Spis treści:
- Na polskim rynku pracy nie jest tak różowo. Cierpią głównie młodzi
- Popyt na pracę wzrośnie? Pomóc ma boom inwestycyjny
- Polska musi odzyskać atrakcyjność. Automatyzacja i robotyzacja kuleją
- Czy to już czas, by obawiać się AI?
- Co z wynagrodzeniami Polaków w 2026 roku?
- "Rynek pracy jest teraz trudny i potrzebuje elastyczności"
W listopadzie 2025 roku stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce utrzymała się na poziomie z października, tj. 5,6 proc. Wprawdzie dane GUS nie potwierdziły wcześniejszego, bardziej pesymistycznego szacunku resortu rodziny, pracy i polityki społecznej, który wskazywał na wzrost stopy bezrobocia do 5,7 proc. - ale i tak listopadowy odczyt osiągnął wartość ostatni raz zaraportowaną przez GUS w lutym 2023 roku. Stopa bezrobocia zaczęła rosnąć w czerwcu - wtedy nastąpiła pierwsza zwyżka o 0,2 pkt. procentowego, z 5 proc. do 5,2 proc. Poziom 5,6 proc. bezrobocie osiągnęło we wrześniu.
Jednocześnie od maja nieprzerwanie, z miesiąca na miesiąc, rosła liczba bezrobotnych - z poziomu 782,8 tys. zarejestrowanych bezrobotnych ogółem w piątym miesiącu minionego roku dotarliśmy do 873,6 tys. na koniec jedenastego miesiąca.
Na polskim rynku pracy nie jest tak różowo. Cierpią głównie młodzi
"Spokojnie, to tylko efekty nowelizacji ustawy o służbach zatrudnienia" - powtarzało przez ostatnie miesiące MRPiPS. Nowela ta, która weszła w życie 1 czerwca 2025 r., umożliwiła m.in. rejestrację bezrobotnych online i zniosła rejonizację w procesie rejestracji w urzędzie pracy. Łatwiejsze uzyskanie statusu osoby bezrobotnej niewątpliwie przyczyniło się do podbicia statystyk, ale to tylko część obrazu.
- Rok 2025 był trudny dla rynku pracy - oprócz utrzymującej się na nim presji płacowej (bo przecież płaca minimalna w 2025 r. wzrosła znacznie, a przeciętne wynagrodzenia też utrzymywały się poziomie ponad 8 proc.), firmy musiały mierzyć się z drugim trudnym czynnikiem kosztowym w postaci wysokich cen energii - mówi Interii Biznes prof. dr hab. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, badacz z Uniwersytetu Warszawskiego. - W tej sytuacji nie tylko mikro i małe przedsiębiorstwa, ale też średnie i duże firmy musiały myśleć o optymalizacji zatrudnienia. Pierwszym przejawem jest brak nowych ofert pracy i zastój w rekrutacji - a z tego powodu "obrywają" głównie młodzi, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, nie mają na nim ugruntowanej pozycji i kontaktów. Stają się oni ofiarami spadku płynności na rynku.
Widać to jak na dłoni w danych GUS. Liczba absolwentów zarejestrowanych w urzędach pracy jako osoby bezrobotne w czerwcu wynosiła 14 tys., w lipcu 17 tys., w sierpniu 21,8 tys., we wrześniu 33,6 tys., w październiku 37,3 tys., a w listopadzie przekroczyła 38 tysięcy (38,1 tys.).
Jeśli chodzi o oferty pracy zgłoszone przez pracodawców w ciągu miesiąca, to w listopadzie spadły one do poziomu 25 tysięcy wobec 36,5 tys. w październiku i 41,1 tys. we wrześniu. Spadku liczby zgłoszonych ofert poniżej 30 tys. GUS nie odnotował nawet w szczycie pandemicznej niepewności - w kwietniu 2020 r., pierwszym pełnym miesiącu lockdownu w Polsce, pracodawcy zgłosili do urzędów pracy 58,2 tys. ofert.
- Ale odnotowujemy też w niektórych branżach redukcję zatrudnienia, a nawet zwolnienia grupowe. To wszystko złożyło się na wzrost bezrobocia - mówi prof. Męcina.
Analizując przeciętny stan zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw w poszczególnych branżach w listopadzie br. - ostatnim miesiącu, dla którego dostępne są dane GUS na ten temat - można dojrzeć spadki zatrudnienia w ujęciu rok do roku. Spadki te dotyczą m.in. przemysłu (o 0,4 proc.), górnictwa i wydobywania, górnictwa i wydobywania węgla kamiennego i brunatnego (w obu przypadkach o 3,7 proc.), przetwórstwa przemysłowego (o 0,3 proc.), produkcji odzieży (o 10,9 proc.), produkcji pojazdów samochodowych, przyczep i naczep (o 0,9 proc.) czy produkcji mebli (o 2 proc.). Lekki spadek dotknął nawet budownictwa ogółem (o 0,2 proc.), ale już w przypadku budowy obiektów inżynierii lądowej i wodnej nastąpił lekki wzrost zatrudnienia, o 0,2 proc., a nadchodzący boom inwestycyjny pozwala przypuszczać, że będzie tylko lepiej.
Popyt na pracę wzrośnie? Pomóc ma boom inwestycyjny
- To, co jest optymistyczne w kontekście 2026 roku, to utrzymanie wysokiego wzrostu gospodarczego i zapowiadany wzrost inwestycji publicznych, głównie w zakresie infrastruktury i zbrojeń - mówi prof. Jacek Męcina. - Rząd deklaruje, że będzie się starał tworzyć mechanizmy pomagające w przekładaniu się wydatków publicznych na wzrost inwestycji w sektorze prywatnym - jeśli to się uda, w co osobiście wierzę, to w II połowie 2026 r. sytuacja na rynku pracy powinna się ustabilizować.
Przypomnijmy, że rząd spodziewa się wzrostu inwestycji w 2026 roku o 8 proc. - mają one być głównym silnikiem napędowym wzrostu gospodarczego, który w rozruch wprawi konieczność szybkiego wydatkowania części grantowej z KPO (ok. 108 mld zł trzeba wydać i rozliczyć do końca 2026 roku) i postępująca realizacja unijnej perspektywy finansowej na lata 2021-2027. Firmy, zwiększając nakłady inwestycyjne, będą musiały zwiększać nakłady pracy.
Polska musi odzyskać atrakcyjność. Automatyzacja i robotyzacja kuleją
- Są też jednak niebezpieczeństwa - Polska straciła atrakcyjność inwestycyjną - przestrzega rozmówca Interii Biznes. - Firmy, którym łatwo zmienić siedzibę, dla przykładu zajmujące się usługami dla biznesu (centra obliczeniowe, księgowe), szukają bardziej konkurencyjnych rynków, takich jak Indie, czy kraje Azji. Trzeba zrobić wszystko, żeby je od tego zamiaru odwieść i zachęcać do rozwijania biznesu w Polsce. W ramach polityki przemysłowej powinniśmy myśleć w taki sposób, żeby zachęcać inwestorów i firmy obecne na naszym rynku do coraz większej automatyzacji i robotyzacji - tym bardziej, że Polska jest pod tym względem w ogonie Europy, a Europa w ogonie świata. Tylko dzięki impulsom inwestycyjnym uda się pobudzić inwestycje i utrzymać obecny potencjał gospodarczy w Polsce.
- Przez ostatnią dekadę zbudowaliśmy w Polsce niezłą jakość pracy, a sytuacja demograficzna będzie wymuszała dbanie o utrzymanie tej jakości, bo pracowników będzie coraz mniej - dodaje prof. Męcina.
Według oficjalnego scenariusza prognozy ludności GUS z listopada 2025 r. liczba ludności w wieku produkcyjnym w 2060 r. w Polsce wyniesie ponad 15 mln i będzie niższa od obecnej o 6,7 mln. W miarę kurczenia się puli zasobu pracy w Polsce, rola AI będzie w naturalny sposób zapełniać powstające na rynku pracy luki.
Czy to już czas, by obawiać się AI?
Jednocześnie wielu pracowników ma obawy, że "kołdra" sztucznej inteligencji przykryje również te obszary, w których obecnie rąk do pracy nie brakuje (według badania "Polacy o sztucznej inteligencji w miejscu pracy" przeprowadzonego przez prof. Dominikę Maison z Uniwersytetu Warszawskiego we współpracy z ośrodkiem THINKTANK i Ogólnopolskim Panelem Badawczym Ariadna, 58 proc. badanych uważa, że AI odbierze pracę wielu ludziom w Polsce).
- Osobiście nie jestem zwolennikiem tezy, że transformacja w kierunku sztucznej inteligencji będzie masowo zastępować pracowników - uważam natomiast, że będzie ona wypierać tych, którzy nie mają kompetencji cyfrowych - mówi prof. Męcina. Dlatego trzeba inwestować w szkolenia cyfrowe pracowników. Jeśli zainwestujemy w automatyzację i robotyzację, to ktoś z tymi maszynami musi pracować i tego rodzaju kompetencje będą kluczowe.
Sztuczna inteligencja nie zastąpi pracowników, zastąpią ich inni pracownicy, którzy opanują umiejętności współpracy z AI – to przesłanie na 2026 rok, aby inwestować w swoje umiejętności cyfrowe – one zdecydują o naszej przyszłości na runku pracy.
Co z wynagrodzeniami Polaków w 2026 roku?
W bliższej perspektywie większość Polaków myśli jednak przede wszystkim o tym, ile będzie zarabiać. Według prognoz Ministerstwa Finansów, przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wyniesie 9420 zł brutto (wzrost o 6,4 proc. w porównaniu z 2025 r.), przy czym w sektorze przedsiębiorstw będzie to 9519 zł brutto (wzrost o 6,5 proc.).
Zmianą w porównaniu z latami ubiegłymi będzie niski, bo 3-procentowy wzrost płacy minimalnej od 1 stycznia 2026 roku. Jak zauważają ekonomiści Santander Banku Polska, kilka lat z rzędu wysokich podwyżek płacy minimalnej (w 2023 i 2024 r. wzrastała ona nie tylko z początkiem roku, ale też w połowie roku, z uwagi na wysoką inflację) poskutkowały tym, że szła ona w górę znacznie mocniej niż przeciętne wynagrodzenia w gospodarce, "wystawiając na próbę przedsiębiorców mierzących się z presją kosztową". W efekcie - dodają - wzrost o 3 procent "jest odbierany przez firmy z ulgą, jednak nie można go zupełnie bagatelizować, ponieważ odbywa się od bardzo wysokiej bazy" (w 2025 r. płaca minimalna wzrosła o 8,5 proc. w porównaniu z rokiem 2024, do 4666 zł brutto).
"Dane z badania struktury wynagrodzeń wg zawodów GUS dają przesłanki za tezą, że w latach, gdy płaca minimalna rośnie wolniej niż cały rynek, zmniejsza się też odsetek pracowników otrzymujących najniższą pensję. Innymi słowy, część z nich dostaje podwyżkę umożliwiającą ucieczkę z grona najmniej zarabiających. Wynika z tego, że średnio rzecz biorąc płaca minimalna nie będzie generować w przyszłym roku presji płacowej, a raczej będzie czynnikiem obniżającym ogólną dynamikę płac" - wskazują ekonomiści Santander BP.
- Trzeba chronić realny wzrost płacy minimalnej, pamiętając jednak, że musi on być bliższy realiom, czyli odpowiadać wzrostowi inflacji, tym bardziej, że w Polsce płaca minimalna w ostatniej dekadzie rosła najszybciej w UE. Spadek dynamiki wzrostu płacy minimalnej w 2026 r. spowoduje lekkie zmniejszenie presji płacowej, niezależnie od tego, że nadciągający boom inwestycyjny zwiększy popyt na pracowników - zgadza się prof. Jacek Męcina. - Prognozuję, że w 2026 roku zmniejszać się będzie presja płacowa, płace w gospodarce wzrosną nominalnie o 5,5-7 proc.
- Presja płacowa będzie natomiast utrzymywać się w strefie budżetowej i tutaj rząd będzie musiał podjąć wysiłek, aby wynagrodzenia w budżetówce wzrosły w 2026 roku, bo inaczej grożą nam spory zbiorowe i odejścia z sektora publicznego, co odbije się negatywnie na jakości usług publicznych - a przecież powinno nam zależeć na tym, żeby ta jakość była jak najwyższa - dodaje ekspert. - Inwestycje w sferę budżetową są ważne dla przedsiębiorców w kontekście sprawnej obsługi inwestycji w ramach administracji gospodarczej, ale to także poprawa jakości edukacji, czy innych usług dla obywateli i biznesu.
W świetle ustawy budżetowej na 2026 rok, podwyżki dla pracowników sfery budżetowej wyniosą 3 proc. i będą naliczone od 1 stycznia 2026 r., a więc realnie zarobki w tej grupie nie pójdą w górę - podwyżka to tylko rekompensata inflacji (rząd zakłada, że średnioroczna CPI w 2026 roku wyniesie 3 proc.).
"Rynek pracy jest teraz trudny i potrzebuje elastyczności"
Bliską perspektywą jest też reforma Państwowej Inspekcji Pracy, której ostateczny kształt wciąż jeszcze się "wykluwa" (w związku z tym nie wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2026 r., choć tak planowało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej). Powodem opóźnień we wdrażaniu reformy jest przede wszystkim budzący kontrowersje plan zwiększenia uprawnień PIP, tak, aby inspektorzy mogli zmieniać umowy o dzieło, umowy zlecenie czy B2B w umowy o pracę w sytuacjach, w których stwierdzą, że pracodawcę i pracownika łączą relacje wyczerpujące znamiona stosunku pracy.
- Reforma PIP niepokoi firmy, zwłaszcza, że wciąż nie ma odpowiedzi na pytanie, jaki ostateczny kształt przybierze - zauważa prof. Męcina. - Osobiście proponowałbym, żeby nie iść w kierunku decyzji administracyjnej przekształcającej umowę cywilną w umowę o pracę, a raczej w kierunku decyzji o potwierdzeniu na piśmie przez pracodawcę istnienia stosunku pracy. Uniknęlibyśmy w ten sposób terapii szokowej. Przy wydaniu takiej decyzji pracodawca ma obowiązek w pierwszej kolejności porozumieć się z pracownikiem - jeśli strony porozumieją się co do tego, że umowa cywilnoprawna to ich wspólna decyzja, to wtedy kończy się rola inspektora. Dopiero w sytuacji konfliktu wchodziłoby postępowanie sądowe.
Jak przekonuje, chodzi o to, by nie wylać dziecka z kąpielą. - Namawiam do tej łagodniejszej wersji - nie chodzi przecież o to, żeby przestraszyć biznes, tym bardziej, że uczciwi przedsiębiorcy sami nie chcą, aby ci mniej uczciwi konkurowali z nimi poprzez nadużywanie umów cywilnoprawnych. W wielu obszarach gospodarki te umowy są jednak konieczne - mam tu na myśli domy opieki społecznej czy NZOZ-y, gdzie pracownicy często wykonują pracę w kilku miejscach. Inny przykład - jeśli świetny informatyk będzie mieć problem z fiskusem, bo inspektor przekształci mu umowę cywilnoprawną w etat, to skutek może być taki, że wyniesie się on po prostu z Polski. Od 2014 roku inwestujemy konsekwentnie w jakość pracy i widać efekty tych działań, dlatego nie fundujmy sobie rewolucji, a dalej konsekwentnie, ale w odpowiednim tempie podążajmy tą drogą dla dobra pracowników, ale i rynku pracy.
- Podobnie wygląda sprawa z projektem ustawy o równości płac kobiet i mężczyzn - tu też, zamiast pójść w kierunku badania i obowiązku przygotowania rekomendacji, pojawia się kwestia kar - dodaje prof. Męcina. - Takie podejście nie budzi zaufania, tym bardziej że - jak wspomniałem - rynek pracy jest teraz trudny i potrzebuje elastyczności. Lepiej uchwalić mądre prawo, dać roczne vacatio legis i pozwolić rynkowi dostosować się do nowych oczekiwań. Potem przyjdzie czas na kary. Cieszmy się tym, że rynek pracy przez wiele lat był ostoją względnej stabilności, a kolejne rządy chwaliły się najniższym w UE bezrobociem. Dlatego w sytuacji, gdy bezrobocie rośnie, unikajmy regulacji, które uderzać będą w zatrudnienie.
Nowa ustawa dotycząca równości wynagrodzeń ma wejść w życie 7 czerwca 2026 roku, co sprawia, że pracodawcom zostało niecałe pół roku na dostosowanie się do nowych wymogów administracyjnych, takich jak regularne składanie raportów o luce płacowej (dla firm zatrudniających co najmniej 100 pracowników).
Zdaniem prof. Jacka Męciny, polski biznes potrzebuje dziś przede wszystkim reformy w innym obszarze, kluczowym z punktu widzenia podaży pracy i dostosowania jej do prognozowanego na 2026 rok wzrostu popytu.
- Warto dodać, że tym, czego naprawdę oczekują przedsiębiorcy, jest digitalizacja procesu wydawania zgody migrantom na podjęcie pracy na naszym rynku. Naszym atutem jest bardzo przyzwoity poziom usług publicznych, by wymienić chociaż ePUAP, e-receptę czy zinformatyzowany ZUS - tymczasem w obszarze urzędów pracy i urzędów ds. cudzoziemców mamy wielką biurokrację i brak nowoczesnego myślenia. Potrzebujemy tutaj więcej zdigitalizowanych narzędzi, bo nie możemy się oszukiwać, że nasza gospodarka w dłuższym terminie poradzi sobie bez migrantów. Rocznie potrzebujemy co najmniej miliona obcokrajowców na rynku pracy i aby potrzeby gospodarki były zaspokojone, w ramach nowych, bezpieczniejszych zasad dostępu do rynku pracy, inwestycje w digitalizację usług w tym obszarze uważam za jeden z priorytetów.
Katarzyna Dybińska












