- Wszystkie banki mówią o wzrostach portfeli kredytowych, gdyż maja ogromny potencjał na kredytowanie. Mają bardzo dużo środków, 800 mld zł nadwyżki depozytów nad kredytami, z którymi chciałyby coś produktywnego zrobić - mówił Marcin Gadomski, wiceprezes banku Pekao, podczas konferencji "Zarządzanie ryzykiem i kapitałem", zorganizowanej przez Europejski Kongres Finansowy wraz z firmą doradczą Deloitte.
NBP w cokwartalnej ankiecie podaje, że banki łagodzą politykę kredytową. Ale jakie są granice tego łagodzenia? Każdy bank je wyznacza na własną rękę. To właśnie określa jego apetyt na ryzyko. Konsekwencje poznamy dopiero za klika lat. Kredyty nie psują się od razu, tylko z upływem czasu.
- Widzimy możliwość wystąpienia w przyszłości kosztów ryzyka związanych z obecnym boomem kredytowym. To jest duże wyzwanie i duży dylemat - kompromis, który podejmujemy w postaci niskich marż, może być zbyt duży - powiedziała Bożena Graczyk, wiceprezes ING Banku Śląskiego.
Moment na start do przyspieszonej akcji kredytowej jest wyjątkowo dobry, bo obecnie koszty ryzyka kredytowego w bankach należą do najniższych w historii. Ostatnio PKO BP podał, że w ubiegłym roku obniżył je do 30 punktów bazowych z 35 pb rok wcześniej. Jak na tak wielką instytucję to prawdopodobnie historyczny rekord.
Dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że złe kredyty (z tzw. koszyka 3), czyli NPL (takie, które są przeterminowane lub istnieje małe prawdopodobieństwo, że zostaną w pełni spłacone przez kredytobiorcę), stanowią zaledwie 4,6 proc. portfela kredytowego całego sektora. To po raz pierwszy w historii (na koniec roku) poniżej granicy 5 proc., którą Europejski Urząd Nadzoru Bankowego uznaje za granicę bezpieczeństwa.
Pod względem wielkości NPL w portfelach polski sektor bankowy przez lata należał do najsłabszych w Europie.
Środowisko makroekonomiczne sprzyja bankom
Koszty ryzyka spadły, bo banki funkcjonują w wyjątkowo sprzyjającym środowisku makroekonomicznym. Wzrost gospodarczy pod koniec zeszłego roku jeszcze przyspieszył, inflacja obniżyła się, bezrobocie tylko nieznacznie wzrosło, wynagrodzenia wciąż rosną, choć w wolniejszym już tempie. Wszystko to służy wysokiej jakości portfela kredytowego. I z tego unikalnego momentu korzystają banki.
Koszty ryzyka są niskie, gdyż korzystają także z lat stagnacji na polskim rynku kredytowym oraz wysokich stóp procentowych. To - wydaje się - paradoks. Jak to działa? Gdy stopy są wysokie zwiększają się odsetki od kredytów udzielonych już wcześniej. Dlatego zyski banków rosną choćby wcale nie udzielały nowych kredytów. Był więc to czas, kiedy nie musiały się ścigać o klienta. Popyt na kredyt był słaby, a dodatkowo mogły przebierać w klientach jak w ulęgałkach. I przebierały.
Kolejny powód jest taki, że banki przyłożyły się mocno do pracy nad ryzykiem kredytowym. Do oceny zdolności klientów do spłaty zobowiązania stosują coraz bardziej zaawansowane metody, umożliwiane przez technologie. PKO BP chwalił się ostatnio tym, że do analizy ryzyka zaprzągł uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję. Twierdzi, że analiza olbrzymich zbiorów danych o klientach w chmurze w połączeniu z narzędziami uczenia maszynowego pozwalają nie tylko uzyskiwać obraz danych finansowych, ale także tworzyć pełny obraz np. firmy w systemie gospodarczym kraju.
Bank twierdzi, że dzięki modelom uczenia maszynowego udzielił w ubiegłym roku kredytów na 52,7 mld zł. Było to o ponad 1,5 mld zł więcej, niż pozwalałaby na to "tradycyjna" analiza ryzyka kredytowego budowana w oparciu o same dane finansowe. Łącznie kredyty otrzymało o 41 tys. więcej klientów.
- Banki powinny najwięcej popracować nad łączeniem tego, co się dzieje w różnych rodzajach ryzyka i nie patrzeć na nie w oderwaniu - mówił podczas konferencji "Zarządzanie ryzykiem i kapitałem" wiceprezes mBanku Marek Lusztyn.
Obniżki stóp to obosieczny miecz
W końcu wreszcie - niskim kosztom ryzyka sprzyjał rozpoczęty w maju zeszłego roku cykl spadku stóp procentowych. Każda obniżka oznaczała niższą ratę dla zadłużonych na stopę zmienną. Wiadomo, że dla konsumentów wysokość raty jest kluczowa.
Obniżki stóp - dla banków - są jak obosieczny miecz. Ostrze z jednej - obcina wysokość zobowiązań, przez co poprawia zdolność do spłaty kredytu, a to uwalnia popyt na nowy kredyt. Ostrze z drugiej - obcina zyski banków, gdyż wymusza kompresję marży. A resztę robi już konkurencja.
W ciągu minionego ok. półtora roku największe polskie banki ogłosiły swoje strategie. Gdyby trzeba było je wszystkie streścić tylko w dwóch słowach, to byłyby to słowa: "chcemy rosnąć". Jeden z prezesów dużego polskiego banku ironizuje - gdyby zsumować strategie, to wyszłoby na to, że banki chcą zbudować w Polsce przynajmniej drugi taki rynek.
Owszem, polski rynek kredytowy bardzo wyraźnie się skurczył w ciągu minionej dekady, ale zbudowanie drugiego w krótkim czasie (horyzonty strategii to przeciętnie 3 lata) to chyba nadmierne aspiracje. Nawet przy założeniu, że popyt na kredyt rusza naprawdę z kopyta.
- Jesteśmy w okresie, kiedy marże na kredytach spadają. Banki odpowiedziały w swoich strategiach, że najważniejszy dla nich jest wzrost udziałów rynkowych. W efekcie marże zaczynają mocno spadać. W segmencie korporacyjnym widzimy już marże, które nie są akceptowalne - mówiła podczas konferencji Bożena Graczyk.
Ze strategii widać, że polskie banki mają olbrzymi apetyt na wzrost. Ale czy na taki wzrost jest w Polsce miejsce? Znowu popatrzmy na dane - na ok. 30 mln dorosłych Polaków jest 55 mln rachunków osobistych w bankach. To znaczy, że niemal każdy ma rachunki w dwóch instytucjach. Owszem, w Polsce jest jeszcze spora liczba osób wykluczonych finansowo (i cyfrowo), ale nie zdecydują one raczej o potencjale wzrostowym rynku, choć na pewno powinny zostać "zaopiekowane". To jednak raczej nie działalność biznesowa, a obowiązek społeczny, wynikający zresztą z unijnego prawa (o tzw. darmowym rachunku).
Jaki jest apetyt na ryzyko
Tymczasem jedynym sposobem na postępująca kompresję marż spowodowaną spadkiem stóp i konkurencją na rynku jest zwiększenie akcji kredytowej. A zatem i walka o większy udział w rynku. Kiedy konkurencyjnym rynkiem rządzi wilczy apetyt na wzrost, nieodstępnym jego towarzyszem jest rosnący apetyt na ryzyko. Jakie są jego granice?
- Myślę, że banki będą konkurować i ceną, i apetytem na ryzyko (…). Nikt nie zaakceptuje jednak sytuacji, żeby koszty ryzyka wynosiły powyżej 100 punktów bazowych, to jest bariera (…). Krótkoterminowo nie mam obaw, mam natomiast obawy w średnim i długim terminie - powiedział Wojciech Kembłowski, wiceprezes BNP Paribas Bank Polska.
Apetyt banków na ryzyko powinny powściągnąć dwa fakty. Pierwszym jest wojna na Bliskim Wschodzie i jej potencjalny wpływ - poprzez ceny paliw, energii, zaburzenia w łańcuchach dostaw - na makroekonomiczną stabilność. To wystarczający powód, żeby wziąć głęboki oddech zanim udzieli się kolejnego kredytu.
- Musimy zrozumieć jak wpłynie na nasz portfel fakt, że cena baryłki ropy podchodzi do 120 dolarów, a rentowność 10-letniego polskiego długu - pod 6 proc. To elementy ryzyka geopolitycznego - powiedziała Paulina Strugała, członek zarządu VeloBanku.
Drugi fakt związany jest z długoterminową perspektywą dla Polski. Polska gospodarka od dekady traci dystans z powodu słabości inwestycji. Najnowszy raport Banku Światowego na temat naszego kraju podkreśla, że polski sektor przemysłowy wciąż opiera się głównie na imitacji, za nakłady na badania i rozwój odpowiadają przede wszystkim zlokalizowane w Polsce centra zachodnich korporacji, a polska gospodarka z wypracowywanych tam rozwiązań mało korzysta.
- Czy nasza gospodarka będzie konkurencyjna? Jeśli nie będzie, będziemy mieli kłopoty z portfelem kredytowym - powiedział Wojciech Kembłowski.
Jacek Ramotowski














