P500 na poziomie 1180 punktów. Jego osiągnięcie jeszcze kilka tygodni temu wydawało się bardzo mało prawdopodobne. W efekcie indeks stracił tego dnia prawie 0,2% w zupełnie niezrozumiały sposób. Zwyżkę wspierały dobre dane z amerykańskiego rynku pracy, gdzie liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych okazała się wyraźnie niższa, niż się spodziewano, a przede wszystkim nadal powtarzana przez Bena Bernanke, miła niedźwiedzim uszom śpiewka o niskich stopach przez dłuższy czas.

Ta słabość w końcówce czwartkowej sesji może wskazywać na to, że jednak dobiega końca dłuższy okres, w którym ceny akcji rosły. Przynajmniej na jakiś czas. Trwające niemal bez żadnego ?zacięcia? 30 sesji fala zwyżek, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku S&P500 od początku lutego do ubiegłej środy, naprawdę robi wrażenie. Mimo że w wyniku tej mozolnej lub raczej konsekwentnej wspinaczki, indeks zyskał zaledwie niecałe 12%. Można marudzić, że hossa to to nie jest i że te 125 punktów między dołkiem a szczytem wskaźnik potrafił przeskoczyć w kilka dni. Ale jeśli wziąć pod uwagę warunki, w jakich ten wzrost się odbywa, czas trwania i zasięg całej ponad rocznej zwyżki, narzekanie naprawdę nie wydaje się na miejscu.

Warunki dla tej ?hossy? i jej kontynuacji nie są zaś, wbrew pozorom, łatwe. Jedynym i najwierniejszym jej obrońcą wydaje się Ben Bernanke ze swoimi stopami.

Mankamentów, dotyczących stanu gospodarki, jej plusów i minusów, scenariuszy za i przeciw V, L, czy U, nie brakuje. Wystarczy wymienić choćby rynek nieruchomości, który, choćby nie wiem jak mu się przyglądać, na wychodzący z zapaści nie wygląda i strach myśleć, co się z nim będzie dziać po zakończeniu w kwietniu programu ulg podatkowych dla nabywców domów. Podobnie jest z rynkiem pracy. A gołębie serce szefa Fed nie przeszkodziło mu jednak stwierdzeniu, że rządowa pomoc dla instytucji finansowych, które w znacznej mierze są odpowiedzialne za obecny kryzys, jest krzywdząca i nie tylko nie powinna być utrzymywana ?przez dłuższy czas?, ale wręcz zweryfikowana i zakończona. W jednym z jego niedawnych wystąpień, znacznie mniej nagłaśnianych, padły słowa o konieczności przygotowania ostrzejszych regulacji wobec banków i wręcz możliwości zrezygnowania z ratowania nawet największych z nich, jeśli sąd ogłosi ich upadłość. Gdy znów powróci kwestia zapomnianego nieco planu prezydenta Obamy wobec bankowych ?spekulantów, nastroje także mogą się pogorszyć.

Na razie inwestorzy giełdowi zdają nic sobie z tych zagrożeń nie robić i korzystają z niskich stóp. Na Wall Street ?hossa? trwa w najlepsze. Całkiem prawdopodobny jest scenariusz, w którym S&P500 dotrze do poziomu 1200 punktów, a może i wyżej. W czwartek przez moment brakowało mu do jego osiągnięcia zaledwie 20 punktów. Amerykańskie byki nie byłyby sobą, by będąc tak blisko, nie spróbować ataku.

Azja

Na giełdach azjatyckich tydzień przebiegł dość spokojnie. Zwyżki przekraczające 2,5% zanotowano jedynie w Indonezji i na Filipinach. Wskaźnikowi w Dżakarcie do szczytu z końca 2007 r. brakuje zaledwie 25 punktów, czyli 1%. Od dołka z jesieni 2008 r. indeks zyskał prawie 160%. Z największym spadkiem w tym tygodniu mieliśmy do czynienia w Hong Kongu, gdzie wskaźnik stracił 1,5%. Na tamtejszym parkiecie sytuacja techniczna nie wygląda najlepiej i bardzo prawdopodobna jest kontynuacja spadkowego scenariusza.

Inwestorzy w Bombaju nie speszyli się nadmiernie niedawną niespodziewaną podwyżką stóp procentowych. W skali tygodnia indeks zyskał prawie 0,3% i zbliża się do szczytu z początku roku. Od lutowego dołka zyskał prawie 13%. Bardzo dobrze sobie radzi japoński Nikkei. W ciągu tego tygodnia zyskał 1,6% i zdołał pokonać szczyt z połowy stycznia. Trzeba obserwować, jak sobie poradzi z tym faktem w najbliższym czasie. Od dołka z listopada ubiegłego roku indeks wzrósł o 21%, a od dołka z lutego tego roku zyskał 11%. Japońska gospodarka wydostaje się powoli z recesji, jednak wciąż cierpi na te same od lat dolegliwości: deflację, niski popyt wewnętrzny, gigantyczny spadek eksportu, którego odbudowie nie sprzyja silny jen. Jednocześnie Japonia ma najwyższy spośród najbardziej rozwiniętych i największych gospodarek dług publiczny, sięgający 219% PKB.

Na chińskim parkiecie trwa stan oczekiwania. Indeksy w tym tygodniu niemal nie zmieniły swej wartości. Jeśli nie liczyć krótkiego tąpnięcia z połowy marca, tkwią w trendzie bocznym od niemal sześciu tygodni. Patrząc zaś z jeszcze dłuższej perspektywy, ?stan zawieszenia? trwa od listopada ubiegłego roku. W tym czasie Shanghai B-Share porusza się w przedziale 238-267 punktów . O ile Japonia ma kłopoty z rozruszaniem swojej gospodarki, to Chiny zaczynają coraz bardziej naciskać hamulec. Coraz większe zagrożenie stanowi inflacja. Rosną więc obawy przed podwyżką stóp procentowych.

Rynek Walutowy

Dolar, który przecież jeszcze nie tak dawno był skazywany jeśli nie na zagładę, to co najmniej na ostateczną utratę swej pozycji, jeszcze raz pokazuje swoją siłę. Tyle tylko, że wynika ona nie z jego nadzwyczajnych walorów i potęgi "stojącej za nim" gospodarki, ale ze słabości wspólnej waluty. Z kolei ta ostatnia wygląda tak, jak gdyby była fundowana przez unijnych włodarzy, za szczególnym uwzględnieniem Niemiec, na własne życzenie. Być może teza, że słabe euro jest w interesie strefy euro, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, które są jednym z największych światowych eksporterów, jest nieco na wyrost. Nie można jednak wykluczyć, że "gra" wokół Grecji jest właśnie grą na osłabienie euro. Wystarczy przypomnieć sobie choćby formułowane głośno słowa krytyki wobec Stanów Zjednoczonych, właśnie w związku z pozycja dolara, który stał się walutą "spekulantów" wykorzystujących mechanizm carry trade. Wystarczy też zauważyć, że Niemcy nie są już największym, lecz jednym z największych eksporterów na świecie, bowiem w 2009 r. zostały zepchnięte z pierwszej pozycji przez Chiny. Chiny zepchnąć się już raczej nie dadzą, ale słabsze euro zdecydowanie pomoże Niemcom. Tym bardziej, że juan jest powiązany z dolarem, a czekanie, aż Chińczycy zdecydują się na wzmocnienie swej waluty może być nieco ryzykowne. Trudno też przypuszczać, by Niemcy prowadziły politykę tak ryzykowną dla całej koncepcji wspólnej waluty i wspólnej Europy, zajmując tak ostre stanowisko wobec pomocy dla Grecji, bez bardzo ważnego i konkretnego celu. Pytanie tylko, czy tym celem jest wyłącznie doprowadzenie do wzmocnienia "spójności" gospodarki strefy euro i zacieśnienia formalnych ram integracji, których zaczątkiem są na przykład pomysły utworzenia Europejskiego Funduszu Walutowego. Czy może też zwiększenie kompetencji władz Unii wobec krajów członkowskich, by nie dochodziło do wybuchów epidemii świńskiej grypy typu PIIGS.

Wracając ze sfery domysłów i spekulacji polityczno-makroekonomicznych

do zwykłych spekulacji rynkowych, bez żadnych wątpliwości, domysłów i niuansów, należy stwierdzić, że kurs euro, z poniedziałkowego, niezbyt już przecież wysokiego poziomu 1,356 dolara, w czwartkowy wieczór zjechał do 1,326 dolara. Wspólna waluta zaledwie w ciągu trzech dni staniała więc o 3 centy, czyli 2,2%. W czwartek trwały jeszcze próby odrabiania strat przez euro, ale zakończyły się one zdecydowanym niepowodzeniem. I to mimo informacji o powodzeniu uzgodnień pomocy dla Grecji na unijnym szczycie szefów państw strefy euro. Sprawa Grecji została więc rozwiązana, sprawa kursu euro na rynku - nie. Teoretycznie powinno to pomóc wspólnej walucie, ale nie pomogło. Może trzeba było na szczyt zaprosić Amerykanów. Głównie tych, którzy lubią załatwiać interesy przy obiedzie na Manhattanie. Mówiąc bardziej poważnie, euro znalazło się w sytuacji, w której każde rozwiązanie jest złe. Brak pomocy wzmagałby obawy, związane z ogłoszeniem upadłości Grecji i rozszerzeniem się jej kłopotów na rynki finansowe.

Udzielenie jej rodzi niepokój, dotyczący i jej kosztów i rozluźnienia dyscypliny wśród innych państw strefy euro, borykających się z problemami. Najbardziej prawdopodobna wersja czwartkowych wydarzeń na rynku walutowym jest taka,

że traderzy rozgrywali najbardziej prawdopodobny scenariusz, z uwzględnieniem menu, ustalanego przez największych graczy.

W piątek rano wspólna waluta odrobiła nieco strat i zdołała powrócić powyżej poziomu 1,33 dolara. Niewiele to jednak w jej sytuacji zmienia. Patrząc na wykres kursu euro, można się spodziewać spadku do minimum z lutego ubiegłego roku lub nawet z jesieni 2008 r., czyli w okolice 1,23 dolara. Dla przypomnienia, od kwietnia do końca listopada ubiegłego roku euro umocniło się z 1,289 do 1,514 dolara, czyli o ponad 17%. Trwająca od grudnia przecena wspólnej waluty zabrała jej 12% wartości. Osłabienie następowało w dwóch silnych falach, z których każda przeceniła euro po około 9-10 centów, po czym następowały krótkie, niezbyt dynamiczne odreagowania. Obecna, marcowa fala, "zredukowała" wartość euro o kolejne 5 centów. Być może jest dopiero w połowie drogi.

Na naszym rynku ostatnie dni były dość nerwowe, choć nasza waluta pozostawała mocna i odporna na spore nagromadzenie się czynników, które z powodzeniem mogły spowodować jej bardziej gwałtowne osłabienie. Wśród nich należy wymienić przede wszystkim gorsze nastroje, wynikające z napiętej sytuacji w Europie w związku z Grecją oraz obniżeniem ratingu Portugalii, co z pewnością nie sprzyja takim walutom, jak złoty. Po drugie, głośne wypowiedzi, wskazujące na niezadowolenie z umacniającego się złotego, ze strony przedstawicieli ministerstwa finansów i członków Rady Polityki Pieniężnej. Po trzecie wreszcie, wyraźnie gorsze dane, np. mocno rozczarowujący wzrost, a w ujęciu realnym spadek sprzedaży detalicznej. Jeśli dodać do tego delikatne na razie pomruki, płynące z unijnych gremiów, sugerujące, że Polska powinna szybciej konsolidować finanse publiczne, by zmniejszyć deficyt i dług publiczny, można powiedzieć, że złoty trzymał się wyjątkowo mocno. Najpoważniejsza z tego wszystkiego jest oddalająca się chyba nieco perspektywa podwyżki stóp procentowych.

Ten czynnik mógłby osłabić naszą walutę.

Mógłby, jednak z drugiej strony to właśnie ta oddalająca się perspektywa czyni nasze obligacje bardzo atrakcyjnymi dla zagranicznych inwestorów, którzy kupując je przyczyniają się do umocnienia złotego. Co prawda w minionym tygodniu Polska sprzedała euroobligacje o wartości 1,25 mld euro, co wpływu na nasz rynek walutowy raczej nie miało, ale właśnie przy tej okazji ministerstwo finansów ujawniło, że aż 9% tej emisji objęły "europejskie i azjatyckie" banki centralne. Przedstawiciele ministerstwa uchylili się jednak od odpowiedzi na pytanie, czy wśród nich był Ludowy Bank Chin.

Prognozy ekspertów zagranicznych banków wciąż zakładają umocnienie się złotego. Średnia prognoz wskazuje, że pod koniec roku euro będzie kosztować 3,77 zł. Póki co, od wtorkowego dołka na poziomie 2,86 złotego, dolar do piątkowego przedpołudnia zdrożał do 2,91 zł a za euro płaciliśmy 3,88 zł. Wspólna waluta akurat w minionym tygodniu staniała z prawie 3,93 zł, czyli o około 5 groszy. Jej kurs pozostawał w drugiej części tygodnia bardzo stabilny. Cena franka poruszała się

w przedziale 2,71-2,725 zł. Od początku osłabienia naszej waluty, rozpoczętego 17 marca, dolar zdrożał o ponad 10 groszy, czyli o 3,7%, euro o zaledwie 3 grosze, a frank o 5 groszy. Od dołka z lutego ubiegłego roku złoty zyskał wobec euro 21%.

Prognozy na przyszły tydzień

Pesymiści wciąż nie mają racji. Wzrosty na rynkach akcji trwają w dalszym ciągu. Kiedyś pewnie się skończą, ale określić tego momentu nie sposób. Trzeb po prostu uważnie patrzeć na to, co się dzieje i odpowiednio reagować. Powtarzanie formułki o rosnącym ryzyku jest może nudne, ale takie podejście często pozwala ochronić kapitał przed stratami.

Roman Przasnyski

Główny Analityk Gold Finance

Dowiedz się więcej na temat: Chiny | WIG | Niemcy | fala | strefy | złoty | giełdy | nastroje | inwestorzy | waluty | osłabienie | waluta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »