Złoty i euro umacniają się wobec dolara mimo ciągle napiętej sytuacji w regionie Zatoki Perskiej. Za dolara pod koniec marca płacono 3,74 zł, pod koniec kwietnia - 3,65 zł, a teraz około 3,60 zł, czyli mniej niż przed wybuchem wojny amerykańsko-irańskiej. W tych samych okresach systematycznie drożało euro, za które płacono kolejno: 1,155 dolara, 1,175 i prawie 1,18 dolara.
Inwestorzy nie wierzą w eskalację wojny
Nawet lepsze od oczekiwań dane z rynku pracy w USA, ogłoszone przed ostatnim weekendem, nie powstrzymały deprecjacji dolara. Można odnieść wrażenie, że dla wielu inwestorów waluta Amerykanów przestała być "bezpieczną przystanią", do której musieli uciekać jeszcze kilka tygodni temu. Dla rynków finansowych sygnały wysyłane ostatnio z Waszyngtonu i Teheranu są dowodem, że wojna de facto kończy się.
Mało kto zakłada, że konflikt na Bliskim Wschodzie wymknie się spod kontroli, zwłaszcza po tym, jak prezydent USA ostatnią wymianę ognia nazywał "miłosnym klepnięciem". Cena baryłki ropy jest dużo poniżej "wojennego" szczytu 120 dolarów sprzed dwóch miesięcy, co jest uznawane za dowód, że globalny kryzys energetyczny jest coraz mniej prawdopodobny.
Rynek coraz częściej spekuluje o przyszłym obniżaniu stóp procentowych przez Rezerwę Federalną, w sytuacji gdyby presja inflacyjna w Stanach Zjednoczonych miała stopniowo wygasać. Prezydent Donald Trump co jakiś czas domaga się cięcia stóp i jeśli nawet dopiero za kilka miesięcy dojdzie do złagodzenia amerykańskiej polityki monetarnej, to jej efektem będzie zapewne dalsze osłabienie dolara.
Dolar reaguje na porażkę Białego Domu
Pod koniec zeszłego tygodnia dolar miał wyraźny powód, by stracić na wartości. Amerykański Sąd ds. Handlu Międzynarodowego (CIT) orzekł, że 10-procentowe globalne cła wprowadzone przez prezydenta USA były niezgodne z prawem, bo nie mogły być uzasadnione zapisami w ustawie handlowej z 1974 roku. Biały Dom przy ustalaniu wysokości taryf celnych powoływał się na "kryzys bilansu płatniczego", co zdaniem CIT nie odpowiadało stanowi faktycznemu.
Mimo sądowej porażki Donald Trump zapowiada apelację i planuje wprowadzenie nowych ceł w lipcu, tym razem w oparciu o zarzut stosowania nieuczciwych praktyk handlowych przez Chiny i Unię Europejską. Na razie jednak dolar osłabł, bo dla wielu inwestorów najnowszy wyrok CIT jest sygnałem nieskuteczności administracji waszyngtońskiej w realizowaniu jej kluczowych założeń gospodarczych.
Trzeba też pamiętać, że Białemu Domowi raczej nie przeszkadza słabszy dolar. Prezydent Donald Trump nie raz podkreślał, że przeceniona waluta krajowa pomaga amerykańskim eksporterom. Przy okazji werdyktu CIT możemy jednak mówić o deprecjacji dolara w wyniku erozji zaufania do amerykańskiego systemu prawnego, a nie o trendzie rynkowym opartym na przesłankach ekonomicznych.
Trudny egzamin dla waluty Amerykanów
Najnowsze prognozy kilku czołowych instytucji finansowych mają jedną cechę wspólną - dają dolarowi w relacji do złotego szansę na wzrost wartości w najbliższym czasie, ale skazują na osłabienie w 2027 roku. Z tej reguły wyłamuje się HSBC. W projekcji banku waluta Amerykanów tylko i wyłącznie tanieje - do 3,52 zł w czerwcu tego roku, do 3,47 zł we wrześniu i do 3,39 zł w grudniu.
Goldman Sachs prognozuje przejściowy wzrost notowań dolara do 3,77 zł w ciągu 3 miesięcy. Jednak w horyzoncie 6 miesięcy dolar miałby spaść do 3,60 zł, a w perspektywie 12 miesięcy do 3,54 zł. Z kolei analitycy Crédit Agricole zakładają, że amerykańska waluta podrożeje do 3,78 zł w trzecim kwartale tego roku. Jednak w pierwszym kwartale 2027 roku miałaby kosztować 3,70 zł, w drugim kwartale - 3,66 zł, a pod koniec przyszłego roku - 3,55 zł.
Podobne odwrócenie trendu znajdujemy w projekcji Mitsubishi UFJ Financial Group (MUFG). Dolar miałby podrożeć w czerwcu do 3,722 zł, ale już w ostatnim kwartale 2026 roku cena spadłaby do 3,533 zł, a na początku przyszłego roku do 3,517 zł. "Złoty umocnił się wraz z innymi walutami europejskimi w obliczu rosnącego optymizmu co do dalszego złagodzenia napięć na Bliskim Wschodzie po ogłoszeniu zawieszenia broni. (…) Pozytywnym czynnikiem dla Polski jest fakt, że przed szokiem cenowym na rynku energii była ona jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek w regionie" - podkreślają ekonomiści MUFG, dodając, że wzrost PKB jest wspierany przez wydatki rządowe na obronność.
Mocne strony polskiej gospodarki
Analitycy RBC Capital Markets przewidują, że przed końcem tego kwartału za amerykańską walutę będzie się płacić 3,64 zł, ale w czwartym kwartale już tylko 3,54 zł. Potem 3,50 zł w drugim kwartale 2027 roku i 3,46 zł pod koniec przyszłego roku. Stopniowa deprecjacja dolara prognozowana jest także przez ekspertów ING. Z ich szacunków wynika, że amerykańska waluta utrzymywać się będzie w najbliższym czasie w rejonie 3,62 zł, po czym osunie się w kierunku 3,58 zł w perspektywie 6 miesięcy i 3,54 zł za rok.
ING podkreśla, że mocną stroną polskiej gospodarki powinien być szybki wzrost ekonomiczny i wykorzystywanie funduszy unijnych. "Nasze nastawienie do złotego pozostaje neutralne. Krajowe czynniki fundamentalne sprzyjają polskiej walucie, zwłaszcza w kontekście wzrostu PKB przewyższającego wyniki regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a także spodziewanego napływu środków z Unii Europejskiej" - konkluduje Mateusz Sutowicz z ING.
Wielcy inwestorzy martwią się o dolara
Niektórych ekonomistów problemy dolara prowokują do przedstawiania wyjątkowo ponurych scenariuszy. Zwątpienie w trwałość dolara zaprezentował ostatnio legendarny inwestor Warren Buffett. Ostrzegł, że niekontrolowana inflacja może zamienić Stany Zjednoczone w coś, czego nikt nie rozpozna i dodał, że "ślepe zaufanie do jakiejkolwiek waluty w obecnym otoczeniu jest po prostu niebezpieczne".
Buffett podkreśla, że rosnący dług publiczny USA i agresywna polityka monetarna tworzą fundament pod długotrwałą inflację i spowolnienie gospodarcze. Dodaje, że konflikty geopolityczne, szczególnie na Bliskim Wschodzie, bezpośrednio wpływają na ceny energii i destabilizują rynki finansowe.
Gerald Celente, założyciel Trends Research Institute i wydawca Trends Journal od ponad 46 lat, mówi, że zgadza się z Buffettem "na tysiąc procent". Jego zdaniem, obecne problemy dolara być może nie są efektem zwykłej korekty rynkowej, ale zwiastunem końca pewnego porządku monetarnego.
Celente wątpi, by gospodarce amerykańskiej groziła stagflacja, czyli połączenie stagnacji ekonomicznej z inflacją. Obawia się czegoś bardziej poważnego - regresu gospodarczego i jednocześnie rosnącej inflacji. Według niego, to nie będzie kolejna recesja w cyklu koniunkturalnym, ale koniec ładu monetarnego, budowanego od dziesięcioleci na fundamencie taniego pieniądza. "Ameryka jest dziś tym, czym była Wielka Brytania przed upadkiem funta po I wojnie światowej - imperium zadłużonym po uszy. W USA stosunek długu do PKB przekroczył 100 proc., podczas gdy dekadę temu wynosił połowę tego" - podsumowuje Gerald Celente.
Jacek Brzeski














