Reklama

Ostateczny test na mocarstwo

Chiny stoją przed wielkim kryzysem. I to, jak sobie z nim poradzą, przesądzi o tym, czy zostaną prawdziwym globalnym graczem. Z Piotrem Kuczyńskim rozmawia Rafał Woś.

Rafał Woś: - Co pan czyta pomiędzy jednym a drugim zerknięciem na terminal z giełdowymi notowaniami?

Reklama

Piotr Kuczyński: - Obecnie trudno jest czytać cokolwiek wymagającego większego skupienia uwagi.

- Dlaczego?

- Bo ciągle coś przeszkadza. E-maile, internet, smartfony. Rozdygotanie totalne. Ostatnio wpadła mi nawet dobra książka na ten temat. "Płytki umysł" Nicholasa Carra.

- Znam. Jej podtytuł to "Jak internet wpływa na nasz mózg".

- Raczej jak nas ogłupia. Widzę to po sobie. Niestety. W internecie w ogóle nie mogę czytać dłuższych tekstów, a nawet bardziej rozbudowanych artykułów. Nie mówiąc o książkach. To straszne. Współczuję pańskiemu pokoleniu, które będzie się musiało borykać ze społecznymi konsekwencjami tego procesu. Na szczęście czasem mi się udaje uciec. I wtedy czytam.

- Co ostatnio?

- O Chinach.

- Dlaczego o Chinach?

- Za odpowiedź wystarczą chyba same tytuły. "Podbój świata po chińsku" albo "Chiny światowym hegemonem?".

- Trzeba się bać?

- No pewnie! Pierwsza z tych książek zaczyna się od pięknego cytatu z Deng Xiaopinga. Zacytuję z książki, ale muszę się tego nauczyć na pamięć i sam kiedyś tego użyć. "Spokojnie obserwować i analizować. Zabezpieczać swoją pozycję i ze spokojem stawiać czoła problemom. Trzymać w tajemnicy nasze możliwości i czekać na odpowiedni moment. A przy tym pamiętać, by nie rzucać się w oczy. Doprowadzać do końca wszelkie działania w spokojny sposób, nigdy nie forsując swojego zdania". I oni właśnie tak działają. Zarówno na poziomie państwa, jak i poszczególnych obywateli robiących interesy na całym świecie. Podobno sama chińska diaspora na całym świecie ma już dziś w swoim posiadaniu ponad bilion dolarów. W Indonezji jest tylko kilka procent Chińczyków, a wytwarzają jedną trzecią PKB tego kraju. Kazachstan nie mógłby się bez Chińczyków rozwijać, bo tam nie ma żadnej lokalnej produkcji. Zasiedlanie Syberii. Autorzy "Podboju świata..." zamieścili nawet taką mapkę, na której widać, jak daleko sięga już dziś chińska strefa interesów. Od Azji Środkowej przez Rosję, Afrykę, po Argentynę, Peru, Wenezuelę i Kubę. Tyle na razie.

- Zachodu jeszcze nie mają.

- A jest pan pewien? Pamiętam, jak jakiś czas temu chiński gigant petrochemiczny Sinopec chciał w USA przejąć kluczowe instalacje energetyczne. Ale w Kongresie podniósł się krzyk i transakcję zablokowano. Czytałem, że władze Sinopecu dostały potem od władz w Pekinie potężną burę. Właśnie za to, że dopuściły do tego, iż wokół sprawy zrobiło się głośno. Bo dla nich idealny interes jest wtedy, jak wszystko idzie po cichu i sprawnie. Tak, jak wtedy, gdy w 2010 r. kupili Volvo. Do tego dochodzi 3,5 bln dol. w rezerwach. I tak powoli, powoli, cichutko idą w zamierzonym przez siebie kierunku.

- A ma pan wrażenie, że Chińczycy wiedzą, czego chcą? Prócz oczywiście bogacenia się.

- Kilka lat temu wyszła po polsku gruba książka Jonathana Fenby'ego "Upadek i narodziny wielkiej potęgi". Jej autor przypomina, że Chiny nie są przypadkowym mocarstwem nuworyszem. One tylko przez ostatnich 150 lat nie były potęgą, bo zostały złamane przez europejskie mocarstwa kolonialne. Ale wcześniej przez 5 tys. lat państwo chińskie było politycznym i gospodarczym mocarstwem. Mają się więc do czego odwoływać.

- A czy z Chinami to nie jest tak, jak z Japonią w latach 70. i 80.? Wtedy też cały Zachód zastanawiał się, kiedy zostanie zdominowany przez nowego hegemona. Nadeszły lata 90. i Japończycy wpadli w stagnację, z której nie udało im się wyjść do dziś.

- To, że Chiny stoją jeszcze przed jakimś wielkim gospodarczym wstrząsem, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Może to być kryzys finansowy. Przecież w tej chwili inwestycje w Chinach opierają się na następującej zasadzie. Ktoś przychodzi do szefa banku i mówi, że potrzebuje ileś tam milionów. Dostaje te pieniądze i jeśli ma dobre kontakty w partii, bank mu ten kredyt umarza. W ten sposób rośnie góra złych kredytów, z której istnienia nikt sobie nie zdaje sprawy. Inna możliwość to fatalne skutki polityki jednego dziecka, która może postawić Chiny wobec niedoboru siły roboczej. Tak czy owak jakiś kryzys nadejdzie. I to będzie ich ostateczny egzamin na mocarstwo.

- Czy w obliczu tych wszystkich wyzwań zalecałby pan swoim klientom inwestowanie w Chinach?

- Oczywiście. A najlepiej jeszcze nauczyć się chińskiego. Mówię zupełnie poważnie. Dla mojego pokolenia jest już trochę za późno. Ale pańskie...

Piotr Kuczyński jest głównym analitykiem Domu Inwestycyjnego Xelion

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Kuczyński | Chiny | Rafał | tym | Rafał Woś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »