W skrócie
- Demograficzny wstrząs w Polsce sprawi, że do 2040 roku liczba dzieci w wieku 7-14 lat spadnie o ponad 800 tysięcy, co zmusi samorządy do głębokich zmian w sieci szkół.
- Utrzymywanie małych placówek generuje coraz wyższe koszty, a jednostkowy koszt edukacji ucznia wzrósł w ciągu roku z niecałych 19 tysięcy do ponad 22 tys. złotych.
- Pomóc w utrzymaniu małych szkół mają nowe przepisy. Samorządy mogą tworzyć szkoły filialne i wykorzystywać szkolne budynki także do innych celów, choć nie wiadomo jeszcze, na ile rozwiązanie ograniczy skalę problemu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że problem kurczącej się liczby dzieci będzie w najbliższych latach wyraźnie widoczny w całej Polsce. Liczba dzieci w wieku 7-14 lat w zeszłym roku szkolnym wyniosła 3,18 mln. Tymczasem z prognozy z 2023 r. wynika, że w 2040 r. ma ich być już 2,37 mln, co oznacza spadek o 810 tys. dzieci w 15 lat, czyli o 25,6 proc.
W szkołach ubędzie dzieci. Najmocniej wyludniać się będą regiony na Wschodzie i Południu
Skala zmian liczby uczniów w szkołach będzie jednak mocno zróżnicowana w zależności od regionu. Największy spadek liczby dzieci w wieku 7-14 lat do 2040 r. GUS prognozuje w województwie świętokrzyskim - z 89,6 tys. w 2025 r. do 57,8 tys., czyli o 35,5 proc. Niewiele mniejszy spadek prognozowany jest w województwach warmińsko-mazurskim (33,9 proc.), lubelskim (32,2 proc.) i śląskim (32 proc.).
Na drugim końcu zestawienia znajdują się województwa pomorskie i mazowieckie. W przypadku woj. pomorskiego liczba dzieci w wieku 7-14 lat ma spaść z 214 tys. w 2025 r. do 178 tys. w 2040 r., czyli o 16,9 proc. W woj. mazowieckim prognozowany spadek wynosi 18,4 proc.
- Skala zmian może być jeszcze większa, niż wynika z wcześniejszych prognoz - twierdzi w rozmowie z Interią Biznes prof. Irena E. Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii SGH, członkini Rządowej Rady Ludnościowej, honorowa przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN.
Ekspertki Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego - Julita Łukomska, zastępczyni dyrektora NIST oraz Anna Dąbrowska, kierowniczka zespołu ds. Badań i Analiz Samorządowych - przekazały Interii Biznes, że już w 2025 r. było w Polsce siedem gmin, w których mieszkało mniej niż 180 dzieci w wieku do 14 lat. To oznacza przeciętnie co najwyżej ok. 12 dzieci w jednym roczniku. "Nawet gdyby w takiej gminie funkcjonowała tylko jedna szkoła, nadal byłaby to bardzo mała placówka. Według prognoz, do 2060 r. liczba takich gmin może wzrosnąć do około 300" - wyliczyły.
Bez względu jednak, ile ostatecznie ubędzie dzieci w podstawówkach, dla samorządów w całym kraju oznacza to konieczność odpowiedzi na pytanie, jak dostosować sieć szkół. W niektórych regionach skala zmian może być na tyle duża, że utrzymywanie dotychczasowej liczby placówek będzie trudne do uzasadnienia. Z drugiej strony zamknięcie szkoły w małej miejscowości oznacza konieczność dowożenia dzieci do innych placówek i - jak wskazują w rozmowie z Interią Biznes eksperci - może mieć konsekwencje wykraczające poza sam rachunek finansowy.
Małe szkoły kosztują więcej niż duże placówki
- Szkoła to nie jest tylko edukacja. To jest też lokalny ośrodek, wokół którego wiele się dzieje. Jeżeli taka szkoła znika z mapy, to długofalowo też negatywnie wpływa na daną miejscowość - mówi nam prof. Maciej Jakubowski, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych - Państwowego Instytutu Badawczego.
Z danych GUS z końca sierpnia 2025 r. wynika, że jednostkowy koszt edukacji ucznia w szkole podstawowej w 2024 r. znacząco wzrósł - z 18 790 zł w 2023 r. do 22 732 zł. Z kolei koszty edukacji jednego oddziału szkoły podstawowej prowadzonej przez gminę sięgają aż 436,5 tys. zł. To oznacza wzrost o blisko 80 tys. zł względem poprzedniego roku.
Średni oddział ma tylko 17 uczniów. Przy mniejszej liczbie dzieci koszty stałe szkoły rozkładają się więc na mniejszą liczbę uczniów. Duża część kosztów to wynagrodzenia nauczycieli i innych pracowników, których nie można szybko zmniejszyć wraz ze spadkiem liczby uczniów. Dodatkowo rosły wynagrodzenia w oświacie i koszty utrzymania szkół.
- Małe szkoły, mające około 100 uczniów lub mniej, kosztują więcej niż duża placówka. To się nie zmieni, bo niezależnie od liczby uczniów szkoła musi zapewnić nauczycieli wszystkich przedmiotów - tłumaczy prof. Jakubowski. - Większa szkoła zawsze jest bardziej ekonomiczna i sensowniejsza od małej - dodaje Szymon Więsław, ekspert Związku Miast Polskich.
GUS wylicza, że na wsiach i w miastach do 5 tys. mieszkańców uczy się nieco ponad 40 proc. wszystkich uczniów szkół podstawowych. Oznacza to, że presja demograficzna i związane z nią wyzwania dla funkcjonowania szkół dotyczą bardzo dużej części uczniów.
Dlatego w debacie nad tym, jak ma wyglądać oświata w Polsce, coraz częściej pojawia się argument dotyczący łączenia placówek. - Konsolidacja uczniów w większych szkołach może być plusem. Pozwala lepiej wykorzystać nauczycieli i przełożyć zaoszczędzone środki na podnoszenie jakości oraz lepsze wyposażenie - przyznaje dyrektor IBE. Dlatego - jak uzupełnia ekspert ZMP - konsolidacja szkół jest praktycznie zawsze lepsza od utrzymywania małych i niewydolnych placówek dla kilkudziesięciu uczniów.
W małych szkołach na wsiach też może przybywać uczniów. "Liczy się jakość oferty edukacyjnej"
Prof. Kotowska uważa, że na proces depopulacji i zamykania małych szkół trzeba patrzeć przede wszystkim z punktu widzenia jakości oferty edukacyjnej. - Nauczyciel w 30-osobowej klasie nie jest w stanie uważnie obserwować wszystkich uczniów, dlatego klasy powinny być mniejsze. Spadek liczby dzieci może więc sprzyjać poprawie relacji między nauczycielem a uczniami i pozwolić na bardziej indywidualne podejście do pracy z dziećmi. Jeżeli jednak chcemy poprawiać jakość edukacji, samo utrzymywanie małych szkół w każdej miejscowości nie jest właściwym kierunkiem - wyjaśnia swój punkt widzenia.
Dobrym przykładem - jak wskazuje ekspertka - jest mała szkoła w Cieślach. Jeszcze kilka lat temu uczyło się w niej około 70 uczniów, a nauczyciele niepokoili się o jej przyszłość. Obecnie liczba uczniów rośnie, m.in. dzięki pozyskiwaniu dodatkowych środków i dążeniu do poprawy oferty edukacyjnej.
- Okazuje się, że do tej szkoły już zgłaszają się uczniowie z pobliskich gmin. To jest dla mnie argument za tym, że liczy się jakość oferty edukacyjnej - tłumaczy prof. Kotowska.
Podkreśla, że nie jest to rozwiązanie, które można zastosować wszędzie. - Przykład pokazuje jednak, że o przyszłości małych szkół nie powinny decydować wyłącznie ich koszty utrzymania czy liczba uczniów, ale także jakość i atrakcyjność oferowanej edukacji - dodaje.
- Jeżeli kilka gmin umówi się, że szkoły będą wspólnie organizowane, mogą także zorganizować transport w taki sposób, żeby nie obciążać tym wyłącznie rodziców. Dlatego nie przeceniałabym argumentu dotyczącego dowozu dzieci. Rodzice i tak coraz częściej dojeżdżają do pracy, a dzieci wożą do szkół - ocenia.
Widmo zamykania szkół nie tylko na wsiach
Problem zamykania szkół nie dotyczy jednak wyłącznie terenów wiejskich. - Mamy miasta, gdzie mieszkańcy wyprowadzają się poza ich obrzeża, przez co są obszary wiejskie, które mogą się zaludniać. Dotyczy to jednak głównie kilku dużych aglomeracji. W większości proces wyludniania będzie postępował - przyznaje Jakubowski
Zjawisko widać zwłaszcza w centrach miast. - To często są już bardzo małe szkoły, które będą pustoszeć. Problem w tym, że nawet jeżeli w mieście jakaś szkoła się zamknie, to w przeciwieństwie do wsi - do alternatywnej łatwo będzie szybko dojechać, np. komunikacją miejską. Dlatego problem na wsiach jest nieporównywalnie większy niż w miastach - zauważa dyrektor IBE.
Szymon Więsław mówi nam, że są w Polsce gminy, w których liczba ludności w wieku 3-6 lat nie przekracza 25 osób, a więc dla wszystkich dzieci można utworzyć jedną grupę przedszkolną w całej gminie. - Organizacja przedszkoli jest jednak łatwiejsza od organizacji szkół - można tworzyć grupy różnowiekowe. W szkole koniczne będzie utworzenie klasy, powiedzmy dla 4 lub 10 dzieci - wszystkich z gminy - wskazuje na skalę problemu.
- Samorządy już dziś ograniczają liczbę grup przedszkolnych. Za trzy lata będą musiały znacząco ograniczyć liczbę oddziałów, a zapewne również szkół w gminach. Uczniów będzie o jedną czwartą mniej. Najpierw w pierwszej klasie, później w pierwszej i drugie, w kolejnym roku w pierwszych trzech klasach - prognozuje ekspert ZMP.
Gimnazja miały rozwiązać problem. "Proces zamykania mniejszych szkół jest nieubłagany"
Prof. Maciej Jakubowski wraca do rozwiązania, które zostało wdrożone 1 września 1999 r. - Wprowadzenie gimnazjów umożliwiło starszym uczniom edukację na wyższym poziomie, która jednocześnie była tańsza. Widać to było w efektach. Gimnazja, wbrew obiegowej opinii, miały bardzo dobre wyniki. Źle się stało, że ta reforma została odwrócona - mówi wprost dyrektor IBE.
- Powrót do 8 klasowej szkoły podstawowej rozmydlił problem. Z jednej strony te szkoły stały się bardziej efektywne, bo stały się większe, dostały więcej funduszy. Natomiast patrząc na demografię, proces zamykania mniejszych szkół jest nieubłagany. Jako Polacy przenosimy się do większych miejscowości, a z prognoz demograficznych GUS-u widzimy, że wieś będzie się wyludniała - dodaje.
Wiejskie szkoły w najtrudniejszej sytuacji. "Najmniejszy ruch jak zamach stanu"
Dlatego Agata Saracyn, koordynatorka prac związanych z legislacją ze Związku Gmin Wiejskich (ZGWRP) twierdzi, że znaczna część małych szkół będzie się naturalnie wykruszać, co wcale nie znaczy, że zostaną zlikwidowane. - Wokół niektórych będzie trwała emocjonalna walka "do ostatniego ucznia". Upolitycznienie, a raczej upartyjnienie debaty na temat problemów polskiej oświaty nie pomaga w ich rozwiązywaniu - ocenia.
Przedstawicielka ZGWPR mówi wprost, że jednostki samorządu terytorialnego, które są organem prowadzącym dla szkół, już 10 lat znajdują się w patowej sytuacji, ponieważ utrzymanie szkół nie ma zabezpieczonego odpowiedniego do potrzeb poziomu finansowania, a jednocześnie nie ma też akceptacji na dokonywanie optymalizacji sieci szkół. Przypomina, że od 1 września 2016 r. JST mają obowiązek zakładania i prowadzenia szkół, ale nie mają prawa do ich zamykania. O tym decyduje kurator oświaty, który jednocześnie nie zarządza infrastrukturą oświatową i nie finansuje jej utrzymania, a w związku z tym nie ponosi rzeczywistej, materialnej odpowiedzialności za podjętą decyzję.
- Nie możemy zatem uciekać od poważnej rozmowy o pieniądzach. Widmo naruszenia dyscypliny finansów publicznych nie wisi nad kuratorem oświaty tylko coraz częściej zagląda w oczy właśnie wójtowi, burmistrzowi, prezydentowi miasta - komentuje.
W najtrudniejszej sytuacji są gminy wiejskie o najniższych dochodach podatkowych na mieszkańca, które obejmują duże, słabo zaludnione obszary i wiele miejscowości, a mimo drastycznego spadku liczby uczniów często muszą utrzymywać szkoły i placówki oświatowe. Saracyn mówi, że każdy najdrobniejszy nawet ruch optymalizujący realizację zadań oświatowych w wielu przypadkach jest traktowany jak "zamach stanu".
Ustawa o tzw. małych szkołach ma wyprowadzić placówki na prostą
Przedstawicielka ZGWRP liczy, że nowe przepisy dotyczące tzw. małych szkół pozwolą odsunąć w czasie ich likwidację. - Pamiętajmy jednak, że każda szkoła - bez względu na to czy jest samodzielna czy nie - generuje koszty stałe i to one są obciążeniem samorządowych budżetów - dodaje.
Chodzi o to, że samorządy dostały możliwość tworzenia szkół filialnych, dzięki czemu małe placówki nie muszą od razu być likwidowane. Nowe rozwiązanie ma pozwolić utrzymać szkołę bliżej mieszkańców, nawet gdy liczba uczniów jest zbyt mała, by prowadzić ją jako samodzielną placówkę. Szkoły będą mogły być wykorzystywane także do innych celów niż edukacja dzieci. Dotychczas na terenie podstawówek mogły działać tylko przedszkola. Teraz samorząd będzie mógł organizować w nich m.in. opiekę nad małymi dziećmi, zajęcia dla seniorów, kursy dla dorosłych czy usługi związane ze zdrowiem i kulturą.
Nie tylko demografia. Przed polskimi szkołami kolejne wyzwania
Ekspert ZMP Szymon Więsław ocenia, że większość gmin ma trzy lata na przygotowanie się do działań optymalizacyjnych. Przyznaje, że skutkiem likwidacji oddziałów będzie ograniczenie zapotrzebowania na pracę nauczycieli. - To dobrze i źle zarazem. Dobrze, bo w Polsce zaczyna brakować chętnych do zawodu. To jednak bardzo źle, bo większość nauczycieli to osoby starsze. Jeśli nie pojawią się zachęty do pracy w szkole - starsi odejdą z zawodu, a młodych nie będzie - ostrzega.
Wyzwań edukacyjnych w najbliższych latach będzie jednak więcej. - Mamy do czynienia z rosnącą liczbą dzieci, które wymagają dodatkowego wsparcia ze względów zdrowotnych, a zwłaszcza psychologicznych. To nowe wymagania wobec kadry nauczycielskiej i szkół - mówi nam prof. Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii SGH.
Do tego coraz więcej cudzoziemców chce pracować i żyć w Polsce. - To historyczna zmiana - z kraju emigracyjnego stajemy się krajem imigracyjnym. I nasza oświata będzie musiała dostosować się do rosnącej liczby dzieci cudzoziemców. Moim zdaniem nie jest gotowa na to wyzwanie - mówi wprost.
Więsław ze ZMP dodaje jednak, że Ukraińcy już teraz uczą się w polskich szkołach. Wskazuje, że nie da się oszacować ilu z nich opuści Polskę po zakończeniu wojny. Pewnym jest jednak, że wśród nich będą również uczniowie, co tylko pogłębi problemy polskich szkół.
Z szacunków MEN przekazanych Interii Biznes wynika, że w ciągu najbliższych pięciu lat liczba dzieci w szkołach podstawowych będzie stopniowo się zmniejszać i może wynieść o 8 proc. mniej niż zakładana wartość na nadchodzący rok szkolny 2026/2027.
W latach 2016-2023 samorządy zlikwidowały 1435 szkół dla dzieci i młodzieży. W kolejnych dwóch latach zamknięto następne 231 placówek, co oznacza, że dynamika likwidacji nieznacznie wyhamowała. Dane za 2026 r. pokażą, czy mamy do czynienia z trwałym trendem czy jedynie z chwilową zmianą.
Sebastian Tałach

















