Reklama

Ropa bez szans na większy wzrost

Po dobrze przyjętym przez rynki szczycie przywódców UE silny wzrost pojawił się także na rynku surowców. To chwilowe odbicie czy szansa na odwrócenie trwającej od marca spadkowej tendencji?

Od zeszłego czwartku, kiedy nie było jeszcze wiadomo, jak zakończą się obrady, ropa Brent zdrożała już o mniej więcej 10 proc., przekraczając ponownie 100 dolarów za baryłkę. Była to przede wszystkim reakcja na oddalenie się największego zagrożenia, jakim byłby rozpad strefy euro. Na szczycie stworzono polityczne podstawy unii bankowej, czyli także solidarnych gwarancji dla depozytów bankowych. Gdy zostaną one wprowadzone, żaden kraj nie będzie już zmuszony do porzucenia wspólnej waluty ze względu na fakt, że jego sektor bankowy zbankrutował (na przykład na skutek wcześniejszego bankructwa rządu) i nie może już pożyczać z EBC eurogotówki na wypłatę depozytów. W razie gdyby taka sytuacja wystąpiła, inne państwa strefy przyjdą bankom z pomocą, umożliwiając niezakłócone funkcjonowanie rozliczeń w euro. Dzięki temu nawet bankructwo państwa nie będzie oznaczało konieczności opuszczenia wspólnego obszaru walutowego.

Reklama

Uspokajające komunikaty płynące z ust europejskich przywódców znoszą obawy o gwałtowne załamanie światowego popytu w wyniku Eurogeddonu, ale nie rozwiązują wszystkich problemów, z którymi zmaga się rynek ropy. Po brawurowych wzrostach na początku roku, na fali optymizmu odnośnie pomocy EBC dla europejskich banków i poprawiającej się sytuacji w USA, przyszła korekta. Jej skala była niespotykana od 2008 roku. Od lokalnego maksimum na poziomie nieco ponad 128 dolarów za baryłkę ceny spadły o 30 proc. Choć w drugim kwartale traciły wszystkie aktywa silnie powiązane ze światowym wzrostem gospodarczym, największe spadki dotyczyły właśnie ropy.

Zadecydowały o tym fundamenty, które wyraźnie się pogorszyły. Przede wszystkim popyt w Europie i USA spadł bardziej, niż tego oczekiwano. Po części jest to skutkiem europejskiej recesji, ale w większym stopniu wpisuje się w długoterminowy trend zainicjowany rekordowymi wzrostami cen w 2008 roku. Nie tylko Europejczycy, lecz także znani z energetycznej rozrzutności Amerykanie powoli zmieniają swoje nawyki: kupują bardziej oszczędne pojazdy (hybrydowa Toyota Prius jest już trzecim najlepiej sprzedającym się samochodem świata) lub rzadziej z nich korzystają. Popyt w Azji wprawdzie rośnie, ale na skutek spowolnienia w Chinach dzieje się to wolniej, niż zakładał rynek.

Podaż za to przewyższyła oczekiwania. Nie tylko dlatego, że Arabia Saudyjska faktycznie zwiększyła wydobycie do największego od trzydziestu lat poziomu, by zniwelować wpływ sankcji nałożonych na Iran. Produkcja jest też rekordowo wysoka w Iraku, w Rosji oraz w Stanach Zjednoczonych. To ostatnie jest największym zaskoczeniem, gdyż okazało się, że techniki wydobycia z łupków są prawie tak skuteczne w przypadku ropy, jak w przypadku gazu, dzięki czemu prognozuje się, że znaczenie USA jako producenta energii będzie dalej rosnąć. Jeszcze w 2005 roku Amerykanie importowali 60 proc. zużywanej ropy, a w 2011 było to 45 proc. Niektórzy analitycy, jak na przykład Philip Verleger, prognozują, że w ciągu 10 lat USA będą eksporterem zarówno gazu ziemnego, jak i ropy naftowej.

Konflikt z Iranem, choć ciągle trwa, prawdopodobnie niedługo się zakończy. Sankcje bowiem okazały się bardzo dolegliwe. Prognozuje się, że irański eksport od lipca spadnie o milion baryłek dziennie, co odpowiada mniej więcej jednej trzeciej wydobycia. Przełoży się to w istotny sposób na dochody rządu, który antycypując taką sytuację, ograniczył już dopłaty do żywności. W efekcie bardzo wzrosły ceny - inflacja przekracza teraz w Iranie 20 proc. W odpowiedzi na społeczne niezadowolenie oraz brak środków, by je uśmierzyć, władze będą starały się wznowić możliwości eksportu surowca i raczej nie dopuszczą do eskalacji konfliktu, gdyż mogłoby to skończyć się przewrotem podobnym do tych obserwowanych wcześniej w basenie Morza Śródziemnego. Gdy podpisane zostanie porozumienie i irańska ropa wróci na rynek, cena surowca spadnie o kolejne kilka dolarów.

Na rynku ropy nie widać większych szans na wzrosty. Zwątpiły w nie nawet agresywnie grające dotąd fundusze hedgingowe, które zmniejszyły liczbę długich pozycji na kontraktach terminowych do poziomu najniższego od października. Gdy skończy się odreagowywanie spadków, cena ropy Brent z powrotem znajdzie się poniżej 100 dolarów za baryłkę i pozostanie tam, póki popyt nie będzie w stanie wchłonąć nadwyżek lub OPEC nie zdecyduje się na ograniczenie wydobycia.

Z perspektywy portfeli kierowców sytuacja dalej będzie się poprawiać. Dodatkowym warunkiem trwałości obniżki cen na stacjach jest umocnienie i ustabilizowanie się kursu złotego. Z tej perspektywy wyniki szczytu również są obiecujące. Nasza waluta powinna się umacniać także ze względu na silne fundamentalne niedowartościowanie oraz rosnącą atrakcyjność polskich obligacji skarbowych. W najbliższych tygodniach cena litra benzyny Euro 95 powinna spaść jeszcze o co najmniej 15-20 groszy poniżej poziomu 5,50 zł za litr.

Maciej Bitner, główny ekonomista

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dowiedz się więcej na temat: wzrost | ropa naftowa | rynki | wzrosty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »