Tankowiec przewożący około 910 tys. baryłek amerykańskiej ropy naftowej pochodzącej z Teksasu wpłynął w niedzielę do Zatoki Tokijskiej - poinformowały japońskie media, powołując się na Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu (METI). Według Cosmo Energy Holdings Co., firmy, która zakupiła ropę, "tankowiec przetransportował 145 tys. kilolitrów, co odpowiada połowie dziennego, krajowego zużycia".
Z USA do Zatoki Tokijskiej. A stamtąd do rafinerii
Stamtąd ładunek zostanie przetransportowany rurociągiem do położonej niedaleko Tokio rafinerii Cosmo Oil Co., która posiada moc przerobową na poziomie około 214 tys. baryłek dziennie. Od 2025 r. stała się ona ośrodkiem produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Według danych japońskiego rządu, zapasy ropy naftowej sięgają nawet 230 dni krajowego zapotrzebowania. Gorsze dane dotyczą zapasów z paliwem lotniczym (JET A-1). Dlatego od 1 maja tamtejsi przewoźnicy - Japan Airlines i All Nippon Airways - niemal podwajają dopłaty paliwowe na wszystkich trasach międzynarodowych. Wzrost wyniesie od 90 do 120 proc. - informuje portal Pasażer. "Za bilet do Europy lub Ameryki Północnej pasażerowie dopłacą nawet 1267 złotych w jedną stronę" - informuje portal.
Tokio szuka wyjścia. Stawia na dywersyfikację
Przed konfliktem Japonia importowała z Bliskiego Wschodu ponad 90 proc. ropy naftowej. Ze Stanów Zjednoczonych pochodziło nie więcej niż 4 proc. importu. Po zablokowaniu cieśniny Ormuz kraj mierzy się z poważnymi zakłóceniami dostaw. Aby zaradzić sytuacji, Tokio zdecydowało o uwolnieniu części rezerw strategicznych i wypuszczeniu na rynek surowca przechowywanego w państwowych i prywatnych magazynach. Równocześnie zdecydowało o podjęciu działań mających na celu dywersyfikację źródeł dostaw.
Trwający ponad miesiąc transport ropy z wybrzeża Zatoki Meksykańskiej do Zatoki Tokijskiej pokazuje, w jaki sposób międzynarodowi nabywcy zmieniają trasy przewozu ładunków. Decydują się na nie mimo wyższych kosztów transportu i zatorów na alternatywnych szlakach, takich jak Kanał Panamski. Najnowsze raporty branżowe pokazują, że czas oczekiwania na kanale gwałtownie wzrósł i wynosi średnio od 10 do 11 dni, prawie o połowę więcej niż zwykłe - informuje branżowy Portal Stoczniowy. Wielokrotnie wzrosły też opłaty za przepłynięcie kanału.
Mimo tych utrudnień, analitycy rynku energetycznego twierdzą, że tego typu dostawy nadal będą standardem na rynkach światowych. Argumentują, że rafinerie zmagają się z niepewnością dotyczącą dostaw i starają się zabezpieczyć przed problemami geopolitycznymi. Przed ponad tygodniem agencja Bloomberg poinformowała, że liczba tankowców przewożących amerykańską ropę naftową przez Panamę osiągnęła poziom najwyższy od czterech lat.












