Reklama

Czy deflacja to tylko "strachy na Lachy"?

Jedni ekonomiści biją na alarm, inni uspokajają. Deflacja - całkiem nowe w polskiej gospodarce wolnorynkowej zjawisko - stała się faktem. Ale wcale nie musi oznaczać recesji. . Dla polskich eksporterów skurczenie się popytu w krajach UE mogłoby się nawet per saldo okazać dużo bardziej szkodliwe niż rosyjskie embargo.

Spadek cen nie jest bynajmniej niespodzianką. Eksperci całkiem trafnie go przewidzieli. Oczekiwali, że przy rekordowo niskiej od wielu miesięcy inflacji sezonowa obniżka cen żywności ściągnie latem inflacyjny wskaźnik poniżej zera. Przyczyniła się do tego także zeszłoroczna, znaczna podwyżka opłat za wywóz nieczystości. Spowodowała ona skokowy wzrost inflacji, co nienaturalnie podwyższyło bazę, stanowiącą punkt odniesienia przy dokonywaniu obliczeń statystycznych i w rezultacie - po ustąpieniu wywołanego przez nią efektu - doprowadziło do gwałtownego spadku wskaźnika inflacji.

Reklama

Nie mamy więc do czynienia z konsekwencjami jakichś negatywnych tendencji występujących w gospodarce, bo takich się nie odnotowuje. Ekonomiści mówią raczej o krótkotrwałym spadku cen, który potrwa dwa, no góra trzy miesiące. Tego, co się dzieje, nie można jednak skwitować wzruszeniem ramion...

Embargo zbija ceny

Sytuację komplikuje bowiem geopolityczne napięcie na Wschodzie oraz zamknięcie rosyjskiego rynku dla polskich producentów żywności. To oczywiście oznacza zwiększenie jej podaży w kraju i poważniejszy niż się spodziewano spadek cen.

- Wpływ embarga na inflację skoncentruje się w trzecim i czwartym kwartale, a zatem w okresie, w którym nastąpi pełna materializacja jego wpływu na ceny mięsa i nabiału, i gdy zakończą się zbiory jabłek i gruszek. Deflacja może potrwać do grudnia - ocenia Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Takiego scenariusza nie wyklucza również minister finansów Mateusz Szczurek.

- Zjawisko deflacji może się rozciągnąć poza miesiące wakacyjne - przyznaje.

Niskie ceny nie są jedynie polskim problemem. Europejski Bank Centralny obniżył stopy do rekordowo niskiego poziomu, a jedną z nich - depozytową, ustalił na poziomie minus 0,1 proc. Chociaż prezes EBC Mario Draghi uspokaja: "Nie widzimy typowych cech negatywnej spirali deflacyjnej. Nie widzimy samospełniającej się przepowiedni, gospodarstwa domowe nie odkładają na później wydatków, nie widać też innych cech tego zjawiska", to eksperci i komentatorzy nie mają wątpliwości: EBC zdecydował się na takie działania, by przeciwdziałać groźbie wystąpienia deflacji.

- Mamy sytuację wzrostu gospodarczego, który się utrwala, i inflacji, która spada. Dla banku centralnego to oczywiście nie jest dobra sytuacja, bo stwarza zagrożenie deflacją. Gdyby do tego doszło, musiałby on podjąć bardziej radykalne działania z doprowadzeniem do przegrzania gospodarki włącznie, bo niska inflacja na dłuższą metę gospodarce nie służy - stwierdza Jakub Borowski.

Europa się boi

Skąd te obawy? Przywykliśmy wszak do tezy, że wysoka inflacja staje się dla gospodarki zabójcza (ba!, przerabialiśmy to w praktyce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). Dlaczego zatem także spadek cen miałby być dla nich tak szkodliwy?

Przede wszystkim, jak twierdzą ekonomiści, dlatego, że deflacja może obniżyć wzrost gospodarczy. Konsumenci, reagując na nią, wstrzymują się z zakupami, licząc na to, że towary, które chcą nabyć, wkrótce będą jeszcze tańsze. A to oznacza, że producenci mają kłopoty ze zbytem, muszą ograniczać produkcję, a z czasem i zatrudnienie, co z kolei powoduje spadek siły nabywczej konsumentów. I kraj wpada w deflacyjną spiralę.

W tym miejscu warto zauważyć, że deflacja oznacza wyższą realną stopę procentową. A to w krajach, w których występuje wysokie zadłużenie zarówno prywatne, jak i publiczne (tak, jak się to dzieje w Europie Zachodniej) może stanowić spory, dodatkowy problem. Dotyka on także budżetu. Deflacja obniża bowiem dochody państwa z podatków i w praktyce z jednej strony uniemożliwia mu walkę z długiem publicznym, z drugiej zaś dodatkowo spowalnia rozwój gospodarki, gdyż na obsługę zadłużenia trzeba przeznaczać proporcjonalnie większą część malejących wpływów budżetowych.

Tu często wskazuje się przykład Japonii, która przez ostatnią dekadę zmagała się właśnie z takim zjawiskiem. W ciągu ostatnich miesięcy usiłuje, poprzez bezprecedensowy dodruk pieniędzy, pobudzić inflację i ożywić gospodarkę. Na razie bez większego powodzenia: wzrost jej PKB, który wystrzelił do ponad 6 proc. w pierwszym kwartale, w drugim znowu znalazł się pod kreską. To dowodnie pokazuje, jak trudne jest wychodzenie z deflacyjnej zapaści.

Polska skorzysta?

To perspektywa groźna, ale czy nieunikniona? W Polsce niekoniecznie - uspokaja zdecydowana większość ekonomistów. Dlatego, że wszystko wskazuje na to, iż spadek cen nie ma u nas charakteru strukturalnego, lecz wynika ze splotu czynników sezonowych (letni spadek cen żywności) i jednorazowych (ów efekt wysokiej bazy plus embargo).

- Polsce nie grozi deflacja rozumiana jako długotrwały i uporczywy spadek cen. W dłuższym okresie można się spodziewać umiarkowanego i bardzo powolnego wzrostu wskaźnika CPI - ocenił w rozmowie z PAP Andrzej Raczko, członek zarządu NBP.

Rzeczywiście. Inflacja bazowa, czyli ta liczona z wyłączeniem cen żywności i nośników energii, chociaż niska, wciąż pozostaje na plusie.

Zatem deflacji - definiowanej tak, jak czyni to Andrzej Raczko, czyli strukturalnego, długiego i uporczywie nękającego gospodarkę spadku cen - bać się nie mamy powodów. Takiego zagrożenia nie ma, bo w Polsce, paradoksalnie właśnie dzięki niskiej inflacji, ale i przy lekkiej poprawie sytuacji na rynku pracy i stałym wzroście wynagrodzeń, realna siła nabywcza Polaków rośnie. Można więc oczekiwać dalszego wzrostu popytu, a to, prędzej czy później, przełoży się na wzrost cen.

Ponadto nic nie wskazuje na to, by Polacy mieli zamiar zacząć w większym niż dotychczas stopniu oszczędzać. Zatem pieniądze, które zaoszczędzą na kupnie żywności (bo tu raczej zjawisko odraczania zakupów nie zachodzi, a to ono właśnie prowadzi do spadku cen), będą mogli przeznaczyć na inne towary. Dlatego też niektórzy analitycy sądzą, iż taka deflacja (czy może raczej: okresowy spadek cen), z jaką mamy w Polsce do czynienia obecnie, może się dla gospodarki okazać nawet korzystna.

- Niska czy zerowa inflacja jest dobrą wiadomością, bo podtrzymuje popyt i pozwala założyć, że niskie w tej chwili stopy procentowe będą utrzymywane - ocenia prof. Stanisław Gomułka. I podkreśla: - Deflacja może być dla gospodarki problemem, gdy dotyczy artykułów trwałych i jest tak znacząca, że wzmacnia oczekiwanie na dalszy spadek ich cen. Może wtedy dojść do odłożenia w czasie zakupu takich towarów, co osłabia globalny popyt. Natomiast spadek cen surowców i żywności raczej pomaga, niż przeszkadza w nakręcaniu koniunktury.

Polskie firmy, jak się wydaje, nie odczują zatem znaczącej obniżki popytu z powodu spadku cen. Znacznie groźniejsza wydaje się perspektywa deflacji w Unii Europejskiej. Dla polskich eksporterów skurczenie się popytu w krajach UE mogłoby się nawet per saldo okazać dużo bardziej szkodliwe niż rosyjskie embargo.

I chociaż ekonomiści coraz częściej wspominają o konieczności obniżenia przez RPP stóp procentowych, to z punktu widzenia naszej gospodarki, bardziej powinniśmy trzymać kciuki za działania EBC: oby udało mu się zapobiec deflacji (kontrsankcje Moskwy zwiększają jej prawdopodobieństwo także w Europie Zachodniej, wszak rosyjskie embargo dotyczy nie tylko polskiej żywności). I wreszcie pobudzić europejską gospodarkę do szybszego rozwoju.

Adam Sofuł

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

Dowiedz się więcej na temat: stopy procentowe | deflacja | inflacja | ceny żywności

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »