W skrócie
- Rządowa tarcza paliwowa ma powszechne poparcie społeczne, jednak ekonomiści tłumaczą, że subsydia cenowe nie rozwiązują problemu podaży ropy, a jedynie go pogłębiają.
- Administracyjne obniżenie cen paliw tłumi inflację tylko krótkookresowo i może prowadzić do utrwalenia negatywnych skutków szoku podażowego.
- Panuje przekonanie, że rządowa interwencja cenowa na rynku paliw może zostać przedłużona nawet do lutego 2027 roku.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
- Chyba nikt nie powinien być zaskoczony, że Polacy chcieliby utrzymania obecnej tarczy paliwowej do końca roku - dr Marcin Mazurek podkreśla, że ceny eksponowane na stacjach paliw działają bezpośrednio na emocje kierowców, którzy po prostu chcieliby płacić jak najmniej.
- Jednak kłopot jest w tym, że subsydia cenowe nie rozwiązują problemu podaży - przeciwnie, pogłębiają go - tłumaczy główny ekonomista mBanku i dodaje, że obecne ceny baryłki ropy nie są spekulacją, a raczej odpowiedzią rynku, który wycenia mniej dostępną ropę.
- Cena ropy naftowej nawet znacznie powyżej 100 dolarów za baryłkę to nie jest spekulacja, lecz mechanizm rynkowy - mówi Interii Marcin Mazurek.
Ropa coraz droższa. Wojna na Bliskim Wschodzie w kluczowej fazie
Wojna na Bliskim wschodzie wkroczyła w kluczową fazę (groźby Donalda Trumpa vs zapowiedź możliwego odwetu Iranu), której wynik jest trudny do przewidzenia.
- Jedno jest pewne - nawet jeśli doszłoby do jakiejś formy deeskalacji (rozmawiamy we wtorek 7 kwietnia w południe) wyższe ceny ropy pozostaną z nami na dłużej - mówi ekonomista mBanku nie kryjąc, że z kolei w razie zaostrzenia konfliktu możemy zobaczyć znacznie wyższe wyceny baryłki Brent i WTI.
Dodajmy, że ostatnio ta druga jest droższa (WTI to "ropa amerykańska" - kwotowana Nowym Jorku, a Brent to cenowy benchmark dla ropy z Europy i regionu Bliskiego Wschodu).
Zdaniem Marcina Mazurka, administracyjne obniżenie cen paliw, w którym mamy obecnie do czynienia, tłumi inflację tylko krótkookresowo. W dłuższej perspektywie inflacja może rozlać się strumieniem na wiele sektorów gospodarki.
- Takie interwencje - czyli kontrola cen, a nawet racjonowanie paliw, ostatecznie dadzą jeden efekt - sztucznie podtrzymają popyt na ropę, której fizycznie brakuje - tłumaczy ekonomista i obrazowo opisuje, że skutkiem tarczy paliwowej nie jest powrót do starego, dobrze znanego świata z ceną baryłki 60-70 dolarów, lecz przedłużający się stan rynkowego niedopasowania (zbyt niska podaż w stosunku do popytu wciąż kreowanego przez sztucznie zaniżoną cenę).
- Nie sądzę i chyba już nikt się nie spodziewa, że nawet wyciszenie bliskowschodniej wojny sprowadzi ceny do dawnych poziomów. Wciąż pozostanie geopolityczna premia w cenie ropy; wciąż w cenie będzie uwzględnianie ryzyko, które z dnia na dzień nie zniknie - mówi w rozmowie z naszą redakcją Marcin Mazurek i wylicza, że ceny frachtu pozostaną podwyższone, więcej będą kosztować też ubezpieczenia ładunków.
Jaką cenę za paliwo są w stanie zaakceptować Polacy?
Zdaniem głównego ekonomisty mBanku, oceniając konieczność wprowadzenia i ewentualne skutki maksymalnych cen paliw warto zastanowić się nad możliwościami konsumentów.
- Udział paliw w koszyku inflacyjnym to około 5 proc.- przypomina Marcin Mazurek i w swoich analizach wylicza, iż oznacza to, że przeciętnie właśnie tyle dochodu rozporządzalnego pochłaniają wydatki na paliwa (przeciętny, miesięczny dochód rozporządzalny na osobę w Polsce wyniósł w 2025 roku 3500 zł). Krótko mówiąc - wydatki na paliwo to co najwyżej kilkaset złotych (często mniej niż 200 zł) na osobę w gospodarstwie domowym.
- Oczywiście poza dyskusją pozostaje fakt, że różne gospodarstwa domowe wydają miesięcznie na paliwo bardzo różne kwoty, ale to tylko dowodzi, że przez mechanizm maksymalnych cen paliw subsydiujemy tych najbogatszych, którzy jeżdżą najwięcej - tłumaczy ekonomista. Zadaje też pytanie, czy wydawanie do 2 mld zł miesięcznie z państwowej kasy (tyle kosztuje obecna tarcza paliwowa rządu Donalda Tuska) nie powinno być przeznaczone na inne ważne społecznie cele.
Szok podażowy na rynku ropy przekształci się w inflację?
Dlaczego administracyjnie obniżając ceny paliw mielibyśmy utrwalać inflację?
- Subsydia cenowe nie rozwiązują problemu podaży - przeciwnie, pogłębiają go. Blokują dostosowanie cenowe - podkreśla rozmówca Interii i dodaje, że sztuczne obniżanie cen jest dzieleniem kosztów niedoboru, a nie jego rozwiązaniem problemu. Administracyjna interwencja cenowa tej "biedy" nie likwiduje - jedynie przesuwa w czasie koszt niedoboru, a przez to utrwala szok podażowy w realnej gospodarce. Dodatkowo - jak przekonuje Marcin Mazurek, "w warunkach wysokiej wrażliwości politycznej takie interwencje mają też tendencję do utrwalania się ponad pierwotne założenia czasowe".
- Mógłbym się założyć, że cenowa interwencja na rynku paliw zostanie przedłużona i czerwiec nie będzie ostatnim miesiącem jej obowiązywania - mówi Interii główny ekonomista mBanku podkreślając, że do końca czerwca nie znikną czynniki ryzyka dla naftowego rynku, a podaż surowca wciąż będzie za mała to czysto rynkowej obniżki cen.
Jak tarcza paliwowa wpłynie na gospodarkę? Zapomnijmy o obniżkach stóp
Do tej pory dominowały komentarze sugerujące, że to właśnie wysokie ceny paliw są głównym czynnikiem, który będzie powstrzymywał Radę Polityki Pieniężnej przed obniżkami stóp procentowych. Dr Marcin Mazurek przypomina jednak, że niedawna "tarcza energetyczna" (zamrażanie ceny prądu), a dokładniej zapowiedzi jej "rychłego" wycofania były argumentem za wstrzymywaniem obniżek stóp procentowych w przeszłości (likwidacja "tarczy" miała być impulsem inflacyjnym). - Dlaczego teraz miałoby być inaczej - sugeruje w swojej analizie główny ekonomista mBanku.
Marcin Mazurek dodaje jednak, że mamy szczęście, bo gospodarka naszego kraju weszła w trudny okres wojny na Bliskim Wschodzie w całkiem niezłym stanie.
- Procesy inflacyjne poza paliwami pozostają spokojne, rynek pracy chłodzi się, płace spowalniają - ekonomista mBanku przekonuje, że obecny szok podażowy na rynku paliw "rozsmarowałby się" po gospodarce nawet bez tarczy paliwowej. Administracyjne tłumienie cen paliw wprowadza tymczasem niepokój i sugeruje początek inflacyjnych zagrożeń.
Dla porządku dodajmy, że 80 proc. Polaków uważa, iż państwo powinno wprowadzić urzędowe ceny maksymalne na paliwa do końca 2026 r.; przeciwnego zdania jest 20 proc. badanych - wynika z opublikowanego we wtorek 7 kwietnia sondażu Instytutu Badań Pollster na zlecenie "Super Expressu".
Respondentom zadano pytanie "czy twoim zdaniem państwo powinno wprowadzić urzędowe ceny maksymalne na paliwa do końca bieżącego roku". Łącznie 80 proc. opowiedziało się pozytywnie za utrzymaniem urzędowych cen maksymalnych paliw do końca br. Po 40 proc. ankietowanych wybrało odpowiedź "raczej tak" i "zdecydowanie tak". Przeciwnego zdania było natomiast 20 proc. badanych - 13 proc. odpowiedziało "raczej nie", a 7 proc. "zdecydowanie nie".
Tarcza paliwowa na dłużej?
W przewidywaniach, że rządowa interwencja na rynku paliw potrwa dłużej niż planowano, ekonomiści mBanku nie są odosobnieni. Także Ekonomiści Credit Agricole przewidują, że rząd może przedłużyć interwencję na rynku paliw nawet do lutego 2027 r. Swoją prognozę przedstawili w opublikowanym we wtorek tygodniku "MakroMapa".
"W naszym scenariuszu zakładamy, że rząd zdecyduje się utrzymać interwencję - być może w częściowo zmodyfikowanej formule do końca lutego 2027 r. Takie założenie oznacza, że uwolnienie cen paliw nastąpiłoby w marcu 2027 r. i z uwagi na silny wzrost cen paliw odnotowany w marcu 2026 r. (efekt wysokiej bazy) jego wpływ na roczną dynamikę cen w tej kategorii byłby początkowo relatywnie ograniczony. Innymi słowy, bezpośredni efekt uwolnienia cen zostałby w znacznym stopniu zamortyzowany przez efekt wysokiej bazy" - tłumaczą, jakie statystyczne korzyści przyniosłoby wydłużenie paliwowej tarczy właśnie w takim okresie.
















