Reklama

Polacy leczą zaćmę w Czechach: Bez kolejek, płaci NFZ

Na otwarciu granic w leczeniu skorzystali głównie chorzy z problemami okulistycznymi. W ostatnich dziewięciu miesiącach do Czech wyjechało ponad 2,5 tys. osób. Umożliwiła im to dyrektywa transgraniczna wprowadzająca swobodne leczenie w wybranym kraju Unii.

Zasada działania jest prosta: dzięki nowym przepisom można wyjechać, a po powrocie przedstawić rachunek. Wówczas NFZ zwraca pieniądze, ale tylko tyle, ile za dane leczenie Fundusz zapłaciłby w kraju. W przypadku zaćmy to opłacalny interes: w Polsce zabieg ten kosztuje ok. 2,5 tys. zł. W Czechach kwota ta jest podobna. Bonusem jest brak kolejek. Czas oczekiwania w Polsce to nawet dwa lata.

Reklama

Z danych funduszu wynika, że do tej pory zapłacił za zabiegi usuwania zaćmy polskim pacjentom leczącym się w innych krajach 6,6 mln zł. To tylko jedna strona medalu. Nowe przepisy, które wprowadziła dyrektywa, nie są w pełni wykorzystane. Chorzy, którzy chcieliby poddać się za granicą bardziej skomplikowanym terapiom, mają na to nikłe szanse.

Na leczenie jednodniowe i w miarę tanie (do którego zalicza się również zaćma) pacjent może pojechać do wybranego kraju UE na własną rękę i nie musi pytać o zdanie urzędników. W przypadku bardziej kosztochłonnego i trudnego leczenia w innym kraju zgodę musi wyrazić NFZ. Powodem może być np. zbyt długi czas oczekiwania na dany zabieg w Polsce, który negatywnie wpływałby na stan zdrowia chorego.

Z doświadczenia pacjentów wynika, że trudno nawet złożyć wniosek do NFZ. - Lekarze niechętnie wypisują dokumenty dotyczące leczenia pacjentów w ramach dyrektywy transgranicznej - uważa Piotr Piotrowski z Fundacji 1 Czerwca. A gdy uda się namówić lekarza, NFZ zwykle odrzuca wniosek z powodów formalnych.

- Urzędnicy wyspecjalizowali się w wynajdowaniu błędów, dla których nie przyjmują dokumentów - uważa prawniczka Natalia Łojko. W przypadku jednej z jej klientek urzędnicy nie przyjęli dokumentów, najpierw zarzucając, że podpisał się pod nimi neurochirurg, a powinien radioterapeuta. Następnie uznali, że musi nie tylko podpisać, ale i wypełnić cały dokument etc. Trwa wymiana pism. Pacjentka z guzem mózgu czeka.

Jeden z rozmówców, którego córka urodziła się z wadą serca, wnioskował o przeprowadzenie operacji kardiochirurgicznej u półtorarocznej dziewczynki w Niemczech. Formularz odrzucono, bo nie wpisał daty operacji, którą wyznaczono w Polsce. - Ta data nie istnieje - tłumaczy. Lekarze przyznali, że jego córka powinna mieć operację. Jednak rodzice mieli się zgłosić, kiedy jej stan się pogorszy. Ta sama informacja widniała na wypisie ze szpitala. W Niemczech lekarze stwierdzili, że zabieg powinien być przeprowadzony jak najszybciej, bo ryzyko czekania jest większe niż niebezpieczeństwo wynikające z samej operacji.

Rodzice wzięli kredyt na ponad 30 tys. euro. Teraz walczą, by NFZ przynajmniej zwrócił im te pieniądze, które za leczenie córki zapłaciliby w Polsce - 30 tys. zł, czyli cztery razy mniej. - To już coś, bo kredyt mamy na 20 lat pod zastaw mieszkania - opowiada ojciec dziewczynki.

W sumie od listopada zeszłego roku, kiedy Polska (z ponad rocznym opóźnieniem) wprowadziła unijne przepisy, chorzy złożyli 2,7 tys. wniosków z prośbą o zwrot kosztów na kwotę 12,1 mln zł. Z tego wydano już 1,98 tys. pozytywnych decyzji o zwrocie pieniędzy. W 58 przypadkach odmówiono.

Z opublikowanego w zeszłym tygodniu sprawozdania Komisji Europejskiej w sprawie stosowania praw pacjentów w ramach dyrektywy wynika, że nie tylko Polska, lecz także inne państwa unijne są niechętne do otwierania granic w leczeniu. "Chociaż kilka państw członkowskich wdrożyło dyrektywę w pełni i stara się ułatwiać stosowanie praw pacjentów w transgranicznej opiece zdrowotnej, nadal istnieje szereg państw członkowskich, w których przeszkody dla pacjentów w systemie opieki zdrowotnej są znaczne, i które w części przypadków wydają się być wynikiem świadomej decyzji politycznej. [...] Istnieje szereg uciążliwych wymogów administracyjnych, które mogą zniechęcać pacjentów" - czytamy w sprawozdaniu.

Wyjątkami są Francja, Luksemburg i Finlandia. Dla przykładu w tym ostatnim kraju w 2014 r. wpłynęło 17,1 tys. wniosków o zwrot kosztów, we Francji 422 tys., a w Luksemburgu 117,9 tys. wniosków w tym samym okresie.

Klara Klinger

8 września 2015

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »