W skrócie
- W listopadzie 2025 roku na orbicie znalazł się pierwszy satelita radarowy dla wojska od spółki ICEYE w ramach programu MikroSAR.
- W rozmowie z Interią Biznes prezes spółki Rafał Modrzewski wyjaśnia, że planuje zwiększenie współpracy z Siłami Zbrojnymi RP. - Przyszłość konfliktów to satelity - podkreśla.
- Przyznaje, że współpracując z krajami NATO i ich sojusznikami ma pracy na najbliższe trzy lata.
- Spółka zwiększa możliwości produkcyjne - udało się osiągnąć tempo budowy jednego satelity tygodniowo, celem są obecnie dwa.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Paulina Błaziak, Interia Biznes: Współpraca ICEYE z Siłami Zbrojnymi RP mocno się zacieśnia.
Rafał Modrzewski, prezes i współzałożyciel ICEYE: - I to dość szybko, bo po drugiej stronie widać zrozumienie, że współpraca na linii Siły Zbrojne - sektor prywatny, w zakresie pozyskiwania nowych technologii będzie się zmieniała. A jeżeli chcemy wprowadzać je szybko, to ona musi się zacieśniać.
- Mamy z wojskiem te same wnioski - przyszłość konfliktów to satelity, szczególnie w obszarze rozpoznania i wskazywania celów. Technologie satelitarne nie widzą granic - obrazować można każde miejsce na świecie, również daleko za linią frontu. Jesteśmy w stanie bardzo szybko wykonać zobrazowanie i dostarczyć informację, kiedy jest ona najbardziej potrzebna.
Co będzie kolejnym etapem po satelitach MikroSAR?
- Mamy kilka pomysłów na rozszerzenie obecnej współpracy z polskim wojskiem. O szczegółach poinformujemy, kiedy będziemy na to gotowi.
Airbus, Thales Alenia i polski RADMOR właśnie ogłosiły umowę na budowę satelity telekomunikacyjnego dla polskiego wojska. Rośnie konkurencja?
- Naszym głównym obszarem działań jest obserwacja Ziemi. Jeżeli zostalibyśmy poproszeni o budowę satelity komunikacyjnego, na pewno byśmy to rozważyli, zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie całego systemu dla Polski.
- Jestem zwolennikiem tworzenia rozwiązań lokalnych. Wojna na Ukrainie pokazuje, jak kluczowy jest dostęp do zdolności modyfikacji pewnych technologii. Widać to choćby po dronach - one zmieniają się właściwie co trzy miesiące, ich modyfikacje postępują niesamowicie szybko.
Problemem jest więc angażowanie spółek spoza kraju?
- Ostatecznie to będzie wybór wojska, jakie i ile satelitów chcą budować, ale zawsze będę nakłaniał do tego, żebyśmy brali pod uwagę dostęp do technologii. Przy rozwiązaniach lokalnych to my pozostajemy właścicielami, a potem się okazuje, że ma to bardzo duże znaczenie, gdy trzeba coś szybko zmienić. Ostatnio o takiej sytuacji było głośno przy zakupie samolotów Rafale przez Indyjskie Siły Zbrojne. Odmówiono im dostępu do kodów źródłowych.
Czy to oznacza, że wojsko ma kody źródłowe do satelitów od ICEYE?
- Szczegóły umowy są niejawne, więc nie wejdę w konkrety. Mogę natomiast powiedzieć, że dostaje od nas system, z którego będzie korzystać w pełni samodzielnie i suwerennie. Wszystko, czego do tego potrzeba, jest po stronie Sił Zbrojnych. Na rozmowę o ewentualnych modyfikacjach również jesteśmy otwarci.
Jak szybko buduje się satelitę?
- W naszym przypadku, tydzień. Kolejne już czekają w kolejce do tego, aby kolejną "paczką" wysłać je na orbitę. Ale zwiększamy nasze zdolności produkcyjne. Do dwóch tygodniowo.
- Zapotrzebowanie jest ogromne. Przykładowo - kontrakt dla Bundeswehry, który zdobyliśmy wspólnie z Rheinmetallem, to naprawdę duże zamówienie - mówimy o 40 satelitach, które mają zostać dostarczone w ciągu 24 miesięcy od zawarcia umowy. Jest tu dużo pracy do wykonania, a to nie jest nasz jedyny klient.
Kto puka do drzwi ICEYE?
- Dzisiaj to są właściwie wszystkie państwa, nawet te, które nie powinny pukać. Każdy jest zainteresowany dzisiaj zdolnościami satelitarnymi. Jednak dostarczamy te technologie wyłącznie krajom NATO lub ich sojusznikom, jak Japonia czy Korea Południowa - jesteśmy pod tym względem bardzo ostrożni.
- W ubiegłym roku na zakup satelitów zdecydowało się wiele państw europejskich, a także poza Europą kolejne kraje chcą iść w kierunku rozwoju własnych zdolności. Brazylia jest właścicielem naszych satelitów już od kilku lat. Kilka lat temu informowaliśmy też o sprzedaży na Bliski Wschód - ten program cały czas się rozwija. Niedawno ogłosiliśmy sprzedaż satelitów do Japonii we współpracy ze spółką IHI - to sytuacja bardzo podobna do kontraktu z Rheinmetall.
Jak wygląda horyzont czasowy, jeśli chodzi o podpisane umowy?
- Mamy pracy na pewno na trzy lata. Udało nam się podwoić wyniki finansowe między 2024 a 2025 rokiem i nasz plan zakłada podwojenie ich także w tym roku. Staramy się osiągnąć 500 milionów euro przychodu. W większości jest to już zakontraktowane, podobnie jak przyszły rok, dlatego też zwiększamy moce produkcyjne.
Pański pomysł europejskiej konstelacji tysiąca satelitów spodobał się w Brukseli?
- Większość osób tam zdaje sobie sprawę, jak ważne są systemy satelitarne dla przyszłości Europy i jej bezpieczeństwa - i to jest coś, co nie podlega dyskusji. Debata toczy się na poziomie finansowania - czy będzie ono krajowe czy europejskie.
I?
- Najprawdopodobniej będzie trochę tak, trochę tak. Trzeba pamiętać, że na poziomie europejskim właściwie zostały już podjęte pewne decyzje, stąd praca np. nad programem EOGS, IRIS2 czy ERS. Będziemy więc finansować pewną część zdolności, pytaniem otwartym pozostaje, jak duży będzie ten budżet. Jako Polska też mamy wpływ na te decyzje.
Jaki?
- Dzisiaj wszystkie dyskusje toczą się wokół obserwacji Ziemi. Istotne jest, abyśmy jako Polska włączyli się w rozmowy na poziomie politycznym na tyle, na ile to możliwe. W kraju mamy grupę firm, które mogą dostarczać kompetencje w takich programach. To duża szansa na rozwój sektora.
Kto miałby dostarczyć te tysiąc satelitów?
- To, że jesteśmy inicjatorem debaty na ten temat, nie oznacza, że powinna to być inicjatywa jednej firmy. Myślę, że byłoby to konsorcjum europejskie. Proponowaliśmy, żeby Komisja Europejska pozostała właścicielem systemu, a operatorem - Centrum Satelitarne Unii Europejskiej. Najważniejsze jednak, aby najpierw zdecydować o budowie tej konstelacji. Bo takich zdolności właśnie Europie potrzeba, a dla Polski ważne jest, że krajowe podmioty mogłyby odegrać tu bardzo dużą rolę. Warto, żebyśmy jako sektor działali wspólnie z Ministerstwem Rozwoju i Technologii oraz Polską Agencją Kosmiczną i mieli wspólny plan na to, jak zwiększyć skalę europejskich inicjatyw, ale też jak wygrać kontrakty w ramach tych programów.
Brakuje w rządzie tempa prac?
- Na pewno widać dużo większe zrozumienie faktu, że kosmos jest i będzie z nami na stałe, że jest to przemysł, na którym można zarabiać, i to dobrze. Owszem, nasze firmy są w nieco trudniejszej pozycji niż ugruntowani od lat gracze z największych rynków zachodnich - to naturalne, ale możemy być poważnym partnerem: stać nas na to, mamy zdolności i kompetencje w postaci konkretnych firm. Musimy uwierzyć we własne siły i działać. Dziś trzeba podjąć trochę większe ryzyko - zaangażować się bardziej, bo szansa przed nami jest znacząca.
Może powinniśmy mieć też wojska kosmiczne?
- Trend jest jasny i tu nie chodzi tylko o Polskę.
Potencjał do wzrostu leży w nowych typach satelitów, np. w oparciu o AI?
- Tak, tu jest przyszłość. Jeśli mówimy o konstelacjach, to na pewno tych wielosensorycznych. Mamy różne projekty - cały czas pracujemy nad rozwojem naszych satelitów i budową nowych zdolności.
- Drugą nogą jest właśnie AI, a więc wykorzystanie jej do przetwarzania, fuzji, zarządzania danymi. I nad tym też bardzo aktywnie pracujemy.
Nowe zdolności, czyli trzeci typ satelity, obok radarowego i optycznego?
- Pracujemy nad wieloma projektami równolegle. Różne technologie są już na rynku, ale to trochę tak, jak z naszymi satelitami SAR - satelity radarowe istniały wcześniej, my jednak zbudowaliśmy mniejsze, działające inaczej i zapewniające znacznie krótszy czas rewizyty. To był realny przeskok - i sądzę, że tym razem będzie podobnie.
Nie chce pan skorzystać z mody na kosmos i wejść na giełdę? W ubiegłym roku mówił pan, że potrzeba jeszcze kapitału.
- Zobaczymy. Jesteśmy rentowni, ale zawsze potrzebujemy kapitału. Na razie nie mamy planów, którymi moglibyśmy się podzielić.
A gdyby były, to bardziej myśli pan o Polsce czy np. od razu USA?
- Dzisiaj kierunek europejski jest nam zdecydowanie bliższy. Z punktu widzenia firmy dużo bardziej wolelibyśmy osadzić się w Europie. Generalnie, jestem zwolennikiem europejskiej unii kapitałowej i gdyby powstała jedna duża giełda, to obiecuję, że zrobię tam pierwsze IPO.
Został pan jedną z niewielu osób, które weszły w skład rady gospodarczej zarówno przy premierze, jak i prezydencie. Da się to pogodzić?
- Mamy wgląd w to, co dzieje się globalnie na styku obronności i sektora kosmicznego, mamy też doświadczenia związane z rozwojem naszej firmy. Cieszę się, że takie rady powstają - to znaczy, że politycy się interesują i zadają pytania. A moją rolą jest dzielenie się doświadczeniami i udzielanie odpowiedzi na te pytania.
Rozmawiała Paulina Błaziak

















