Reklama

Europa ze Stadionu Dziesięciolecia

Oto historia alternatywna: Polska A.D. 2014: 25 lat po wyborach z 4 czerwca, 15 lat po wejściu do NATO i 11 lat po referendum, w którym odrzuciliśmy wejście do UE.

Sylwia: To dobrze, że koniec kwietnia w tym roku nie jest taki gorący. Dopiero byłby zaduch w autobusie. Zmitrężony jelcz przebija się powoli przez Warszawę. Pod naciskiem mieszkańców władze zwiększyły liczbę autobusów jeżdżących poza granicę pierwszej strefy do coraz dalej położonych podmiejskich dzielnic, ale i tak jest niezły tłok. Co mnie podkusiło, by wsiąść do pospiesznego, który jedzie aż z Otwocka? Jeszcze kilka lat temu trasę kończył w Falenicy, ale Warszawa tak się rozrosła, że dziś i Falenica, i Otwock to jej nowe dzielnice. Ostatnio GUS podawał, że w całej warszawskiej metropolii mieszka ponad 4 mln osób. A do 2020 r. może być ich nawet 8 mln.

Reklama

Do Warszawy zawsze zjeżdżali ludzie. Pamiętam, że jak byłam na studiach, dwie trzecie roku to byli przyjezdni. Ale ostatnie lata to prawdziwy boom. Młodzi wykształceni i niewykształceni ciągną do stolicy jak pszczoły do miodu albo muchy do czego innego.

Choć nie ma co się dziwić - tu o pracę najłatwiej. Ostatnio nawet pojawiło się trochę zapowiedzi, że kilka zachodnich korpo planuje otworzenie centrów obsługi klientów. Ale największy boom zawodowy jest gdzie indziej: to szkoły i przedszkola. Mamy wyż demograficzny niczym tuż po stanie wojennym. - Nie było co robić, to dzieci robiliśmy - żartują moi rodzice, wspominając początek lat 80. I teraz moje wyżowe pokolenie też dzieci masowo robi, bo wciąż nie ma nic innego do roboty. No i kiedy Europa się starzeje, to u nas jednak jest dodatni przyrost naturalny. Widać to zresztą na każdym kroku: w autobusie cztery wózki z dziećmi i chyba ze trzy ciężarne kobiety.

I stąd też taki rozrost warszawskiej metropolii. Zresztą podobnie jest i w innych regionach: Krakowowi, Wrocławiowi, Poznaniowi i Trójmiastu także przybyło w ostatniej dekadzie sporo mieszkańców. Za to coraz więcej wsi i miasteczek wygląda na wymarłe. Wczoraj rozmawiałam z kuzynką z podlaskiej wsi, która do Warszawy przyjechała dokładnie 10 lat temu i co roku obiecuje sobie, że wróci do domu, a przynajmniej do pobliskiego Sokołowa Podlaskiego. Ciągle jednak nie ma do czego, bo szansy na znalezienie tam pracy nie ma żadnej, a na gospodarkach zostały już tylko niedobitki. Rodzinna wieś naszych dziadków już całkiem opustoszała, nawet PKS do niej zlikwidowano.

Zerkam nerwowo do torebki. O nie, nie wzięłam paszportu! Będę musiała wrócić do domu, bo mnie przecież do samolotu nie wpuszczą. Uff, na szczęście jest. Patrzę na zegarek: może lepiej było wziąć taksówkę, niby mam jeszcze trzy godziny do odlotu, ale kontrole wciąż są strasznie długie. Cóż, po 11 września zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić, a wiadomo - dodatkowo jesteśmy poza strefą Schengen, więc swoje trzeba odstać. Ale może taksówką wcale nie byłoby szybciej, Warszawa zakorkowana jest praktycznie przez cały dzień.

Podróż się ciągnie, zerkam na Facebooka w smartfonie: o, wszyscy dzielą się nowym wideo. Filmikiem o tym, jak wyglądałaby Polska, gdybyśmy 10 lat temu weszli do Unii. Nawet zabawny: Polacy w Londynie mówiący śmieszną mieszanką polskiego i angielskiego, Polacy we Francji odbierający pracę tamtejszym leniwym hydraulikom, Polacy w Hiszpanii nieprotestujący przeciwko bezrobociu, tylko pracujący zamiast Hiszpanów, Polacy w Niemczech, w Irlandii, w Norwegii. I na koniec obrazek z Polski: bez Polaków, bo wszyscy wyjechali. Może i rzeczywiście tak by było, gdyby granice były otwarte?

Na Twitterze klasycznie politycy się lansują przed jesiennymi wyborami samorządowymi. Zawsze się aktywizują przy kampanii. Ktoś napisał coś zabawnego: "Gdybyśmy byli w UE, to może jakiś polski europoseł napisałby książkę o tym, jak wyciągnąć jak największą kasę z unijnych instytucji". Komentuję: "LOL. Jak już by się dorwali do takiego korytka, to wątpliwe, by znalazło się słabe ogniwo :)".

Dzwoni komórka. - Hej, Sylv, z biznesem dzwonię - zagaja koleżanka. - Może coś mi doradzisz, bo syn brata w tym roku kończy siedem lat i rodzice chcieliby, żeby jeszcze starym systemem poszedł do szkoły, a nie kolejny rok w przedszkolu siedział. Jest już za duży na zabawy klockami, uczyć się powinien, ale w tym roku reforma ośmiolatków wchodzi w życie i za nic nie mogą miejsca dla niego znaleźć w okolicy. Wiesz, Ursynów, czyli zatrzęsienie dzieciaków w wieku szkolnym. Niby rząd mówi, żeby się nie śpieszyć, by dzieciom dzieciństwa nie zabierać, że im później na rynek pracy trafią, tym lepiej, bo i tak ciężko im będzie robotę znaleźć, ale chłopak już czyta...

- Słyszałam - odpowiadam - że można postarać się o opinię psychologa, że dziecko osiągnęło zdolność szkolną...

Rwie nam rozmowę. No cóż, ciągle są jakieś problemy z zasięgiem. Ale to jeszcze nic, bo internet strasznie muli. Nawet w moim mieszkaniu, które wybudowano ledwie kilka lat temu, w niemalże ścisłym centrum Warszawy, ciągle są jakieś problemy. Niby sieć szerokopasmową dociągnięto, ale przepustowość za mała. A potrzeby coraz większe, było nie było, jednak mamy 22 mln internautów. Rano sieć padła i to wtedy, kiedy sprawdzałam stan konta po zejściu raty za kredyt. Jeszcze 22 lata i mieszkanko będzie moje!

Wiem, ironizuję, ale naprawdę nie jest źle, mogło być jak w Grecji czy Hiszpanii, gdzie ludzie nabrali kredytów na wyrost i jak przyszedł kryzys, to masowo zaczęli bankrutować. A u nas stabilny złoty, a kredyty tylko w nim udzielane, więc nie było takiej hipotecznej bańki. Ale coś za coś - ciężko kredyt dostać, no i mieszkania zdrożały, Jeszcze 10 lat temu metr w Warszawie kosztował 3-4 tys. zł, a dziś aż 5 tys. Ja na szczęście mam stabilny etat i zdolność kredytową. Ale ogromna część znajomych, nawet tych z dziećmi, musi mieszkania wynajmować.

Centrum, czas się przesiąść. Tłumy ciągną od blaszanej hali Marcpolu przed Pałacem Kultury. No tak, za kilka dni długi weekend, więc ludzie chcą letnie ciuchy kupić. Na Stadionie Dziesięciolecia pewnie taki sam ruch. Mam szczęście, bo od razy podjeżdża autobus 175 - jeszcze tylko z półgodziny i będę na lotnisku.

Niemalże siłą wtłaczam się do zapchanego terminalu Etiuda. Miało być znacznie lepiej po otworzeniu terminalu drugiego, ale ten od kilku lat jest tylko dziurą w ziemi poprzetykaną gdzieniegdzie betonowymi słupami. Budowa ciągnie się bez końca, bo ciągle pieniędzy na coś zabrakło. Staję w kolejce i powtarzam sobie w myśli, by na miejscu nie zapomnieć kupić karty do telefonu, bo inaczej rachunek za komórkę mnie dobije. Wiadomo, roaming dla tych spoza Unii jest znacznie droższy.

Jakub: To dobrze, że koniec kwietnia w tym roku nie jest taki gorący. Bo upał budzi przerażenie wśród pasażerów Polskich Kolei Państwowych. Siedzenie w metalowych, nieklimatyzowanych puszkach przy czasach przejazdu porównywalnych z lotami międzykontynentalnymi, w tłoku i 30 stopniach Celsjusza to skaranie boskie. Tym bardziej że nawet przy tych horrendalnie wolnych 70-80 km/h zawsze trafi się siedzący przy szybie nadwrażliwiec, któremu za mocno wieje z otwartego okna.

Rozważam przez chwilę przeciśnięcie się do wagonu restauracyjnego, ale rezygnuję. Nie będę ryzykował swojego w miarę komfortowego miejsca w korytarzu przy toalecie. - Czy ma pan ogień? - zagaduje facet wchodzący do przybytku. Podaję. Tytoniowa woń dochodząca zza zamkniętych drzwi mi nie przeszkadza. Przynajmniej będzie musiał wietrzyć, otworzy więc okno. Będzie trochę świeżego powietrza.

Alternatywą dla złomu na torach są oczywiście drogi, które w ciągu ostatnich kilku lat kompletnie zastąpiły szwajcarski ser w pewnej powszechnie używanej konstrukcji językowej. Na kierowców, którzy mimo to mają odwagę wybrać się w podróż między regionami (i nie mają szacunku do podwozia swoich pojazdów), czekają inne wyzwania: niekończące się kolumny tirów, których liczba w ostatnich latach znacznie wzrosła. No i korki, powodowane głównie przez ciężarówki, które blokują wjazd na ciasne rondka, pobudowane w celu uspokojenia ruchu (skutecznie) przez miasteczka leżące wzdłuż dróg krajowych.

Z horroru drogowego wracam na szyny, kiedy przejeżdżam przez Kutno. Nawet w dzień dworzec wciąż wygląda tak, że pękają oczy. Powoli zbliżamy się do Warszawy. Wycieńczony podróżą wytaczam się w końcu na peron Dworca Centralnego i czuję się, jakbym wysiadł w tym samym miejscu, w którym wsiadłem. Polskie dworce, w oczekiwaniu na nienadchodzące nigdy remonty, bardzo się do siebie upodobniły. Znak rozpoznawczy: brud.

Do stolicy przyjeżdżam ze Szczecina. Tutaj decyzja o pozostaniu poza europejską Wspólnotą najbardziej ucieszyła celników i pograniczników. Gdyby wschodnia granica Unii oparła się na Bugu, pewnie wielu z nich dostałoby propozycję nie do odrzucenia: albo przeprowadzka na drugi koniec kraju, albo pożegnanie z robotą. A propos granicy, to z niej żyje spora część regionu. Różnica w cenach sprawia, że handel przygraniczny kwitnie. Bycie mrówką jest tak powszechne, że wydzielono je do ogólnej klasyfikacji zawodów. Towar eksportowy numer jeden: papierosy. Im bardziej Bruksela przykręca akcyzową śrubę, tym bardziej interes opłaca się naszym. Nic dziwnego, u nas paczka za 5 zł, w Unii to co najmniej 4 euro. Ostatnio wpadła szajka przemytników, którzy przerzucali sztangi papierosów nad Zalewem Szczecińskim kupionymi w markecie dronami. A zakaz papierosów mentolowych? Błogosławieństwo! Dzięki naszej wrodzonej przedsiębiorczości wciąż będą mogli się nimi cieszyć klienci berlińskich targowisk.

Mieszkańcom regionu w ostateczności zawsze zostaje praca na czarno w jednym z krajów Unii. To właśnie w takiej sytuacji Polacy najbardziej odczuwają dzielącą nas granicę. Mieszkańcy akcesyjnej siódemki, a także Bułgarzy i Rumuni to w końcu obywatele UE. Nie na wszystkich Europa czekała z otwartymi ramionami, ale przynajmniej mogą się cieszyć pełnią praw pracowniczych, znajdują się więc oczko wyżej od nas. Przypadki wyzysku są mocno nagłaśniane w mediach. Brukowce grały ostatnio mocno dziećmi budowlańca, który spadł z rusztowania w Wielkiej Brytanii. Nie osierocił ich, ale wózek z pewnością mocno ograniczył jego możliwości zarobkowe.

Coraz częściej zdarza się także, że Polacy szukają pracy w krajach akcesyjnej siódemki. Dlaczego, zrozumiałem kiedyś po rozmowie z kolegą z Czech. Powiedział mi: dziękujemy. Dziękujemy wam, Polakom, za to, że nie weszliście. Jako największy kraj regionu zgarnęlibyście najwięcej z puli funduszy przeznaczonej dla nowych członków. A tak przynajmniej część tych pieniędzy trafiła do nas.

- Jak tam podróż? - zagaduje kolega, u którego nocuję w stolicy. Czasami mu zazdroszczę. Filozof i buntownik. Kiedy w Stanach wybuchło Occupy Wall Street, a w Hiszpanii ruszyli indignados, jako jeden z pierwszych rozstawiał namioty przed naszą kancelarią premiera. Chętnych na pomieszkanie w Alejach Ujazdowskich nie brakowało. Kolega mówił, że to będzie nowy rok 1968, ale tak naprawdę odezwało się pokolenie urodzonych w latach 80., sfrustrowanych nie kulturą, ale bytem - mieli dość gniecenia się z rodzicami w mieszkaniach i braku perspektyw na własne. Oburzonych, jak ich nazwano, odwiedzali politycy z lewa i prawa, mówiąc, jak przychylą młodym nieba. W końcu frustracja protestujących stała się tak wielka, że w kierunku kilku posłów poleciały kamienie. Wtedy policja migiem zawinęła miasteczko.

Wyskakujemy na piwo, bo dawno się nie widzieliśmy i jest o czym pogadać. Jest dobrze po zmierzchu, a to oznacza, że trzeba na siebie uważać. Warszawa jest młoda, ale często jest to młodość, której podcięto skrzydła. W pobliskim pubie z telewizora sączy się kanał informacyjny. Znów krążą plotki, że wokół wicepremiera węszy policja w związku z jakimiś przekrętami. Na fali społecznego niezadowolenia populiści w każdym Sejmie uzyskują solidną reprezentację, a przez to stali się pożądanym elementem koalicyjnym. Premier gorączkuje się, że Bruksela ma znowu wątpliwości co do jakości wytworów naszej branży spożywczej. Niby nasze przedsiębiorstwa dostosowują się do wymogów unijnych, ale idzie im to jednak opornie. Przedstawiciele branży zarzucają rządowi, że niewiele robi, żeby im w tym pomóc. "Jesteśmy samodzielni ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie boimy się być samodzielni" - mówi premier.

Sylwia Czubkowska, Jakub Kapiszewski

25 kwietnia 14 (nr 80)

Dowiedz się więcej na temat: historia | Europo!" | ze | referendum | stadion x-lecia | NATO | Europa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »