Reklama

Nadchodzi transportowa rewolucja PiS

Dojeżdżając codziennie do pracy czy tylko w weekendy do rodzin, mamy spory wybór możliwości transportowych. Oczywiście bogatszy na liniach między większymi ośrodkami, a mniejszy na peryferiach.

Pasażerom jest stosunkowo wygodnie i co tu mówić - tanio, więc nie zauważają, że wśród przewoźników trwa nieustanna wojna. Choć nie jest ona już tak widoczna jak jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu, kiedy autobusy podjeżdżały równocześnie na przystanki, by podebrać sobie klientów, a na trasie kierowcy wyprzedzali się wzajemnie, powodując poważne niebezpieczeństwo w ruchu drogowym.

Reklama

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej z tego powodu, że w grę wchodzą nie tylko przewoźnicy prywatni, ale i publiczni. No i nie tylko prywatne, lecz i publiczne pieniądze. Dlatego każda zmiana przepisów rozgrzewa emocje do czerwoności. Tak jest z kolejną nowelizacją ustawy z 16 grudnia 2010 r. o publicznym transporcie zbiorowym (t.j. Dz.U. z 2015 r. poz. 1440 ze zm.). Najważniejsze przepisy tej ustawy miały wejść w życie 1 stycznia 2017 r. Ale już rok temu wiadomo było, że samorządy nie zdążą się przygotować, a przede wszystkim sporządzić planów transportowych odpowiadających ustawowym wymogom. To spowodowało konieczność wydłużenia terminów. I dokonano tego nowelizacją z 21 lipca 2016 r. (Dz.U. poz. 1342). Teraz jednak szykują się znacznie większe zmiany. A każdy chciałby poprawić to, co się mu nie podoba.

Rządowi PiS nie podoba się m.in. to, że ustawowe regulacje utrudniałyby rynkową konkurencję i dopuszczenie do niej przewoźników komercyjnych, a także to, że zbyt łatwo można by eliminować graczy z rynku przewozów. Wątpliwe wydawało się również wydawanie zezwoleń przewoźnikom, gdy projektowane połączenie stanowiłoby zagrożenie dla już istniejących linii regularnych. Oraz to, że pasażerowi w żadnym wypadku nie można byłoby wysiąść poza ustalonym przystankiem.

Z kolei propozycje PiS nie podobają się samorządom oraz niezależnym ekspertom. Na przykład Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego w Łodzi krytykuje m.in. właśnie wysadzanie pasażerów poza przystankami określonymi w rozkładzie jazdy czy to, że nowe kursy muszą być zaprojektowane w połowie przedziału czasowego między już istniejącymi z tolerancją do 5 minut.

Samorządowcy chcieliby też wprowadzenia prawa wyłącznego na poszczególnych liniach, co dopuszcza prawo unijne. A przedstawiciele Klubu Jagiellońskiego nie zostawiają suchej nitki choćby na propozycji zakazu organizacji przewozów w ramach użyteczności publicznej na liniach, gdzie funkcjonują już przewoźnicy komercyjni oraz na, patologicznym ich zdaniem systemie, w którym mali przewoźnicy wyłudzają dopłaty do ulg przez wystawianie biletów dla osób niepełnosprawnych.

Znaleźć konsensus nie będzie łatwo. Dobrze się więc stało, że resort budownictwa powołał zespół do spraw opracowania projektu ustawy, a w jego składzie mają się znaleźć zarówno przedstawiciele organizacji zrzeszających przewoźników drogowych, jak i stowarzyszeń jednostek samorządu terytorialnego. Czas nagli, bo lipcowa nowela przesunęła obowiązywanie przepisów tylko o rok. Lepiej, żeby rząd nie poszedł jednak na skróty i, mając parlamentarną przewagę, nie przegłosował wyłącznie swoich racji.

18.11.2016

Dowiedz się więcej na temat: transport | pasażerowie | autobusy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »