Reklama

Ekonomiczne wyrocznie karmią nas iluzjami

Prognozy są trudne. Zwłaszcza kiedy dotyczą przyszłości - przestrzegał Mark Twain. Mimo to zapotrzebowanie na eksperckie przepowiadanie przyszłych wydarzeń i trendów jest ogromne. Szczególnie w biznesie. Jaki tego efekt? Mizerny, a czasem bardzo niebezpieczny.

"Polskie PKB załamie się w roku 2014". "Grecja będzie musiała wystąpić ze strefy euro". "Zielone technologie to kolejna bańka spekulacyjna". Codziennie jesteśmy bombardowani tego typu prognozami wygłaszanymi przez naukowców z tytułami wydanymi przez najlepsze uczelnie ekonomiczne albo ludzi, którzy zjedli zęby na robieniu interesów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że ich prognozy się spełnią. - Niewielkie - uważa Philip Tetlock, psycholog z renomowanej Wharton School of Business na Uniwersytecie Pensylwanii (patrz: rozmowa). Skąd Tetlock o tym wie? No cóż, po prostu to sprawdził.

Reklama

Zaczął dawno, jeszcze w 1988 r. Tetlock (wtedy jeszcze pracujący na kalifornijskim Berkeley) zwrócił się do prawie 300 renomowanych ekspertów z różnych dziedzin: ekonomistów, politologów i znawców problematyki międzynarodowej, którzy zazwyczaj mieli przynajmniej doktorat i zawodowo zajmowali się doradztwem strategicznym w swoich dziedzinach. Ich zadanie było proste: mieli (anonimowo i w pewnych odstępach czasowych) szacować prawdopodobieństwo rozlicznych przyszłych wydarzeń. "Czy Michaił Gorbaczow padnie ofiarą puczu?". "Czy Quebec odłączy się od Kanady?". "Czy w Wielkiej Brytanii w następnych wyborach zmieni się rząd?". Pojawiły się również pytania szczegółowe w stylu: "Za rok amerykańskie PKB będzie: A. na tym samym poziomie co dziś, B. wzrośnie, albo C. spadnie". Zadanie zdawałoby się klarowne i łatwe do zweryfikowania. Gdy w 2003 r. eksperyment został zakończony, Tetlock dysponował bazą danych zawierającą 82 361 przepowiedni. I już wiedział, że wynik jest dla próbujących przewidzieć przyszłość ekspertów miażdżący.

Pocieszające było to, że zawodowi analitycy wypadli lepiej niż szympansy, którym Tetlock kazał rzucać do tarczy z kilkoma kolorowymi polami i potem zestawił małpie przepowiednie z tymi eksperckimi. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że różnica nie była uderzająca. Podobnie do ekspertów typowali na przykład studenci pierwszych lat Uniwersytetu Berkeley, a już program komputerowy typujący przyszłe wydarzenia na zasadzie czystego przypadku pobił ich na głowę.

Może to polityka jest nieobliczalna, a ekspertom poszłoby lepiej, gdyby pytania dotyczyły tylko gospodarki i rynków finansowych, które kierują się przecież żelaznymi regułami ekonomii. A zamiast akademików, o przyszłość należy pytać praktyków biznesu? W końcu legendy inwestowania w rodzaju Sorosa, Buffeta czy Paulsona dorobiły się miliardów właśnie na zgadywaniu przyszłych ekonomicznych trendów. Takie zadanie postawiła przed sobą kilka lat temu Christina Fang, profesor zarządzania z Uniwersytetu Nowojorskiego. Wykorzystała do tego celu przeprowadzane co pół roku ankiety (z lat 2003 - 2005) renomowanego "Wall Street Journal". Dziennik, który czyta cała biznesowa Ameryka, pytał w nich cyklicznie 50 gospodarczych guru o przyszły stan gospodarki: inflację, bezrobocie, oprocentowanie obligacji czy kursy walutowe. Wydawałoby się, że inwestycyjni wyjadacze nie powinni zbytnio mijać się z prawdą. Niestety wynik był jeszcze gorszy niż u specjalistów biorących udział w badaniach Tetlocka. Eksperci częściej się mylili, niż mieli rację. I nie byli lepsi od przypadkowo dobranych niefachowców. A jeśli już któremuś udawało się przewidzieć jakiś wyjątkowo zaskakujący trend, zazwyczaj nie potrafił tego powtórzyć w kolejnych odsłonach.

Ryzyko się opłaca

Jak to możliwe, że ludzie o ustalonej pozycji, renomie, którzy całe życie siedzą w swoim temacie, przepowiadają równie trafnie, co szympansy rzucające do tarczy? Prawdopodobnie to wina rynku. Na wiedzę ekspercką istnieje popyt. Prawdopodobnie ma on bardzo atawistyczne podłoże. Już nasi przodkowie nie chcieli być zjedzeni przez drapieżniki. Szukali więc tych, którzy pomogą im się zabezpieczyć przed zagrożeniem. Tak zaczęła się kariera różnego rodzaju szamanów i wyroczni przepowiadających przyszłość w tonie zazwyczaj alarmistycznym. W końcu lepiej nie zostać zjedzonym przez 10 nieistniejących tygrysów, przed którymi drżymy, niż dać się pożreć jednemu bardzo prawdziwemu, którego nie zauważyliśmy.

Jeśli ktoś sądzi, że ludzkość jest dziś dużo dalej, musi pamiętać o niedawnym (maj 2012 r.) eksperymencie przeprowadzonym przez Nattavudha Powdthavee i Yohanesa E. Riyanto z London School of Economics. Naukowcy prosili uczestników badania, by starali się przewidzieć wynik serii rzutów monetą. Tuż przed każdym rzutem oferowano im - za drobną opłatą - ekspercką przepowiednię dotyczącą wyniku. Po rzucie informowano, czy ekspert miał rację. Z początku nikt nie chciał być frajerem i z porady nie korzystał. Gdy okazywało się, że ekspert trafił, aż 12 proc. badanych przed następną próbą wykładało pieniądze na prognozę specjalisty. Jeśli i tym razem ekspert trafiał, gotowość do płacenia za dalsze rady wzrastała do 20 proc. I wcale nie zmieniały tego późniejsze nieudane ekspertyzy. Naukowcy nazwali to dowodem na ludzką gotowość do płacenia za oczywiście bezużyteczną informację. Bo każdy wie, że wyniku rzutu monetą nie da się przewidzieć z prawdopodobieństwem przekraczającym 50 proc.

Skoro więc jest popyt (i to całkiem sztywny, czyli taki, który trudno zastąpić) na ekspertyzy, to w warunkach wolnej konkurencji ktoś prędzej czy później zacznie je dostarczać. Czy będą celne, nie ma większego znaczenia. Gorzej. Istnieje mechanizm, który zachęca ekspertów do tego, by specjalizować się w ryzykownych prognozach.

- Powiedzmy sobie szczerze. Najbardziej szanujemy takich ekspertów, którzy poszli pod prąd i przewidzieli coś, czego inni się nie spodziewali. Myślimy, że oni muszą wiedzieć więcej. Nic dziwnego, że ekonomista, który przewidział coś nieoczekiwanego, np. wybuch kryzysu z 2008 r., ma interes w tym, by cały świat dowiedział się o jego świetnym strzale. Chodzi więc i powtarza: Miałem rację, miałem rację. A po drugiej stronie transakcji nie ma nikogo, kto powiedziałby: Sprawdzam, i dostarczył listę 118 przepowiedni tego ekonomisty, które się nie ziściły. W tym sensie moja matka też przewidziała kryzys na rynku nieruchomości. Pamiętam, że przepowiadała go co roku, odkąd pamiętam. Aż wreszcie trafiła - kpił niedawno na swoim blogu Steven Levitt, ekonomista z Uniwersytetu Chicagowskiego i autor kultowej "Freakonomii". Z kogo się naśmiewał? Nietrudno wskazać najbardziej prawdopodobne kandydatury. Na przykład słynnego analityka Nouriela Roubiniego, ochrzczonego przez amerykańskie media przydomkiem "Doktor Zagłada" z powodu wyjątkowo chętnie wygłaszanych kasandrycznych przepowiedni dotyczących ekonomicznej przyszłości. Nie na darmo jedna z branżowych anegdot głosi, że ekonomiści przewidzieli siedem z trzech ostatnich krachów gospodarczych.

Myszy i ludzie

Tymczasem są i tacy, którzy uważają, że nie ma najmniejszego powodu, by ekonomiści mieli przewidywać przyszłe trendy gospodarcze albo finansowe lepiej niż ktokolwiek inny. Z szympansami włącznie. - Trzeba zdać sobie sprawę, że ekonomista to żadna wyrocznia. Jesteśmy raczej podobni do powieściopisarzy. Nasze prace mogą być traktowane jako prowokacja, pokazanie ciekawego punktu widzenia lub po prostu intelektualna zabawa, ale nigdy jako zestaw wiedzy pewnej. Zwłaszcza, gdy dotyczy to przyszłości - mówi DGP Ariel Rubinstein, jeden z najlepszych w Izraelu specjalistów od teorii gier (a ci są zwykle uznawani za największych mózgowców wśród samych ekonomistów) z Uniwersytetu w Tel Awiwie, który ostatnio wydał autobiografię pod znamiennym tytułem "Ekonomiczne baśnie". Jego opinia nie jest odosobniona. Od pewnego czasu badacze w ogóle powątpiewają w praktyczny sens badania gospodarki i wyprowadzania stąd zbyt daleko idących wniosków. Zwłaszcza dotyczących przyszłości.

Dlaczego? Odpowiedzi jest kilka. I na dodatek większość z nich wzajemnie się wyklucza. Według jednej teorii my, ludzie, jesteśmy po prostu zbyt mądrzy i zbyt dumni. I dlatego czasem wyprowadzamy sami siebie w pole. Philip Tetlock przypomina eksperyment, któremu przyglądał się ponad trzydzieści lat temu na Yale, gdzie robił doktorat. Mysz została umieszczona w akwarium w kształcie litery T. Jej zadaniem było dotarcie do kostki sera układanej losowo na lewym albo na prawym końcu tego minilabiryntu. Przypadek chciał, że ser lądował po lewej stronie nieco częściej. Mysz szybko to wyczuła i zawsze chodziła na lewą stronę. Siłą rzeczy w większości przypadków osiągała sukces. Potem to samo zadanie postawiono przed grupą studentów. Biedacy (podobnie jak mysz) nie wiedzieli, że lokalizacja sera jest czysto przypadkowa i zaczęli się doszukiwać w całej zagadce ukrytych schematów. Im bardziej kombinowali, tym gorszy był ich wynik. Pojedynek mysz kontra ludzie zakończył się zwycięstwem gryzonia, a psychologowie wyciągnęli z tego wniosek, że status i oczekiwania z nim związane (jestem przecież studentem prestiżowego Yale i na pewno potrafię rozgryźć tę zagadkę) sprawiają, że nasza ekspertyza jest często przekombinowana. A co za tym idzie - mniej celna.

Wyobraźmy sobie, co musi czuć renomowany ekonomista, który przez lata głosił jedno, a potem zaczęło mu wychodzić coś dokładnie odwrotnego. Pokusa, by zamknąć oczy na niewygodne fakty, jest spora. Nie chodzi bynajmniej o fałszowanie danych. Raczej o drobne naginanie ich do z góry przyjętych założeń. Do takiego wybiórczego stosunku do faktów przyznaje się według pierwszego anonimowego badania przeprowadzonego wśród członków Europejskiego Stowarzyszenia Ekonomistów (EEA) od 20 do 60 proc. badanych (w zależności od stopnia wykroczenia). W końcu - jak mawiał Winston Churchill - danymi posiłkują się tylko ci, którym brakuje innych argumentów do przekonania adwersarza.

Potęga szczegółu

Jeszcze bardziej prawdopodobne jest jednak to, że eksperckie prognozy rozbijają się o ludzkie ograniczenia. Czyli o to, że raczej jesteśmy... zbyt głupi. - Wyobraźmy sobie indyka, który od wielu tygodni jest karmiony przez swojego troskliwego gospodarza. Gdyby przeprowadził analizę ekonomiczną, wyszłoby mu, że na gospodarza można liczyć, karmi go w końcu, odkąd indyk tylko pamięta. Wtedy jednak nadchodzi Święto Dziękczynienia i gospodarz pojawia się z siekierą w ręku. I co w takiej sytuacji powinien zrobić indyk ze swoimi analizami długookresowymi? - zastanawia się amerykański matematyk i inwestor libańskiego pochodzenia Nassim Taleb. Taleb zyskał sławę jeszcze przed kryzysem, publikując bestsellerową (jak dotąd sprzedał 3 mln egzemplarzy) książkę "Czarny łabędź". Pokazał w niej, że w historii co rusz pojawiają się zupełnie nieoczekiwane wydarzenia (wojny, kataklizmy, krachy), które przemodelowują rzeczywistość i każą wyrzucić do kosza wszystkie ekonomiczne modele i analizy. Dzieje się tak dlatego, że ludzie szukają potwierdzenia tego, co już wiedzą. Dlatego ekonomia powinna się jego zdaniem zająć nie tyle przewidywaniem spodziewanego (czyli rozglądaniem się za kolejnymi białymi łabędziami), ile budową takiego porządku społecznego, który będzie w stanie wytrzymać pojawienie się "czarnego łabędzia". Pierwszym krokiem powinna być jego zdaniem likwidacja ekonomicznej Nagrody Nobla, która tylko wyposaża kolejnych szarlatanów w certyfikaty nieomylnych mędrców, z czego nie wynika dla reszty świata nic dobrego.

Talebowi wtóruje duża część ekonomistów. Zwłaszcza tych majstrujących przy fundamentalnym pojęciu homo oeconomicusa, który leżał u podstaw klasycznej ekonomii od czasów Adama Smitha. - Klasyczna ekonomia zakłada, że każdy z podmiotów gospodarki jest racjonalny, to znaczy dąży do realizacji swojego dobrze pojętego interesu. Ale jeśli założyć, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, to wszystko zaczyna nam się nagle walić - mówi Ariel Rubinstein, jeden z prominentnych propagatorów koncepcji ograniczonej racjonalności, która od trzech dekad powoli przebija się do świadomości publiki dyskutującej o gospodarce.

Inny problem to błędy poznawcze. "Linda ma 31 lat, jest samotna, bystra i wygadana. Skończyła filozofię i jako studentka angażowała się w ruch na rzecz równouprawnienia. Czy Linda jest "pracownikiem banku" czy może "pracownikiem banku i działaczką na rzecz równouprawnienia kobiet?". Takie pytanie zadali w 1983 r. przypadkowej grupie respondentów ojcowie teorii ograniczonej racjonalności Amos Tversky i Daniel Kahneman (później uhonorowani ekonomicznym Noblem). Aż 85 proc. badanych zdecydowało się na drugą opcję. Najpewniej tylko dlatego, że zawierała ona więcej informacji. Została więc uznana za bardziej prawdopodobną.

Eksperyment powtarzano potem wiele razy. Wykładali się na nim również eksperci. W 1983 r. planistów związanych z amerykańskim Pentagonem podzielono na dwie grupy. Jednych spytano wyłącznie o prawdopodobieństwo poważnego konfliktu dyplomatycznego pomiędzy USA a ZSRR do końca tego roku. Drugiej grupie zadano to samo pytanie: "Czy przewidujesz poważny konflikt dyplomatyczny między USA a ZSRR do końca 1983 roku" z jednym tylko dodatkowym szczegółem - "z powodu ewentualnej radzieckiej inwazji na Polskę". Druga grupa oceniła, że konflikt jest dużo bardziej prawdopodobny. To paradoksalne, bo przecież w tym wypadku musiały się ziścić dwa warunki. Oni też zostali uwiedzeni magią szczegółu. Komu eksperymenty Tversky'ego i Kahnemanna wydają się zbyt oderwane od rzeczywistości, niech pamięta o nich, gdy następnym razem będzie podpisywał np. polisę ubezpieczeniową czy umowę telefoniczną. I niech dokładnie zastanowi się, czy bardziej szczegółowa i droższa alternatywa jest faktycznie wersją premium, czy raczej sprytnym wykorzystaniem przez naszego kontrahenta wiedzy o ograniczonej racjonalności każdego z nas.

Balcerowicz nie jest święty

Wszystkie te głosy nie milkną zwłaszcza od wybuchu ostatniego kryzysu. W całym świecie Zachodu panuje przekonanie, że ekonomiści, ci świetnie opłacani mędrcy, nie stanęli na wysokości zadania i nie przewidzieli nadciągającego kryzysu. - To dobrze, że ktoś przekuł wreszcie ten balon. Oczekiwania wobec nas były po prostu niemożliwe do spełniania - cieszy się Ariel Rubinstein. Jego zdaniem stawianie ekonomistów w roli wyroczni było wynikiem neoliberalnej rewolucji lat 70., 80. i 90., kiedy w modzie były proste i czytelne odpowiedzi w stylu: "Chcesz wzrostu? Obniż podatki!" albo "Niższe bezrobocie tylko poprzez uelastycznienie rynku pracy". A ponieważ towarzyszył im okres dobrej koniunktury, powstało przekonanie, że szkoła Miltona Friedmana to uniwersalne rozwiązania dla wszystkich gospodarek. - Po kryzysie powrotu do tej idylli już jednak nie będzie. Czas nieomylnego eksperta tłumaczącego świat skończył się nieodwołalnie - uważa Rubinstein.

Pewne odpryski tej debaty docierają również nad Wisłę. W czerwcu pisarz Paweł Huelle jako pierwszy (od czasów Andrzeja Leppera) zamachnął się na największą rodzimą ekonomiczną świętość, Leszka Balcerowicza. Spór dotyczył polskich nauczycieli, mimochodem Huelle trafił jednak w sedno. "Was, ekonomistów, nikt nigdy nie rozlicza ze skutków waszych mylnych prognoz, z milionowych dopłat do banków, z zaprzepaszczonych funduszy, z nieudanych inwestycji. Jesteście właściwie jak szlachta w dawnej - pierwszej - Rzeczypospolitej - ponad prawem". I wiedząc o pracach Tetlocka, Fang, Taleba czy Rubinsteina, nie sposób zbyć takiej uwagi obojętnym wzruszeniem ramion.

Rafał Woś

31 sierpnia 2012 (nr 169)

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »