Reklama

Czy turystyka upadłościowa upadnie?

Unia Europejska mówi "stop" wszystkim, którzy jadą do innego kraju tylko po to, aby na lepszych warunkach ogłosić tam upadłość konsumencką. Takie wyjazdy (forum shopping) są jedną z największych bolączek europejskiego prawa upadłościowego.

- Chodzi o świadome wybieranie korzystniejszej jurysdykcji - w zależności od tego, w którym kraju skutki ogłoszenia upadłości są łagodniejsze - wyjaśnia proceder radca prawny Karol Tatara z Kancelarii Prawa Gospodarczego i Upadłościowego Karol Tatara i Współpracownicy.

Reklama

Innymi słowy, Niemiec, któremu trudno ogłosić bankructwo nad Renem, jedzie na kilka dni do Wielkiej Brytanii i tam bez problemu przeprowadza postępowanie upadłościowe. Jego skutki - czyli oddłużenie - rozciągają się na inne kraje Unii Europejskiej.

Z takiej możliwości chętnie korzystali także Polacy w latach 2009-2014, gdy polskie przepisy prawa upadłościowego i naprawczego (Dz.U. z 2012 r. poz. 1112 ze zm.) były skonstruowane tak, że pozytywne zakończenie postępowania w naszym kraju graniczyło z cudem.

Minuta warta miliony

- Turystyka upadłościowa jest zjawiskiem niepożądanym, ponieważ często wiąże się z naginaniem przepisów czy manipulowaniem przesłankami prawnymi ogłoszenia bankructwa. To zaś może być szkodliwe dla większości wierzycieli upadłego - wskazuje mec. Tatara.

Do niedawna w Anglii całe postępowanie trwało średnio cztery godziny. Znany jest także przypadek osoby, której długi przekraczały 100 mln euro, a rozprawa trwała niespełna minutę.

W ostatnich kilkunastu miesiącach brytyjskie sądy stały się bardziej restrykcyjne. Zaczęły sprawdzać COMI, czyli ośrodek interesów życiowych. Zgodnie z rozporządzeniem Rady (WE) nr 1346/2000 z 29 maja 2000 r. w sprawie postępowania upadłościowego sądem właściwym dla ogłoszenia bankructwa jest sąd kraju, w którym znajduje się COMI.

Eksperci przyznają jednak, że to wciąż za mało. I zarazem podkreślają, że ostatnie decyzje Komisji Europejskiej, a teraz Parlamentu Europejskiego, które postanowiły znowelizować rozporządzenie, to krok w dobrym kierunku.

Kluczową zmianą będzie doprecyzowanie COMI.

- Tę inicjatywę należy ocenić ze wszech miar pozytywnie. Jak najbardziej celowe jest możliwie precyzyjne określanie COMI - komentuje Karol Tatara.

Chodzi o to, że najpóźniej za dwa lata (wtedy zacznie obowiązywać rozporządzenie, więc nawet jeśli kraje nie wprowadzą zmian w ustawach krajowych, konsumenci oraz ich wierzyciele będą mogli wprost powoływać się na prawo unijne) we wszystkich państwach UE sądy będą musiały skrupulatnie weryfikować, czy chcący ogłosić upadłość konsument rzeczywiście przez ostatnie 6 miesięcy wiązał swoje życie z krajem, w którym chce się oddłużyć. Obecnie tego nie czynią.

Gdzie żona, tam COMI?

Eksperci podkreślają jednak, że sędziowie nadal będą mieli pewną swobodę w orzekaniu. Nie wiadomo, czy do uznania, że ktoś posiada ośrodek interesów życiowych np. w Polsce, wystarczy, że nad Wisłą będzie miał mieszkanie, czy też sąd będzie wymagał, aby także najbliższa rodzina upadającego tutaj żyła.

W ocenie ekspertów dzięki nowemu rozporządzeniu wszyscy zyskają pewność, że polskie postępowania upadłościowe będą się toczyć sprawnie. W uchwalonej niedawno ustawie - Prawo restrukturyzacyjne przewidziano, że w 2018 r. zacznie funkcjonować Centralny Rejestr Restrukturyzacji i Upadłości. Ma on zapewnić możliwie największą informatyzację postępowań, a co za tym idzie - zdecydowanie je przyspieszyć. Część praktyków zauważa, że w Polsce z tworzeniem rejestrów bywa różnie, więc wpisanie obowiązku utworzenia rejestru do ustawy jeszcze nic nie oznacza. Dlatego ważne jest, że unijne rozporządzenie przewiduje utworzenie rejestru europejskiego.

- Ma to ułatwić porozumiewanie się organów odpowiedzialnych za postępowania upadłościowe w różnych krajach - wskazuje mec. Tatara.

Jak dodaje, w praktyce oznacza to, że polscy urzędnicy nie będą mieli wyjścia i będą musieli rejestr utworzyć niezależnie od potencjalnych trudności ekonomicznych czy technicznych.

- Tym bardziej że musimy pamiętać, iż mamy do czynienia z rozporządzeniem a nie dyrektywą. Tak więc, niedopuszczalne będą jakiekolwiek opóźnienia - przypomina prawnik.

2015-05-08, Patryk Słowik

Dowiedz się więcej na temat: prawo | firmy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy