W skrócie
- Brak silnej reakcji rynków na zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczące ceł może wynikać z niejasności prawnych oraz oczekiwania na wyrok Sądu Najwyższego USA.
- Negatywny wyrok dla Donalda Trumpa może skutkować koniecznością cofnięcia wprowadzonych ceł, prowadząc do sporów sądowych i niepewności dla spółek.
- Działania wobec szefa Fed Jerome'a Powella bez względu na rozstrzygnięcie nie zmienią radykalnie polityki monetarnej.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Monika Krześniak-Sajewicz, Interia: Czy rynki poważnie traktują zapowiedzi Donalda Trumpa o cłach wobec państw mocno sprzeciwiających się aneksji Grenlandii, otwiera się w nowym oknie? Nie było dużej reakcji. Czy może uznają, że to element jego nieprzewidywalności i jutro czy pojutrze decyzja może być inna? A może nawet gdyby cła weszły w życie, nie byłyby same w sobie aż tak groźne?
Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku: - W mojej ocenie obecny brak reakcji wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, sytuacja stała się niezwykle skomplikowana. Nie ma jednego, wyraźnego elementu czy wydarzenia, które można byłoby wykorzystać do zajęcia lub zamknięcia pozycji. Idziemy na domysłach, a każdy domysł ma kilka możliwych dalszych ścieżek. Stąd rynek podąża średnio rzecz biorąc po najniższej linii oporu, czyli do góry. Skoro nic na nowe nie jest jasno zdefiniowane, nie ma nowej, pewnej informacji, idziemy z trendem.
Po drugie - i to jest bardziej konstruktywne wyjaśnienie - wszystkie cła nałożone teraz na kraje sprzeciwiające się aneksji Grenlandii zostały ogłoszone na podstawie przepisów, które właśnie ocenia Sąd Najwyższy USA, który ma orzec czy regulacje prawne wykorzystane przez Donalda Trumpa w ogóle pozwalają na użycie taryf celnych jako narzędzia nacisku. Z tego punktu widzenia, wydarzyło się coś, co mogło się … nie wydarzyć. A więc nic nowego.
Eksperci generalnie przewidują, że Sąd Najwyższy uzna, iż prezydent nie ma takich uprawnień, ponieważ w użytych przepisach nie ma nawet wzmianki o cłach. Historycznie były one stosowane wobec reżimów takich jak Iran czy Korea Północna - jako narzędzie presji, ale nie do bieżącej polityki wobec sojuszników.
Dotyczy to także kilku rund wcześniej nałożonych ceł przez obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych i ceł retorsyjnych.
Po wyroku pojawi się ogromna liczba możliwych scenariuszy. To będzie moim zdaniem moment, w którym gracze na rynku przemyślą swoje pozycje na nowo. Oczywiście jeśli eksperci to przewidują to jest już w cenach na rynku jako najbardziej prawdopodobny scenariusza, ale nie scenariusz pewny. Gdy stanie się pewny, pojawi się nowa drabinka prawdopodobieństw.
Negatywny dla Donalda Trumpa wyrok wprowadzi chaos: wszystko, co zostało uznane za bezprawne, trzeba będzie odwrócić i przywrócić poprzedni stan faktyczny. Czyli w praktyce te pobrane cła trzeba będzie komuś oddać. Pojawi się pytanie komu? Importerom? Potem zapewne odezwą się też konsumenci, którzy ponieśli część kosztów. To oznacza lawinę pozwów, wieloletnie spory sądowe i niepewność wyników wielu spółek - to one będą pewnie pozywane przez konsumentów.
Pojawia się też pytanie, czy Trump będzie próbował zastąpić to narzędzie nacisku innym. Istnieje kilka innych ustaw, które mógłby wykorzystać, ale wymagają one długich, nawet rocznych procedur. Dlatego nie są skuteczną groźbą "tu i teraz".
Jedyny szybki instrument pozwala nałożyć cła do 15 proc. i tylko na okres do 150 dni, w celu ochrony bilansu płatniczego. Poza tym każda dostępna opcja jest problematyczna. Nieprzypadkowo prezydent wykorzystywał do tej pory te, a nie inne, bo nie wymagało to zaangażowania żadnych agencji. Za chwilę zapadnie rozstrzygnięcie czy faktycznie miał do tego uprawnienia.
Czy to oznacza, że decyzja Sądu Najwyższego - niezależnie od tego jak będzie - może wywołać wstrząs na rynkach, niezależnie od tego co zostanie orzeczone?
- Tak. Jeżeli wyrok będzie zgodny z przewidywaniami i Sąd Najwyższy uzna, że Trump nie mógł nakładać ceł w ten sposób, to zacznie się proces odwracania wcześniejszych działań i szukania nowych podstaw prawnych. Trump zostanie w pewnym sensie ograniczony w swoich działaniach, bo to będzie oznaczać, że jednak Kongres ma kluczowe zdanie w tej sprawie. To zmienia układ sił, zwłaszcza przed nadchodzącymi, połówkowymi wyborami. Nie idźmy jednak zbyt daleko. Wielu prezydentów przegrało "midterms" - tj. ich partie przegrały, czasem sromotnie - aby potem podnieść się i dać wygraną sobie lub koledze popieranemu przez partię. Tyle tylko, że zwykle to był zimny prysznic i zaproszenie do zmiany zachowania. Donald Trump już o reelekcję nie walczy, drugiej kadencji nie będzie. Czy zmieni zachowanie? Wątpię. Ale będzie można go już skutecznie blokować. Republikanie też będą grali na kogoś innego (pewnie w mniejszości). Może na chwilę zagości większy spokój.
Jeśli natomiast SN orzeknie, że miał do tego prawo, to sytuacja zmieni się w innym kierunku, bo Trump będzie jeszcze bardziej ośmielony, co może jeszcze zradykalizować jego decyzje.
Na ten wyrok czeka Unia Europejska. Formalnie nowe cła mają działać od 1 lutego. Unia zwleka, jedynie planując działania odwetowe. Wstrzymuje się z decyzją, czekając właśnie na orzeczenie Sądu Najwyższego, które może być ogłoszone "lada dzień". Moim zdaniem wzajemne obkładanie się cłami w ogóle nie ma sensu. Wszyscy na tym ostatecznie stracą. To nawet z punktu widzenia USA dość, moim zdaniem przynajmniej, nielogiczne.
Największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych są dziś Chiny: gospodarka znacznie większa populacyjnie, dysponująca - choćby z uwagi na same prawidła statystyki - większą pulą talentów oraz kluczowych zasobów, które USA są niezbędne. W dłuższej perspektywie to właśnie Chiny mogą zdominować Stany Zjednoczone. Albo inaczej - to jedyny kraj, który ma na to realnie szansę. Nie Rosja, nie Europa - Chiny. W takiej sytuacji USA rozsądniej szukać sojuszników, którzy myślą podobnie - a takim naturalnym partnerem byłaby Europa. Tymczasem Trump otworzył równolegle kilka frontów i na każdym walczy jakby nie było jutra.
Czy działania Trumpa wobec szefa Fed, Jerome Powella mogą mieć wyłącznie polityczne skutki czy nie tylko? Jeśli Trumpowi udałoby się go odsunąć, czy mogłoby to realnie zmienić politykę Fed i wpłynąć na globalne rynki finansowe?
- Tu w grę wchodzą dwa możliwe efekty. Załóżmy, że Trumpowi rzeczywiście uda się powołać na stanowisko szefa Fed osobę, która podziela jego poglądy. Załóżmy też, że ta osoba chciałaby prowadzić politykę stóp procentowych w bardziej gołębim kierunku niż obecny.
W praktyce jednak żaden z kandydatów nie proponuje absolutnie skrajnych scenariuszy: nikt nie mówi o stopach na poziomie 0 czy 1 proc. To nie są ludzie, którzy chcieliby "wywrócić stolik". Różnią się stopniem ostrożności czy tym, jak postrzegają ryzyka, ale nie są to różnice, które sprawiają że momentalnie Rezerwa Federalna zacznie robić głupie rzeczy. Dlatego nie spodziewałbym się panicznych reakcji rynków - raczej umiarkowanego dostosowania.
Jest też drugi kontekst: Fed jako instytucja neutralizuje zapędy polityczne. Będąc poza Fed można publicznie wypowiadać radykalne tezy, ale kiedy zostaje przewodniczącym Rezerwy Federalnej, staje się odpowiedzialnym za instytucję i pisze swoją historię, a nie historię tego, komu zawdzięcza się powołanie. Kadencje są bardzo długie - to aż 14 lat jako członek zarządu i 5 lat jako przewodniczący. Czas bardzo zmienia perspektywę.
Dlatego nawet jeśli trafi tam ktoś, kto ma odmienne zdanie od większości Komitetu, to jeśli tej większości nie przekona, nie będzie w stanie niczego przeforsować. Nawet gdyby Powell zrezygnował, wciąż liczba "szabel" sprzeciwiających się radykalnym posunięciom w ramach całego FOMC wynosi 8 z 12.
Pytanie czy Donald Trump może polityczno-prawnymi zabiegami i instrumentami wymienić szefa FED?
- Z mojej analizy wszystkich aktów prawnych Trump może wymienić Powella tylko w dwóch przypadkach. Albo, gdy Powellowi skończy się kadencja jako członkowi zarządu Fed, a to nastąpi dopiero w 2028 roku, albo jeśli wcześniej udowodni mu złamanie prawa lub po prostu złamie w procesie sądowym i skłoni do rezygnacji z "powodów osobistych" - to stresujące, być może ostatecznie Powell nie będzie chciał tego robić, choć na razie nastrój ma bojowy.
Dlatego Trump próbuje podważyć jego pozycję - poprzez budowanie narracji o rzekomych nieprawidłowościach. Wyciągnął różne zarzuty, m.in. te dotyczące finansowania remontu siedziby Fed. Część argumentów może opierać się na interpretacjach, nie na oczywistych naruszeniach prawa. Nawet jeśli Powell ma pewność, że prawa nie złamał, może mieć wątpliwości, czy w niektórych elementach nie poruszał się w sferze szarej, a nie czarno-białej. Zeznając przed Grand Jury nigdy nie kontroluje się sytuacji w 100 proc..
Warto dodać, że zakończenie w maju kadencji przewodniczącego nie oznacza obowiązku odejścia z Fed. Powell może pozostać zwykłym członkiem zarządu aż do 2028 roku. Zwykle przewodniczący odchodzą, bo nie chcą wracać na mniej eksponowane stanowisko, ale to kwestia zwyczaju, nie prawa.
Jeśli Powell będzie chciał iść na zwarcie, może robić to z tej pozycji pozostając w Fed. Jednocześnie w Senacie narasta irytacja, także wśród części republikanów. Padają wprost deklaracje, że nie zatwierdzą żadnego nowego szefa Fed, dopóki sprawa Powella się nie wyjaśni. To bardzo komplikuje sytuację polityczną i pokazuje, że nie jest ona łatwa do rozstrzygnięcia.
Skoro jesteśmy przy szefach banków centralnych, to wejdźmy na chwilę na krajowe podwórko. Czy zapowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego zwiększania rezerw złota to dobra decyzja? To jest większe bezpieczeństwo w niestabilnych czasach?
- To jest temat, który wymaga spokojnej analizy. Oceniając ex post poprzednia decyzja była trafiona pod względem timingu. Prezes NBP uznał, że Polska powinna mieć większa część rezerw w złocie - i rzeczywiście to złoto kupiliśmy. W efekcie, przy wzroście jego ceny, na papierze wygląda to dziś korzystnie. Jednak pojawia się pytanie co dalej?
Można złoto dalej dokupować, ale zobaczymy, co będzie w sytuacji, gdy trzeba je będzie ewentualnie sprzedać. Być może nigdy nie zostanie sprzedane - tego nie wiemy.
Złoto ma jednak pewien istotny mankament. O ile bywa postrzegane jako "bezpieczne", to tak naprawdę trudno powiedzieć, czym jego bezpieczeństwo różni się od bezpieczeństwa krótkoterminowych amerykańskich papierów skarbowych.
Jest też druga kwestia: złoto nie przynosi dochodów odsetkowych. Jeśli na bilansie NBP będzie zbyt duży udział złota, to automatycznie zmniejszamy potencjalny zysków NBP. Te mogą pojawić się tylko wtedy, gdy złoto zostanie sprzedane.
To prowadzi do kolejnego wyzwania: Polska musi wypracować spójną, systemową politykę zarządzania rezerwami walutowymi - uwzględniającą to, jaki powinien być udział złota, a jaki instrumentów, które generują bieżące dochody. Na pewno powinna zostać w sposób przemyślany dopracowana. Być może ona już istnieje. Być może publiczność powinna mieć dostęp do takich dokumentów, aby wyrobić sobie o tym własne zdanie, a nie tylko polegać na słowie prezesa.
Rozmawiała Monika Krześniak-Sajewicz














