Największa rafineria ropy naftowej w Rosji, odpowiadająca za około 8 proc. rosyjskiego przerobu surowca, wstrzymała pracę w wyniku ukraińskiego ataku na zakład należący do koncernu Gazprom Neft - podał Reuters 7 lipca.
Rosja w poważnych tarapatach. Ukraina atakuje infrastrukturę energetyczną
To jednak nie koniec problemów, z jakimi zmaga się Rosja. Dzień wcześniej celem ataku został terminal naftowy w Petersburgu, którego roczną przepustowość szacuje się na ok. 12,5 mln ton produktów naftowych. Ukraińska armia atakuje całą infrastrukturę energetyczną - rafinerie, magazyny ropy i porty, ale także cysterny, drogi i mosty.
W związku z niedoborami paliwa rosyjski rząd wprowadził program dopłat dla rodzimych rafinerii, co ma stanowić dla firm zachętę do zatrzymywania większej ilości produktów naftowych na rynku krajowym. Tylko w czerwcu kwota subsydiów wzrosła aż sześciokrotnie, a rząd wypłacił podmiotom przetwarzającym ropę 210,6 mld rubli (2,72 mld dol.). Do końca lipca obowiązuje również zakaz eksportu benzyny.
Jak informował Reuters, aby poradzić sobie z kryzysem energetycznym, Rosja kupuje benzynę od Indii, skąd drogą morską przesłano już 60 tys. ton paliwa. Kolejnym eksporterem jest Białoruś - w czerwcu dostawy tego kraju wynosiły nawet 70 tys. ton dziennie.
To nie zapobiega jednak trudnej sytuacji w kraju. Tam, gdzie benzyna jest sprzedawana, kolejki są długie, a ceny wysokie. Limity wprowadziły wszystkie większe koncerny - Łukoil, Gazprom, Rosnieft i Tatnieft, a w niektórych regionach całkowicie wstrzymano sprzedaż dla cywili. Na Krymie tankować mogą jedynie przedstawiciele agencji rządowych.
Jak zauważa eneregtyka24.com, na problemy w funkcjonowaniu infrastruktury energetycznej zwrócił uwagę sam Władimir Putin, który przyznał, że ukraińskie ataki "stwarzają problemy". Przywódca Rosji uspokajał jednak, że "niedobór nie jest krytyczny".
O przyczyny kryzysu zapytaliśmy analityka ds. polityki wschodniej Bartosza Tesławskiego. - Rosja jest ogromnym państwem, co po raz pierwszy zaczęło działać na jej niekorzyść, ponieważ nie jest fizycznie w stanie zabezpieczyć tak rozległego terytorium przed ukraińskimi atakami, jednocześnie zapewniając ochronę swoim wojskom walczącym w Ukrainie - zauważa.
Jak dodaje, na niekorzyść Rosji działają również sankcje, które uniemożliwiają Kremlowi odtworzenie infrastruktury. - Część systemów wykorzystywanych do produkcji paliw czy przetwórstwa ropy naftowej Rosjanie importowali z Zachodu - mówi ekspert.
Obecny kryzys wpłynie na rosyjską gospodarkę? "Pogłębia problemy"
Jak zauważa Eugeniusz Romer z Układu Sił, na początku lipca ukraińska strona twierdziła, że wyłączyła niemal 43 proc. zdolności rafineryjnych w Rosji, a branża paliwowa straciła od sierpnia 2025 roku 13,5 mld dolarów. - Pogłębia to i tak znaczące problemy gospodarcze. W maju rosyjski rząd obniżył prognozę wzrostu gospodarczego na ten rok z 1,3 proc. do 0,4 proc. Co więcej, Rosji grozi gwałtowny kryzys bankowy w przypadku pojawiania się szoku zewnętrznego, na przykład ambitnego pakietu sankcji - tak wynika z raportu agencji wywiadowczej jednego z państw europejskich, do którego dotarła Agencja Reutera - dodaje ekspert w rozmowie z Interią Biznes.
Jak tłumaczy, niedobry paliw są najbardziej uciążliwe dla indywidualnych konsumentów, dla których od początku roku do czerwca średnia cena benzyny wzrosła o 5,6 proc. - Dotykają także sektora rolniczego - rodzą obawy o możliwość przeprowadzenia żniw. Pojawia się więc nowa grupa niezadowolonych po mieszkańcach wielkich miast, których dotykają ograniczenia w dostępie do internetu - mówi.
Co na to Rosja? Tesławski zauważa, że działania rosyjskich władz koncentrują się na dwóch najważniejszych ośrodkach - Moskwie i Petersburgu. - Zakładam że rosyjskie władze zrobią wszystko, aby te miasta w jak najmniejszym stopniu odczuły ten kryzys, ale będzie się to odbywało kosztem reszty kraju - mówi.
Zdaniem eksperta skutki niedoborów najbardziej odczuje jednak tzw. głubinka, czyli głęboka prowincja, z której obecnie rekrutowani są "ochotnicy" do walki w Ukrainie.
Jak wskazuje, całkowitym wyjątkiem jest sytuacja na Krymie, który Ukraina stara się odciąć od Rosji i zamienić w "wyspę". - Tam wskutek ukraińskich uderzeń wyobrażam sobie sytuację, w której paliwa zabraknie nawet dla służb medycznych, usług publicznych itp., ponieważ priorytetem dla Rosji będzie zaopatrywanie wojska - dodaje.
Obecna sytuacja nie pozostaje bez znaczenia dla rosyjskiej gospodarki, która czerpała znaczące zyski z eksportu produktów naftowych. Chwilową nadzieję na odwrócenie tej sytuacji przyniósł konflikt na Bliskim Wschodzie, jednak już na początku lipca na rynek wraca podaż surowca importowanego przez cieśninę Ormuz.
Jak zauważa Tesławski obecny układ sił stwarza nieoczekiwane szanse dla Białorusi, której specjalizacją gospodarczą jest przetwórstwo rosyjskiej ropy naftowej. - Długi czas ich sprzedaż była znaczącym źródłem dochodów dla białoruskiej gospodarki. Teraz Mińsk może zaoferować Moskwie te zdolności produkcyjne na specjalnych warunkach. Dla Rosji może to być bardzo atrakcyjna opcja, bo Białoruś nie jest traktowana przez Ukrainę jako agresor i formalnie pozostaje neutralna w konflikcie, a więc Ukraińcy nie powinni strzelać w rafinerie w Nowopołocku - zauważa.
Ludzie wyjdą na ulice? "Nie wydaje mi się"
Pogłębiają się problemy w kraju, a wojna przestaje być dla Rosjan już tylko odległym obrazem z telewizora. Czy to doprowadzi do buntu i wyjścia ludności na ulicę? - Nie wydaje mi się - komentuje Tesławski.
Jak zauważa, aparat opresji w Rosji był wzmacniany od lat, a rosyjskie społeczeństwo sukcesywnie uczone, że występowanie przeciwko władzy może skończyć się tragicznie. - W efekcie spodziewałbym się raczej jednostkowych wybuchów gniewu poszczególnych mieszkańców czy grup typu podpalenie stacji benzynowej niż masowych protestów - mówi.
Romer zauważa z kolei, że wskaźniki poparcia dla Putina spadły, choć nadal utrzymują się na stosunkowo wysokim poziomie. - Dane niezależnej, choć operującej w Rosji sondażowni Centrum Lewady z czerwca pokazują miesięczny spadek popularności prezydenta z 79 do 74 proc. - podaje ekspert z Układu Sił. - Według Fundacji Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego poparcie dla partii Jedna Rosja, obecnie mającej większość w Dumie Państwowej i będącej politycznym zapleczem Putina, wyniosło w kwietniu jedynie 16 proc. W październiku zeszłego roku było to 23 proc. - dodaje.
Jak podkreśla, nie jest to bez znaczenia, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych. - W mediach i analizach pojawiają się opinie, że Kreml chce zdecydowanego zwycięstwa, by móc następnie, powołując się na rzekomy mandat demokratyczny, ogłosić mobilizację. Ostatnia - przeprowadzona w 2022 roku - spowodowała wybuch niezadowolenia społecznego i ucieczkę dziesiątek tysięcy mężczyzn z kraju - zauważa.












