Albo zmiany personalne, albo lista rekomendacji - takie ultimatum postawił minister zdrowia w ubiegłym tygodniu premier Donald Tusk. Dziś szefowa resortu Jolanta Sobierańska-Grenda wraz z prezesem NFZ przedstawiła proponowane rozwiązania.
Decyzja ta miała związek z wybuchem afery po ujawnieniu zarobków Dawida Kasprzyka w warszawskim Szpitalu Południowym - 1,6 mln zł w 2025 roku. Po raz kolejny przypomniała o rosnących problemach w polskim systemie ochrony zdrowia. Przykład tego medyka, powiązanego do niedawna z Koalicją Obywatelską, to jednak wierzchołek góry lodowej. I nie chodzi wyłącznie o kolejne doniesienia z tej placówki, jak informacje o tzw. saloniku VIP dla polityków czy nieprawidłowościach związanych z funkcjonowaniem szpitalnego prosektorium. Lista schorzeń jest długa.
Problemy finansowe NFZ
Gigantyczne wynagrodzenie Kasprzyka stało się kolejnym dowodem na nieprawidłowe funkcjonowanie całego systemu, z którym kolejny już rząd próbuje sobie poradzić. Problemy jednak narastają. Mimo zorganizowania pod koniec ubiegłego roku szczytu medycznego Bezpieczny Pacjent, jak również analogicznego wydarzenia z udziałem prezydenta, sytuacja się pogarsza. Premier Donald Tusk zapewniał wówczas, że "NFZ nie jest bankrutem", ale "rzetelnym płatnikiem", a kluczowe z punktu widzenia rządu jest "dobro pacjenta".
Z ostatnich danych finansowych resortu zdrowia wynika, że szpitale toną w długach. Jak podawał "Rynek Zdrowia" po pierwszym kwartale tego roku zadłużenie szpitali publicznych wyniosło 37 mld zł. Z kolei na koniec ubiegłego roku wyniosło 34 mld zł - dotyczyło to 562 placówek. Rosną także zobowiązania wymagalne - do ponad 5 mld zł.
Ubiegłoroczne spotkania ze środowiskiem medycznym były pokłosiem braku pieniędzy w kasie NFZ i konieczności udzielenia wsparcia z budżetu państwa. Dziś te problemy są jednak jeszcze większe. Lekarze i eksperci prognozują, że już wczesną jesienią mogą pojawić się problemy w dostępności do specjalistów. To oznacza nie tylko ograniczone możliwości leczenia, ale i samej profilaktyki, która mogłaby uchronić pacjenta przed poważniejszymi skutkami choroby, jak i system przed zwiększonymi wydatkami na leczenie w przyszłości.
Kolejki do lekarzy rosną
Brak dostępu do specjalistów skazuje pacjentów na długie oczekiwanie w kolejkach, często liczone w miesiącach czy nawet latach. Najnowsze dane Federacji Przedsiębiorców Polskich pokazują, że w I kwartale tego roku w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej odnotowano 840,4 tys. oczekujących - o 6,8 proc. więcej niż przed rokiem. O 6,3 proc. rok do roku wzrosła mediana czasu oczekiwania (do 58 dni).
"Najdłuższe kolejki występują w zakładach/ośrodkach rehabilitacji leczniczej dziennej (82,6 tys.), poradniach chirurgii urazowo-ortopedycznej (79,1 tys.) oraz neurologii (74,4 tys.), a pod względem mediany czasu oczekiwania szczególnie niepokojąca pozostaje sytuacja w poradni neurochirurgicznej (203,5 dnia) oraz poradni chorób tarczycy (194,7 dnia). W ujęciu długookresowym liczba oczekujących wzrosła o ponad 155%, a mediana czasu oczekiwania o ponad 215 proc. względem I kwartału 2022 r." - wskazano w opracowaniu wyników badań.
W przypadku leczenia szpitalnego I kwartał 2026 r. przyniósł wzrost liczby oczekujących pilnych przypadków o 13,9 proc. w ujęciu rocznym przy medianie czasu oczekiwania wynoszącej 23 dni.
Najdłużej czeka się na świadczenia związane z badaniami czy zabiegami. Wzrost przypadków pilnych wyniósł 18,1 proc. Najdłużej czeka się na fizjoterapię ambulatoryjną (mediana 112 dni), endoprotezoplastykę stawu kolanowego (111 dni) czy stawu kolanowego (92 dni) - podkreślmy: mówimy o przypadkach pilnych.

Nierówna wycena świadczeń przekłada się na szpitale
Palącym problemem polskiego systemu jest nierówna wycena świadczeń, co przekłada się na sytuację szpitali. Pod koniec czerwca alarmował o tym w liście do przedstawicieli rządu prezes Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka. Wskazywał, że szpitale powiatowe powinny stanowić podstawę lokalnego bezpieczeństwa zdrowotnego, jednak te podstawowe oddziały, gdzie "trafia człowiek z zapaleniem płuc o drugiej w nocy, przywożone jest chore dziecko, rodzi kobieta (...), od lat są finansowane przez państwo poniżej kosztów ich prowadzenia".
Płonka wskazuje wprost: system od wielu lat wycenia podstawowe świadczenia w sposób, który nie pokrywa rzeczywistych kosztów ich udzielania.
"Od wielu lat słyszymy pytania: dlaczego w jednym powiecie działa kardiologia, a w innym ortopedia? Dlaczego powstała okulistyka? Dlaczego inwestowano w onkologię? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: bo właśnie te świadczenia były wyceniane lepiej" - tłumaczy.
W praktyce oznacza to, że władze samorządowe i szpitali muszą myśleć najpierw o pokryciu rachunków i wynagrodzeń, a dopiero później myśleć o otwarciu kolejnego oddziału specjalistycznego.
"Gdyby oddział chorób wewnętrznych był finansowany adekwatnie do kosztów jego funkcjonowania - gdyby chirurgia ogólna nie przynosiła permanentnych strat - nie byłoby potrzeby budowania skomplikowanych mechanizmów równoważenia deficytu poprzez rozwijanie kolejnych, lepiej wycenianych zakresów działalności" - podkreślał prezes ZPP.
Wynagrodzenia medyków mocno w górę
Rząd regularnie chwali się, że wydatki na ochronę zdrowia rosną. Przyszłoroczny plan budżetu zakłada wstępnie, że przychody NFZ wyniosą 237,3 mld zł - 9,2 proc. więcej. Wzrosnąć ma również dotacja z budżetu państwa - z 26 do 35 mld zł. To jednak nie pokryje planowanej na ponad 20 mld zł dziury budżetowej.
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich w rozmowie z Interią Biznes zauważył, że mimo wzrostu nakładów finansowych liczba świadczeń pozostaje na podobnym poziomie, a kolejki się wydłużają. Jako powód wskazał rosnące koszty wynagrodzeń medyków.
"Tylko około jedna czwarta lekarzy pracuje na etacie, natomiast reszta funkcjonuje w formule kontraktowej. Jeżeli podnosimy wyceny świadczeń, to te środki, niezależnie od formalnego celu, i tak w dużej części trafiają do lekarzy na kontraktach, zwłaszcza że ich wynagrodzenia bywają powiązane z wartością kontraktu z NFZ, więc każda zmiana wyceny automatycznie przekłada się na ich dochody" - wyjaśniał.
Od 1 lipca 2026 r. minimalne wynagrodzenia w ochronie zdrowia wzrosły o 8,82 proc.; w ubiegłym - o ponad 14 proc.
Niesprawiedliwe finansowanie ochrony zdrowia
Kwestia wynagrodzeń, nie tylko lekarzy, powiązana jest ściśle z systemem podatkowym. Wysokie zarobki mogą zachęcać do samozatrudnienia, podatku liniowego czy ryczałtu. W praktyce oznacza to, że przy pracy w kilku miejscach powstają kominy płacowe, a więc spore nierówności - i to nie tylko w obrębie jednej grupy zawodowej, ale nawet specjalizacji.
Obecnie na samym ryczałcie w Polsce pozostaje około 1,3 mln przedsiębiorców. Płacą oni nie tylko niższe podatki - a więc mniej do budżetu państwa - ale również niższą składkę zdrowotną, mając takie samo prawo do świadczeń jak inni płatnicy.
"System ochrony zdrowia powinien być przede wszystkim sprawiedliwy, a to oznacza, że także finansowanie powinno być sprawiedliwe. Obciążenie składką zdrowotną powinno być bardziej proporcjonalne do możliwości finansowych (...). Jeżeli ktoś ma odpowiednie dochody, powinien uczestniczyć w finansowaniu systemu w takim stopniu, w jakim go na to stać" - mówił nam Adam Kozierkiewicz, specjalista w zakresie organizacji i finansowania ochrony zdrowia.













