Za zakazem, czy jak wolą inni - ograniczeniem zadawania prac domowych - stoi obietnica Donalda Tuska złożona na wiecu wyborczym we Włocławku. Wtedy to uczeń Maciek publicznie zaapelował o ich zniesienie. Argumentował, że prace domowe naruszają prawa dziecka.
Przyszły premier złożył uczniowi obietnicę i słowa dotrzymał. - Słuszne były argumenty Maćka, ale niesłuszna była pośpieszna obietnica premiera, która w tysiącach szkół podstawowych doprowadziła do zmian niekonsultowanych ze środowiskiem nauczycielskim - wskazuje w rozmowie z Interią Biznes ekspertka edukacyjna, współzałożycielka Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO), Fundacji Szkoła z Klasą i sieci SOS dla Edukacji Alicja Pacewicz.
Szkoła bez prac domowych. Wady i zalety
Od 1 kwietnia 2024 r. uczniowie publicznych szkół podstawowych nie muszą traktować prac domowych jako obowiązkowych. Zgodnie z rozporządzeniem resortu edukacji, nauczyciele klas I-III mogą jedynie zadawać ćwiczenia usprawniające motorykę małą, wpływające na sprawność ruchową dłoni, palców i nadgarstków. Przykładem może być lepienie z plasteliny czy kolorowanie.
ZOBACZ TEŻ: Coraz mniej chętnych do pracy w przedszkolach. Problemem są nie tylko pensje, otwiera się w nowym oknie
W klasach IV-VIII nauczycielka może zadać prace domowe, ale ich odrobienie nie jest obowiązkowe i nie można stawiać za nie stopni. Szkoła może natomiast w statucie przewidzieć podwyższenie oceny rocznej osobom, które wykonują nieobowiązkowe zadania w domu.
Zgodnie z argumentacją Ministerstwa Edukacji Narodowej (MEN) dotyczącą zakazu zadawania prac domowych, nauka powinna odbywać się podczas lekcji, w szkole. Po zakończeniu zajęć dziecko ma mieć czas na odpoczynek, życie rodzinne i własne zainteresowania.
Eksperci wskazywali na przeciążenie nadmiarem zadań domowych. Według danych z międzynarodowego badania PISA 2022 polscy piętnastolatkowie poświęcali na prace domowe średnio ok. 1,7 godziny dziennie wobec ok. 1,5 godziny w krajach OECD (niemal co piąty deklarował ponad 3 godziny dziennie). Badanie dotyczy piętnastolatków, czyli uczniów klas I szkół ponadpodstawowych, nie mówi nic o obciążeniu w podstawówce, której dotyczy rozporządzenie resortu oświaty.
Nauczyciele i eksperci wskazują jednak na edukacyjny i wychowawczy sens odrabiania lekcji. - To jest forma samoedukacji i nauki systematyczności. Nie chodzi o ślęczenie w domu nad zadaniami ze wszystkich przedmiotów, ale o wyrobienie sobie nawyku zaglądania do książek i notatek z lekcji. Niech to na przykład będą trzy krótkie zadania czy ćwiczenia, z których uczeń sam wybiera jedno - podpowiada Alicja Pacewicz.
Przyznaje, że istnieją zadania sensowne i bezsensowne. - Liczy się nie ilość, ale jakość. Potwierdzono w badaniach, że liczba ćwiczeń z matematyki nie wpływa na wyniki. Jedno mądre i ciekawe zadanie może być lepsze niż 10 sztampowych - wskazuje.
Nauczyciele za ograniczeniem prac domowych, ale nie takim
Gdy rozporządzenie miało wejść w życie, sieć SOS dla Edukacji przeprowadziła sondę, w której wzięło udział 4,5 tysiąca osób, w tym 1436 nauczycielek i nauczycieli. W opinii zdecydowanej większości (82 proc. nauczycieli), prace domowe są potrzebne, choć ponad połowa opowiedziała się za ich ograniczeniem. - Uczący chcieli też móc o tym decydować samodzielnie. Naszym zdaniem, o sposobie zadawania prac i ich liczbie powinna decydować w każdej szkole rada pedagogiczna, po konsultacjach z uczniami i rodzicami, a nie władza centralna, która może wskazać kierunek i opracować rekomendacje - mówi koordynatorka SOS dla Edukacji.
Uczący narzekają przede wszystkim na brak motywacji u dzieci. Obawy te wyraziło 68 proc. nauczycieli badanych przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE-PIB) - instytut badawczy podległy MEN. - To prawda. Brak prac domowych bardzo rozleniwił dzieci. Mają poczucie, że niczego nie muszą robić. Nie mają żadnego obowiązku, nawet zrobienia notatki z lekcji. Są otępiałe i znudzone - skarży się nauczycielka angielskiego w jednej z podwarszawskich szkół.
ZOBACZ TEŻ: Zarobki to wierzchołek góry lodowej. System edukacji trzęsie się w posadach, otwiera się w nowym oknie
Uczniowie o braku prac. Wskazują na klasówki
Na obowiązującą od 2024 roku zmianę reagowali też uczniowie. - Największym skutkiem ograniczenia prac domowych jest ogromna liczba klasówek, kartkówek i sprawdzianów. Zdarza się, że jest ich w ciągu tygodnia nawet kilkanaście - wskazuje Paweł Mrozek, założyciel i przewodniczący Akcji Uczniowskiej, największej w Polsce organizacji pozarządowej broniącej praw uczniów. Wyraża jednak zrozumienie, że przez rezygnację z prac, brakuje ocen. - Muszą mieć z czego wystawiać końcowe oceny - zwraca uwagę rozmówca.
Podkreśla, że prac domowych było zdecydowanie za dużo. Miały jednak swoje dobre strony. - Na ich odrobienie uczeń miał nieograniczony czas. Klasówki zaś pisane są pod presją - argumentuje założyciel Akcji Uczniowskiej. Sugeruje, że najlepszym wyjściem jest partnerska umowa między nauczycielem a klasą i ustalenie, w jaki sposób będą oceniani uczniowie. - Nie jesteśmy płatkami śniegu, nie unikniemy bezstresowych sytuacji. Dobrze jednak, aby szkoła była szkołą życia, nie nauki. Więcej praktyki, mniej teorii - apeluje Paweł Mrozek.
Zmiany w rozporządzeniu. Inne od oczekiwanych
Od tego roku szkolnego zadanie pracy domowej nakłada na nauczyciela dodatkowe obowiązki. Zgodnie z sierpniową decyzją MEN, musi on sprawdzić wszystkie odrobione prace i przekazać uczniowi informację zwrotną - ustną lub pisemną. - Proszę sobie wyobrazić klasę liczącą 25 uczniów. Sprawdzenie i ocenienie wszystkich prac zajęłoby co najmniej połowę lekcji, czyli uniemożliwiłoby prowadzenia zajęć - uzasadnia Interii Biznes nauczycielka angielskiego w szkole podstawowej. - Dlatego uczący języków w szkole wspólnie zdecydowaliśmy, że nie będziemy nic zadawać, nie mamy jak - informuje.
Wprawdzie - podpowiada Interii ekspertka - uczący nie musi odpowiadać wszystkim dzieciom jednego dnia, ale ma nowy obowiązek. - Nauczyciele są niezadowoleni. To są nowe godziny pracy i trochę nie wiadomo, co z ich dużego wysiłku wyniknie. Jest to też kolejna decyzja podjęta bez konsultacji. Liczyliśmy na inną, bo jeśli zależy nam na rozsądnym i kompromisowym rozwiązaniu, to trzeba je znaleźć w rozmowie ze wszystkimi zainteresowanymi i zostawić więcej autonomii szkole - wskazuje Alicja Pacewicz. Przytacza też wypowiedź jednego z dyrektorów: "Zrobiono to na zasadzie: chcieliście więcej prac domowych, no to macie".
Wiosną do MEN trafił projekt ekspercki dotyczący prac domowych, ale ani Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), który koordynował prace, ani MEN nie opublikowały tekstu. W wakacje pojawiła się nowa, nieznacznie zmodyfikowana wersja starego rozporządzenia. - I tak po pospiesznej obietnicy premiera sprzed 3 lat, mamy już drugą zmianę, z której środowisko nauczycielskie nie jest zadowolone, podobnie jak część rodziców - podkreśla współzałożycielka CEO. Nauczyciele znowu mają poczucie, że tę decyzję podjęto poza nimi. - Myślę, że temat będzie wracał, zwłaszcza że problem istnieje przecież także w szkołach ponadpodstawowych - prognozuje Alicja Pacewicz.










