Brazylia, Argentyna, Paragwaj i Urugwaj - handel Unii Europejskiej z tymi czterema państwami może wkrótce wyglądać inaczej. Może, bo choć większość krajów wspólnoty Starego Kontynentu dała zielone światło do podpisania umowy z Mercosurem, dopiero po tym fakcie porozumienie ma być głosowane w Parlamencie Europejskim. Tu sprawa nie jest do końca przesądzona - jak mówiła w rozmowie z Interią europosłanka Anna Bryłka "PE jest bardzo podzielony, generalnie pół na pół".
Rynki otwierają się na handel
Polska również jest w tej sprawie podzielona. I choć w głosowaniu na unijnym szczeblu rządzący głosowali przeciw, kierowali się w zasadzie jednym argumentem - rolnicy. To oni bowiem są grupą - nie tylko nad Wisłą - która najbardziej obawia się nowej umowy. Podkreślają przede wszystkim, że otwarcie się południowoamerykańskiego rynku "zaleje" Europę, a oni stracą konkurencyjność.
Jednak nie jest ona porozumieniem stricte rolnym, a handlowym. Z jednej strony UE zgodziła się na obniżki ceł przy zachowaniu limitów ilościowych (kontyngentów) dla produktów wrażliwych. Z drugiej zaś Mercosur znosi swoje cła m.in. na unijne samochody, leki, kosmetyki.

UE nakłada mechanizmy ochronne
Umowa zakłada, że cła będą zniesione, jeśli będą spełnione wymagania dla pochodzenia danego produktu. Przykładowo, musi być on realnie wyprodukowany, a nie tylko złożony czy spakowany na danym terenie. Ponadto UE chce zabezpieczyć się przed możliwymi szkodami dla lokalnych producentów przy wzroście importu czy spadku ceny.
- Ta umowa jest bezprecedensowa, dlatego że takich zabezpieczeń w historii umów handlowych Unii Europejskiej nigdy nie było. Obowiązywać będzie klauzula ochronna, która obejmuje produkty najbardziej wrażliwe, w kontyngentach: mięso drobiowe, mięso wołowe, cukier, etanol, miód. W żadnej umowie z UE nie ma możliwości tak skutecznego wycofania preferencji dla produktów, które są objęte kontyngentami -tłumaczy w rozmowie z Interią dr Jerzy Plewa, ekspert Team Europe, były szef dyrekcji generalnej ds. rolnictwa i obszarów wiejskich w Komisji Europejskiej.
Chodzi o tzw. hamulec bezpieczeństwa, a więc zawieszenie preferencji dla importu na wniosek jednego państwa członkowskiego lub przez KE w ciągu 21 dni.
- Jeśli importowana ilość produktów objętych kontyngentami wzrośnie w stosunku do średniej z trzech lat o 5 proc. lub cena importowa liczona rok do roku spadnie o 5 proc., to KE może te preferencje zawiesić - przypomina.
Polska już korzysta z importu z Mercosur
W jego ocenie umowa z Mercosurem niewiele zmieni, jeśli chodzi o handel w rolnictwie. Wiele bowiem produktów importowanych jest zerowym cłem. I tu Polska z tego korzysta.
- Najważniejszym produktem, który jest sprowadzany z Mercosur do UE, jest śruta sojowa, a Polska jest jednym z największych jej importerów - 3,2 miliona ton rocznie z zerową stawką celną. Jest używana przede wszystkim w produkcji drobiarskiej jako składnik pasz. Praktycznie w całości wytwarzana jest w oparciu o odmiany GMO. W 2006 roku Polska ogłosiła się krajem wolnym od GMO. Wprowadzono zakaz importu GMO, ale natychmiast wprowadzono moratorium na ten zakaz. Moratorium to we wrześniu 2024 zostało przedłużone do 2030 roku. Czy to nie jest hipokryzja, że mówimy, że jesteśmy wolni od GMO, zakazujemy importu GMO, ale importujemy i jednocześnie zawieszamy ten zakaz? - pyta retorycznie nasz rozmówca.

Rolnicy nie ufają UE
Emocje rolników studzi prezes Klubu Jagiellońskiego Paweł Musiałek.
- To nie jest więc tak, że rynek zostanie "zalany", bo mówimy o wpuszczeniu do UE np. 100 tys. ton wołowiny, czyli 1 proc. tego, co UE wytwarza. Myślę, że finalnie będzie musiała być cenowo atrakcyjna, ale jesteśmy bardzo daleko od "zalania" polskiego ryku produktami z Mercosuru. Mielibyśmy z tym do czynienia, gdyby większość towarów na rynku pochodziła z tego regionu, a tymczasem mówimy o tysiącach ton importu wobec milionów ton produkcji unijnej - wylicza.
I podkreśla jednocześnie, że jest daleki od stawiania tezy, że nie będzie w Polsce ani jednego rolnika, który nie straci na umowie. Ale, podobnie jak Plewa, zwraca uwagę na rolę mechanizmów obronnych.
- KE wie doskonale, że rolnictwo jest newralgicznym obszarem, więc chciała maksymalnie przekonać kraje będące eksporterami produktów rolnych czy dużymi producentami, jak Polska i Francja, stąd te mechanizmy ochronne. W przypadku rolników główną rolę odgrywa kwestia braku zaufania do unijnych instytucji - nie do końca wierzą, że klauzule ochronne będą działać, że kontyngenty będą sprawdzane - podkreśla.
Jednocześnie, porównując rynki, mówi wprost: - Większym wyzwaniem dla polskiego rolnika jest zdecydowanie Ukraina, która jest geograficznie bliżej, a więc koszty transportu są dużo niższe.
Jak Polska może skorzystać na umowie z Mercosurem?
Umowa z Mercosurem daje UE otwarcie się Ameryki Południowej na towary przemysłowe. Aleksandra Sojka, starsza analityczka w zespole gospodarki światowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego widzi tu możliwości dla Polski, ale podkreśla - potrzeba czasu.
- W motoryzacji zniesienie ceł sięgających 35 proc. na pojazdy i 14-18 proc. na części stworzy szanse dla polskich producentów komponentów, choć liberalizacja zajmie wiele (czasem do 15) lat. Sektor chemiczny i farmaceutyczny, gdzie Polska buduje pozycję regionalnego lidera w chemii konsumenckiej, może skorzystać na eliminacji ceł, choć konkurencja z innymi krajami UE będzie znacząca. Branża maszynowa, z obecnymi cłami 14-20 proc., również zyskuje możliwości ekspansji, szczególnie że Polska jest piątą co do wielkości eksportu siłą przemysłową w UE w tej branży - wylicza.
Musiałek zwraca uwagę, że w opinii publicznej pojawiło się w Polsce założenie, że to Niemcy będą głównie korzystać na umowie.
- Ale pamiętajmy o tym, że przecież wiele firm, szczególnie niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, ma polskich poddostawców. Polska jest jednym z najbardziej uprzemysłowionych krajów Europy, jesteśmy elementem łańcucha wartości, produkujemy wiele podzespołów, które dzięki temu będziemy mieć rynki zbytu - uważa prezes KJ.

Polskę czeka wyścig z Niemcami
Na tym etapie trzeba jednak być ostrożnym w ocenie skutków dla Polski. Ekspertka PIE przypomina, że całkowite PKB krajów Mercosuru jest porównywalne do francuskiego, a popyt na europejskie dobra przemysłowe może rosnąć wolniej niż niektóre oczekiwania.
- Polska będzie musiała konkurować z Niemcami i Włochami, które już dziś dominują w eksporcie do Brazylii, stanowiącej większą część rynku Mercosur. Dodatkowym wyzwaniem mogą być zróżnicowane wymogi techniczne między krajami Mercosur, które zwiększą koszty dostosowania dla eksporterów. Dla Polski, z obecnym marginalnym udziałem w eksporcie do tych krajów, umowa stanowi przede wszystkim szansę na dywersyfikację rynków zbytu w perspektywie długoterminowej, ale sukces zależeć będzie od szybkości nawiązywania partnerstw i dostosowania oferty do specyfiki rynków południowoamerykańskich - wyjaśnia w rozmowie z Interią.
Polak będzie kupować taniej?
Co zatem zmieni się dla przysłowiowego Kowalskiego? Musiałek ocenia, że konsumenci mogą zyskać tańsze produkty z Ameryki Południowej, zaś stricte rolnicy - lepszy dostęp do nawozów. Nieco innego zdania jest z kolei Jerzy Plewa, który podkreśla plusy w skali makro.
- Globalnie ta umowa, z odpowiednimi zabezpieczeniami, powinna dać społeczeństwu korzyści. Wzrośnie wymiana i PKB, będzie większa produkcja, więcej miejsc pracy. Dla polskiego konsumenta zmieni się jednak niewiele, bo niewiele zmieni się, jeśli chodzi o handel w rolnictwie. Ceny niekoniecznie się obniżą - ocenia.
"Politycy z rolnikami dyskutują jak z elektoratem"
Rolnicy jednak nie zamierzają odpuszczać i będą protestować 20 stycznia w Strasburgu, przed siedzibą Parlamentu Europejskiego. Zbiorą się tam przedstawiciele sektora z całej UE. Sytuacja ta zdaje się być kalką sprzed wejścia Polski do UE czy podpisaniem umowy CETA (UE-Kanada). W obu przypadkach polscy rolnicy obawiali się konkurencji, upadku gospodarstw i braku opłacalności produkcji. Jerzy Plewa przypomina, że w przypadku umowy z Kanadą podkreślano - od prawa do lewa, że będzie to "gwóźdź do trumny" polskiego rolnictwa.
- A jednak polski eksport po kilku latach jej obowiązywania wzrósł ponad 34 proc., import o 10 proc., więc widać wyraźnie, że na tym zyskujemy, mimo, że Kanada produkuje wołowinę czy rzepak - wskazuje Interii.

I dodaje - problemy w polskim rolnictwie leżą przede wszystkim w braku autentycznej debaty nad jego stanem.
- Nasz eksport prawie 11-krotnie wzrósł w ciągu tych 20 lat, mamy naprawdę czym się pochwalić. To jest zasługa ciężkiej pracy rolników, ale polityki rolnej w zasadzie w Polsce nie ma, bo jest napędzana populizmem, a politycy z rolnikami dyskutują jak z elektoratem - podsumowuje Plewa.
Paulina Błaziak

















