Reklama

Złe wieści z Azji. Możliwe spadki

Informacja o deficycie handlowym Chin, jaki pojawił się w lutym jest zaskakująca i skłoniła inwestorów do sprzedaży akcji. Spadł też PKB Japonii i zatrudnienie w Australii.

Czwartkowy poranek przynosi serię złych informacji z Azji. Dlatego neutralny wydźwięk sesji w USA nie ma już żadnego znaczenia. Dla inwestorów w Warszawie ważniejsze od postawy Wall Street mogą być spadkowe sesje na giełdach Ameryki Południowej (Bovespa straciła 1,1 proc., indeks giełdy w Meksyku 0,6 proc. i jest najniżej od dwóch tygodni), ponieważ są one zaliczane do wspólnej z GPW kategorii rynków wschodzących.

Jednak znacznie poważniejsze ryzyko rodzi potencjalna reakcja na dane z Azji. Na pierwszy plan wysuwa się deficyt handlowy Chin w skali nie notowanej od siedmiu lat (7,3 mld USD). Eksport wzrósł wprawdzie, ale zaledwie o 2,4 proc., podczas gdy import wzrósł o 19,4 proc. Dane są znacznie gorsze od oczekiwań (spodziewano się prawie 5 mld USD nadwyżki z wymiany handlowej) i mogą świadczyć o spowolnieniu i chińskiej i światowej gospodarki. Są groźne także z innego powodu - Chiny odegrały już w tym roku rolę rycerza na białym koniu kupując obligacje irlandzkie czy hiszpańskie. Brak nadwyżek walutowych może ograniczyć tę działalność. W dalszej części roku spodziewana jest poprawa salda obrotów towarowych, ale z pewnością nadwyżka będzie niższa niż w 2010 r.

Reklama

Słabsze od oczekiwań dane napłynęły też z Japonii, gdzie PKB spadł w IV kwartale o 1,3 proc., wobec pierwotnie szacowanego spadku o 1,2 proc. W Australii rynek pracy nieoczekiwanie skurczył się o 10 tys. etatów, a oczekiwano wzrostu o 20 tys. Na to nakładają się jeszcze - wprawdzie oczekiwane, ale dla rynków nieprzyjemne - decyzje o wzroście stóp procentowych w Korei i Tajlandii.

Reakcja inwestorów mogła być tylko jedna. Nikkei i SCI straciły po 1,5 proc., Kospi 1 proc., a Hang Seng 0,8 proc. Cała czwórka rozpoczęła sesje wyżej niż je kończyła, przewaga sprzedających utrzymała się przez cały dzień, tylko w Seulu inwestorzy walczyli o lepszą końcówkę.

W Europie nastroje będą więc złe od rana, choć już wczoraj nie były szampańskie. Problem polega na tym, że spadki indeksów rzędu 0,5-1 proc. mogą sprowadzić indeksy do nowych minimów trendu spadkowego rozpoczętego w połowie lutego. To zaś dałoby podwaliny obawom o przedłużenie korekty o kolejnych kilka procent.

W Warszawie na razie sytuacja nie jest aż tak poważna. Zaledwie kilka dni temu w Warszawie świętowano nowe rekordy hossy. Odbicie od szczytu nie jest niczym niezwykłym, w ostatnich czterech miesiącach każdy nowy szczyt hossy owocował natychmiastową korektą spadkową. Poziom obrony to okolice 2650 pkt - dość odległe by na razie nie martwić się nimi.

Kontrakty na S&P nieznacznie spadają, ropa zaś drożeje - mamy odwrotność wczorajszej sytuacji. Dane o bilansie handlowym Niemiec (za styczeń) także wskazują na spowolnienie eksportu, a nadwyżka spadła z 12 do 10 mld EUR. To także argument za spadkami na otwarciu. Przed sesją poznamy jeszcze dane o produkcji przemysłowej Francji, o 10:30 analogiczne dane dla Wielkiej Brytanii, a o 13:00 decyzja Banku Anglii. O 14:30 poznamy zaś bilans handlu zagranicznego USA. Tu oczekiwany jest deficyt rzędu 41,5 mld USD, choć po danych z Niemiec i Chin możliwe, że będzie znacznie niższy. W końcówce sesji opublikowany zostanie indeks wskaźników wyprzedzających w USA oraz indeks cen nieruchomości. Przez całą sesję nie powinno zabraknąć więc emocji.

KOMENTARZ PRZYGOTOWAŁ

Emil Szweda, Noble Securities

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »