Z danych wynika, że w Polsce brakuje kierowców, specjalistów z branży logistyki i pielęgniarek. Do nich trzeba doliczyć pracowników firm budowlanych i remontowych, a także osoby bez kwalifikacji, niezbędne do utrzymania czystości biur czy obsługi zamówień w firmach przewozowych. Oprócz Ukrainy i Białorusi, przybywa chętnych do pracy z Ameryki Południowej, Azji i Afryki.
Pracownicy spoza UE. Urzędy wobec nich niechętne
Polskie urzędy niechętnie godzą się jednak, aby czynności te wykonywały osoby spoza Unii Europejskiej. "W ubiegłym roku rząd Donalda Tuska ograniczył o 22 proc. liczbę pozwoleń na pracę dla obywateli spoza UE" - informowała latem agencja Reutera. Wskazywała na sondaże opinii publicznej, które wyrażały szerokie poparcie dla takich ograniczeń.
Stoi to w sprzeczności z opiniami ekonomistów i przedstawicieli biznesu, według których kraj pilnie potrzebuje pracowników. Konfederacja Lewiatan reprezentująca interesy pracodawców i przedsiębiorców postulowała do rządu, aby szybką ścieżką administracyjną (fast trackiem) objąć pracowników spoza UE wykonujących zawody deficytowe. - Naszą inicjatywę przyjęto pozytywnie. Jednak w maju poinformowano, że Ministerstwo Pracy wycofuje się z projektu ze względu na negatywny odbiór społeczny - wyjaśniła Interii wicedyrektorka Departamentu Pracy Konfederacji Lewiatan Nadia Winiarska.
Wskazała na przyjętą ponad rok temu reformę prawa imigracyjnego, która m.in. wprowadziła cyfrową obsługę wniosków, zaostrzyła kary za zatrudnianie "na czarno" i uprościła procedury. - W praktyce jednak zmiany w przepisach doprowadziły do blokady systemu - wskazuje rozmówczyni Interii. Przypomina, że ustawowy termin na wydanie pozwolenia na pracę wynosi 30 dni, jednak zdarza się, że pracodawcy czekają 6 miesięcy. - Jeszcze gorzej jest z legalizacją pobytu, która trwa średnio 341 dni. Znamy osoby, które czekają kilka lat - zapewnia Nadia Winiarska.
Ogłoszeń przybywa. Chętnych nie
Tymczasem rynek pracowników spoza UE się kurczy., otwiera się w nowym oknie - Ogłoszeń jest więcej, zapotrzebowanie też jest większe, ale pracowników brakuje - zapewnia Interię Jerzy Lewicki, kierownik operacyjny Top-Staff, agencji rekrutacyjnej specjalizującej się w pracownikach spoza UE. Informuje, że coraz częściej agencje podejmują ryzyko zatrudniania osób z Afryki czy Azji. - One zwykle jadą w ciemno. Przyjeżdżają i dopiero na miejscu poznają warunki pracy czy mieszkania - przyznaje rozmówca.
Przejście przez proces rekrutacyjny i otrzymanie pozwolenia na pracę trwa zwykle trzy miesiące. Wystarczająco długo, by miejsce było już zajęte. - Firma rekrutuje poza UE magazyniera. Formalności trwają kilka miesięcy, a kiedy zainteresowany dostaje wreszcie pozwolenie, dowiaduje się, że kogoś wcześniej przyjęto. Przedsiębiorstwa nie mają obowiązku czekania na pracownika - wyjaśnia rozmówca. Podkreśla, że pozwolenia są wydawane na konkretne miejsce pracy. - Jeśli magazyniera szuka fabryka obok, to trzeba załatwiać wszystko od początku - wyjaśnia.
Przyjęcie do pracy osób mówiących w obcym języku zwykle wymusza na pracodawcach dodatkowy obowiązek oraz koszty - zatrudnienie osoby do opieki. - Najczęściej jedna nie wystarcza, zwłaszcza kiedy obowiązuje system zmianowy. To musi być ktoś, kto pomoże, wytłumaczy i przekaże informacje - wyjaśnia rozmówca. Przyznaje też, że niewielu zagranicznych pracowników jest chętnych do nauki polskiego.
Polskie firmy narzekają. Również węgierskie
Firmy zainteresowane zatrudnieniem pracownika spoza Unii narzekają na przeszkody administracyjne. - Urzędy odmawiają wydania dokumentów, bo dostają takie wytyczne. Placówki dyplomatyczne też się nie spieszą. W niektórych krajach oczekiwanie na wizę trwa nawet kilkanaście miesięcy - zwraca uwagę wicedyrektorka Departamentu Pracy Konfederacji Lewiatan. Podkreśla, że pracodawcy coraz częściej rezygnują z krajów, "gdzie uzyskanie wizy graniczy z cudem".
Podobne problemy mają firmy na Węgrzech - kraju, który też zaostrza politykę migracyjną. W czerwcu Budapeszt oficjalnie wstrzymał wydawanie wiz pracowniczych dla obywateli Filipin, Gruzji i Armenii. - Ograniczenia te nie oznaczają, że nie ma niedoborów siły roboczej. Ani tego, że rynek pracy jest w pełni dopasowany i zbilansowany - zapewnia Interię Attila Piskóti, ekspert ds. rynku węgierskiego z agencji doradztwa strategicznego SEC Newgate Hungary. Dodaje, że wakatów przybywa w przemyśle wytwórczym, spożywczym, budownictwie czy hotelarstwie., otwiera się w nowym oknie
Tamtejsi pracodawcy obawiają się, że ograniczenia nie pozwolą im na szybkie reagowanie na realne niedobory pracowników. - Wskazują, że mogą one hamować ekspansję, opóźniać inwestycje i osłabiać konkurencyjność gospodarczą Węgier - wylicza rozmówca. Pracodawcy - informuje - opowiadają się za elastycznym systemem, w ramach którego, w przypadku rzeczywistych niedoborów siły roboczej, można zatrudniać pracowników zagranicznych.
Na zmianę polityki migracyjnej liczy też Konfederacja Lewiatan. - Obecna nie jest dostosowana do istniejącej sytuacji na rynku pracy i luk kadrowych, które będą się pogłębiać - wskazuje Nadia Winiarska.














