W skrócie
- - Jesteśmy na początku czegoś wielkiego - słyszymy od Tomasza Palacza, prezesa Liftero, spółki z sektora kosmicznego, który ocenia że będzie on jednym z głównych obszarów zainteresowań inwestorów.
- Firma zajmująca się napędami satelitarnymi szykuje się do debiutu giełdowego i chce podbić rynek amerykański.
- Liftero planuje dalszy rozwój, podwojenie zatrudnienia do końca roku oraz pozyskanie kilkunastu milionów złotych poprzez emisję akcji na NewConnect.
- - O sukcesach polskich firm na globalnej arenie będziemy słyszeć coraz częściej - przekonuje nasz rozmówca.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Paulina Błaziak, Interia Biznes: Misja kosmiczna Ignis, jak mówił sam Sławosz Uznański-Wiśniewski, miała widoczny wpływ na edukację, naukę i technologię. A na biznes?
Tomasz Palacz, prezes i współzałożyciel Liftero: - Na pewno udało się zainspirować wykwalifikowanych pracowników, inżynierów i uświadomić im, że sektor kosmiczny w Polsce istnieje i prężnie się rozwija. Przekaz do zagranicznych partnerów czy agencji kosmicznych był jasny - Polska zaczyna się liczyć w tym sektorze. Bezpośrednio misja przyczyniła się do zwiększenia dojrzałości technologicznej spółek, firm i uczelni, które przygotowały 13 polskich eksperymentów wykonywanych na ISS (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna).
Na polskiej giełdzie mamy dopiero dwie spółki kosmiczne. W Polsce mamy na tyle niedojrzały sektor, że tylko im udało się wybić?
- Wszystko zależy od kryterium sukcesu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie polskich firm w duże, międzynarodowe programy i projekty, gdzie znajdują się polskie technologie zaszyte w konkretnych produktach, to myślę, że bylibyśmy wiele razy zaskoczeni, jak daleko w kosmosie już dotarliśmy. To jest pierwiastek naukowy, gdzie rolę wiodącą pełnią jednostki badawcze i instytuty, ale jest w tym również udział polskich firm.
- Sukces mierzony liczbą klientów, wielkością przychodów czy adresowalnym rynkiem jest właśnie wykuwany. Jesteśmy w punkcie przyspieszenia, w którym sektor zaczyna wchodzić na całkowicie nowy poziom rozwoju. Jesteśmy członkiem ESA (Europejska Agencja Kosmiczna - red.) dopiero od niecałych 15 lat, większość naszych firm, w tym Liftero, jest jeszcze młodsza, a z kolei misje kosmiczne planowane są długoterminowo, jednak o polskim sektorze jest coraz głośniej, nie tylko w Polsce. Mimo, że mamy ogromne przyspieszenie na rynku, to wciąż jest to bardzo trudny kawałek zarówno biznesu, jak i technologii. Ale z ziarna, które zostało zasiane, teraz zaczynamy zbierać żniwa i myślę, że o sukcesach polskich firm na globalnej arenie będziemy słyszeć coraz częściej.
Liftero też przyspiesza.
- Udało się osiągnąć wiele kamieni milowych i sukcesów komercyjnych, ale wciąż jesteśmy na wczesnym stadium rozwoju. Mamy sprawdzony pierwszy produkt w kosmosie podczas misji demonstracyjnej, czyli zdobyliśmy już kluczowy w branży flight heritage, a także podpisaliśmy pierwsze kontrakty, skutecznie przekonując klientów z rynku globalnego. Nasz portfel wystawionych w odpowiedzi na zapytania ofert wzrósł o kilkaset procent od momentu weryfikacji naszego produktu w kosmosie, więc faktycznie przyspieszamy. Natomiast nasze ambicje sięgają znacznie wyżej.
To znaczy?
- Aspirujemy do szerokiej globalnej rozpoznawalności jako dostawca napędów kosmicznych. Na arenie europejskiej chcemy zostać liderem, w szczególności w obrębie naszej obecnej technologii, czyli napędów chemicznych wykorzystujących nietoksyczne paliwo i to jest cel na najbliższe 1,5 roku-2 lata. Wierzymy, że wejście na ścieżkę giełdową, pozyskanie finansowania i pójście w ślady dojrzalszych firm jest bardzo dobrym wyborem.

Co ma być więc tym czynnikiem sukcesu?
- To nastawienie na biznes i na konkurencję globalną, a więc coś, czego powinno być więcej w sektorze kosmicznym w Polsce. Nie warto być zamkniętym wyłącznie na lokalne czy europejskie podwórko i kontrakty z ESA, bo widzimy, że dla dostawców podsystemów takich jak my, czyli napędów satelitarnych, motorem rozwoju w ostatnich latach jest sektor komercyjny. To nie oznacza braku współpracy z odbiorcą instytucjonalnym, rządowym czy wojskowym, ale ścieżka ta najszybciej weryfikuje potencjał technologii i produktu, pomagając zaistnieć w coraz większych konstelacjach lub programach kosmicznych.
- Od naszego pierwszego testu w laboratorium w przysłowiowym garażu do misji demonstracyjnej na pokładzie rakiety SpaceX minęło 15 miesięcy. Wiedzieliśmy, że musimy działać szybko i że podejmujemy się bardzo wysokiego ryzyka. Odważyliśmy się od razu wyjść do klientów globalnych i wprowadzać na rynek bardzo konkretne produkty, które chcemy szybko materializować na przychody ze sprzedaży, zamiast ugrzęznąć na ciągłym etapie badań i rozwoju, pozostając w niskich poziomach gotowości technologicznej.
Trudno dziś mówić o kosmosie bez obronności. Od początku towarzyszyło państwu przekonanie o zasadności produktów dual-use, które potencjalnie może wykorzystać wojsko?
- Nasze technologie wprost podpadają pod eksportowe regulacje dual-use. Jesteśmy w dyskusjach z potencjalnymi klientami, którzy, choć wprost nam tego nie mówią, mocno stawiają na kwestie obronne i w tym aspekcie adresujemy rynek amerykański. Mamy dość oryginalny pomysł, jak ten rynek podejść, bo trzeba mieć świadomość tego, że większość amerykańskiego budżetu jest związana z szeroko pojętym bezpieczeństwem narodowym. A więc jeżeli chcemy adresować ten rynek, musimy się dostosować. I choć nigdy nie będziemy bezpośrednio dostawcą dla rządu w USA, bo stawia się tam na lokalne firmy, możemy być częścią ich łańcucha dostaw. Pracujemy więc nad tym, aby nasz produkt spełniał te najbardziej wyśrubowane wymagania dla gotowości do misji związanych z bezpieczeństwem.
A rynek lokalny?
- Europa i Polska dopiero zaczynają śmielej myśleć o wykorzystaniu kosmosu jako domeny operacyjnej. Oczywiście, mamy nadzieję, że również i tutaj będziemy w stanie mocniej działać, ale priorytety rozwoju sektora oraz budżet krajowy czy europejski są inaczej definiowane niż w USA. Nie dopuszczamy możliwości, żeby przymykać oko na tak duży kawałek tortu, stąd też nasz nasza pogoń w tym kierunku. To nie oznacza, że to nasza jedyna strategia, potrzeby rynku w Europie i Polsce będą mocno rosły i zamierzamy ten popyt obsłużyć, będąc już sprawdzonym globalnie dostawcą napędów satelitarnych.

Skorzystali już państwo z pieniędzy wpłaconych przez Polskę do ESA w ramach krajowej składki?
- Tak. W 2019 roku, jako bardzo młoda firma, nawiązaliśmy kontakt z ESA i rok później udało się zrealizować pierwszy kontrakt. W tym roku zamierzamy sfinalizować dwa z bieżących kontraktów, w ramach których rozwijamy własną technologię. To jest dla nas kluczowe, bo pomaga nam kwalifikować nasz produkt zgodnie z europejskimi standardami ECSS, a co za tym idzie, ESA będzie rozważać zastosowanie naszego produktu w swoich przyszłych misjach. Przejście przez rygorystyczne oczekiwania ESA to także znak jakości w oczach zagranicznych kontrahentów, że technologia została bardzo dobrze przetestowana.
- Zwiększona składka do ESA to jest jedna z najlepszych rzeczy, która spotkała polski sektor kosmiczny w ostatnich paru latach. Z poziomu płatnika na poziomie ok. 100 mln EUR wpłacanych na trzyletnie budżety przeszliśmy najpierw do kwoty 496 mln EUR na lata 2023-2025, a obecnie do zadeklarowanych parę miesięcy temu w Bremie 731 mln EUR na lata 2026-2028. Programy opcjonalne stanowią 546 mln EUR z tej kwoty, a to właśnie z nich największa część powraca do polskich firm w postaci kontraktów od ESA. Jako Liftero na pewno będziemy o nie wnioskować.
Może więc warto postawić też na współpracę z większymi polskimi spółkami?
- Tam, gdzie widzimy potencjał współpracy, to ją rozważamy i prowadzimy takie rozmowy. Preferencja lokalna jest zawsze, natomiast trzeba mieć świadomość, że o ile Polska ma wpływ na to, w jakich zdefiniowanych programach pieniądze z ESA zostaną ulokowane, to jednak konkurujemy na całym europejskim rynku. Musimy więc o partnerstwach myśleć szeroko, aby jak najwięcej tych środków uzyskać, nie tylko z puli krajowej. Polska nie jest więc w stanie zamykać się wyłącznie na siebie.
Określenie Liftero jako "kosmiczni kurierzy", jakie jest obecne w przestrzeni publicznej, nie jest ograniczające?
- Ono się zdezaktualizowało. Pochodzi z naszego pierwotnego pomysłu na komercjalizację naszej technologii napędowej. Chcieliśmy stworzyć, mówiąc w uproszczeniu, "kosmiczną taksówkę", która będzie rozwozić satelity, rozwiązując problem przemieszczania się w kosmosie. Oceniliśmy jednak, że biznes oparty o produkcję napędu jako podsystemu satelitarnego jest zdecydowanie lepszym kierunkiem, co potwierdza zawarty w marcu br. kontrakt na dostarczenie ponad 10 naszych silników dla OrbitAID z Indii. Firma zamierza wykorzystać je w misji kosmicznej planowanej jeszcze na 2026 rok.
Liftero zmienia sposób wynoszenia i operowania satelitami?
- Nie zmieniamy dotychczasowego modelu, raczej się w niego wpisujemy. Zmieniają się priorytety i kwestie, którymi kierują się klienci, na co największy wpływ miał drastyczny spadek kosztów wynoszenia satelitów. Dotychczas stosowano napędy elektryczne i chemiczne, gdzie w tych drugich używano tzw. toksycznych paliw, np. hydrazyny, nienadającej się do wynoszenia zyskujących popularność małych satelitów ze względu na jej koszt i logistyczną złożoność procesu tankowania.
- Napęd elektryczny cechuje wysoka efektywność zużycia paliwa, co oznacza niski koszt, ale ma on małą siłę ciągu, więc ich uruchomienie czy manewry wykonywane przez te satelity zajmują bardzo dużo czasu. A zdolności szybkiego przemieszczania się na orbitach, także w sektorze obronnym, są dzisiaj kluczowe. Odpowiedzią są więc napędy chemiczne oparte o nietoksyczne materiały (podtlenek azotu i etan). I tu wchodzimy z naszym produktem BOOSTER. To dość odważne stwierdzenie, ale w naszej klasie produktów do małych satelitów przetestowaliśmy i oferujemy najbardziej wydajny napęd chemiczny, który wykorzystując ekologiczne materiały pędne łączy wysoki ciąg z niskim zapotrzebowaniem na energię, dając swobodę operacyjną użytkownikowi. A samo wyniesienie satelitów staje się coraz tańsze, więc cena napędu w postaci ok. 5-15 proc. kosztów całego satelity pozwalająca uzyskać większą mobilność w kosmosie, staje się szeroko akceptowalna. Praktycznie wszystkie budowane obecnie małe satelity, czyli segment w który celujemy, będą wyposażone w napędy satelitarne.

Co, oprócz pieniędzy, ma dać Liftero wejście na giełdę?
- Mamy dwa bardzo udane przykłady sukcesów polskich spółek kosmicznych na giełdzie, które przetarły tę ścieżkę, więc ryzyko bycia pionierem i bycia niezrozumianym przez rynek zostało zmniejszone. Poza dostępem do kapitału kluczowa jest dla nas też reputacja i rozpoznawalność organizacji. W reżimie giełdowym są konkretne wymagania narzucone na spółkę i musimy się do tego przystosować, co już ma wpływ na rozmowy z naszymi partnerami czy klientami. Liczymy więc też na lepszą pozycję negocjacyjną. Dobrze prosperujące spółki giełdowe mogą też łatwiej przyciągać pracowników, zwłaszcza gdy wdrożony zostanie program motywacyjny.
Widać już zainteresowanie wśród inwestorów instytucjonalnych, funduszy?
- Gdy zapowiedzieliśmy plany giełdowe, to zaczęli się do nas zgłaszać ich przedstawiciele, więc rozmawiamy z nimi o spółce, rynku napędów satelitarnych i jego perspektywach. Jest intensywnie i mam nadzieję, że sprostamy oczekiwaniom. Cały czas trwa etap poznawania rynku, ale gdy zdecydujemy się na przeprowadzenie oferty publicznej, to wierzę, że uda nam się przekonać do spółki szerokie grono inwestorów.
Na kiedy więc planowane jest IPO?
- Chcielibyśmy zadebiutować na NewConnect przed wakacjami, więc odpowiednio wcześniej musielibyśmy przeprowadzić emisję w oparciu o memorandum. Aktualnie jesteśmy na ostatniej prostej przekształcenia się w spółkę akcyjną.
Jak duża może być potencjalna oferta?
- Nasze potrzeby szacujemy na kilkanaście milionów złotych. Jesteśmy w momencie, w którym rozpoczynamy komercjalizowanie naszego głównego produktu, więc kluczowe jest szybkie skalowanie organizacji i zwiększanie mocy produkcyjnych celem obsługi rosnącej liczby kontraktów. Czeka też nas na pewno kontynuacja działań badawczo-rozwojowych, bo to jest nieunikniona część rywalizacji w sektorze kosmicznym.
Planowane jest zwiększenie zatrudnienia?
- Zakładamy do końca roku podwojenie liczby pracowników, w tym momencie jest to około 20-25 osób. Potrzebujemy specjalistów od elektroniki, mechaniki, symulacji, termiki, programistów. Od początku istnienia firmy udało nam się wyszkolić zespół, który nie miał wcześniej doświadczenia stricte napędowego, rakietowego, ale przyniósł doświadczenie z innych pobliskich dziedzin i branż. Jestem przekonany, że pozyskując dalej ekspertów z różnych obszarów będziemy w stanie dość szybko wprowadzać ich na odpowiednie tory i dawać dodatkową wiedzę.
- Polska coraz lepiej stoi również z wykwalifikowaną kadrą kosmiczną w związku ze wzrostem sektora. Nie zamykamy się też na pracowników z zagranicy.

Dlaczego inwestorzy mają interesować się kosmosem?
- Uważam, że kosmos będzie jednym z wiodących trendów w tym stuleciu. Jesteśmy na początku czegoś wielkiego. To, co obecnie mamy, to dopiero zalążek większej gospodarki. A infrastruktura satelitarna, do której budowy się przyczyniamy, jest z kolei fundamentem tego wzrostu. Wierzymy więc, że na polskiej giełdzie będziemy z jednym z graczy z najlepszym pomysłem na wykorzystanie tych sprzyjających warunków.
- Napęd satelitarny to elementarny podsystem każdego satelity i służy mu do wydłużania życia, dotarcia na orbitę docelową, unikania kolizji, czy deorbitacji. Podyktowane jest to zarówno czynnikami biznesowymi, regulacyjnymi oraz bezpieczeństwa. Rynek zbytu jest tu ogromny - dziś operacyjnych satelitów na orbicie jest kilkanaście tysięcy, a w ciągu 5 lat wg Goldman Sachs Research ma ich przybyć 70 tysięcy i nie jest to wcale jedna z najodważniejszych prognoz dostępnych na rynku. Wykluczając megakonstelacje, które rozwiązują kwestię napędów wewnętrznie, pozostaje dla nas kilkanaście tysięcy adresowalnych satelitów, do których możemy dostarczyć napęd w najbliższych latach.
Rozmawiała Paulina Błaziak















