Reklama

Polska made in USA

Amerykanie narzucają swoje wybory całemu światu, a my ślepo wierzymy, że ten punkt widzenia jest zawsze najlepszy. Fascynuje nas american dream.

Chociaż od wybuchu zainteresowania amerykańską ligą zawodowej koszykówki NBA w Polsce minęło już ponad 20 lat, w wielu małych miejscowościach na ścianach budynków wiszą popękane, skorodowane kosze. Kiedyś popularne - każde polskie dziecko chciało być Michaelem Jordanem z Chicago Bulls - dzisiaj, bardziej niż o sportowych ambicjach i zdrowym stylu życia Polaków, świadczą o trwałości amerykańskich wzorców kulturowych kopiowanych przez nas chwilami bez opamiętania. Jak to się stało, że w ciągu 45 lat komunizmu niewiele idei daliśmy sobie bezwarunkowo wtłoczyć do głów, a po definitywnym podniesieniu żelaznej kurtyny łykamy wszystko, co przychodzi z Nowego Świata, niczym hodowlane gęsi paszę?

Reklama

W porównaniu z ZSRR, Ameryka - szczególnie do 1989 r. - jawiła się jako fundament wolności politycznej i osobistej, wolności myśli i słowa, stosunkowo równych szans, realnego przestrzegania prawa, dobrobytu i wszelkiej swobody. Nikt nie był tu prześladowany za to, co mówi, jak wygląda, co czyta i czego słucha. Nie było drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie wolny rynek idei kwitłby tak intensywnie. Każdy mógł czerpać z niego garściami, tworzyć interesujące go mozaiki, nie ograniczać się niczym poza prawem, które i tak było niezwykle liberalne. To wszystko działo się mimo zimnej wojny, w szczytowych okresach napięcia grożącej konfliktem nuklearnym mogącym cały świat zamienić w popiół.

Ameryka była wolna, ZSRR tymczasem gnębił nas w każdej dziedzinie życia. Przymusem, a czasem terrorem, narzucał określony katalog zachowań, a nawet sznyt poprawnego ideologicznie myślenia. Każdy, kto próbował żyć w zniewolonym kraju na swój własny sposób, nie mieszcząc się w schematach urawniłowki i nie w pełni angażując się w kolektywny sposób myślenia, wcześniej czy później mógł trafić do indeksu osób podejrzanych. Nigdy nie było wiadomo, czy kolega, sąsiadka, taksówkarz nie jest współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa i ordynarnie za pieniądze powtórzy to, co mówiliśmy.

Komunistyczna Polska ledwo co oddychała przygnieciona ciężarem czerwonego kolosa, Stany Zjednoczone rozwijały się w każdej możliwej dziedzinie. Z każdym rokiem, a nawet miesiącem dystans nie tylko między Polską i USA, lecz także między całym blokiem wschodnim i Ameryką rósł w stopniu niemożliwym do opanowania. W ZSRR wszystko stało na głowie, w USA miało określone proporcje, ramy i rozsądek. To i tak bardzo dziwne, że absurdalny radziecki system zniewolenia i odczłowieczenia tak długo opierał się konfrontacji z coraz bardziej potężnym Waszyngtonem.

Z miłości do Ronalda

Polska fascynacja Ameryką, która na dobre rozpoczęła się w latach 70., była istotnym elementem kontestacji narzuconego nam siłą systemu polityczno-gospodarczego. O ile podziemna polska inteligencja dość często wierzyła w siłę jednoczącej się Europy Zachodniej i w niej widziała przynajmniej ograniczone, intelektualne wybawienie dla trzymanej pod radzieckim butem Polski, o tyle szerokie masy społeczeństwa, szczególnie gorzej wykształconego albo jeszcze uczącego się, ulegały bardziej wzorcom lub mitom amerykańskim. W wielbiących Amerykę głęboko zakorzenione było przeświadczenie o tym, że na miękką Europę nie ma co liczyć i że z czerwonej opresji w ten sposób się nie wyrwiemy. Europa bowiem zdradziła Polskę - i to dwukrotnie. Najpierw w 1939 r., kiedy i Francja, i Anglia odmówiły czynnego zrealizowania gwarancji nam udzielonych i do wojny z Niemcami dołączyły się jedynie teatralnym gestem. Potem w czasie konferencji pokojowych, szczególnie pamiętnej w Jałcie, gdzie ostatecznie wydano 45-letni wyrok na polską niezależną państwowość.

Amerykanie tymczasem jawili nam się jako uczciwi Jankesi, gwaranci wolności, nieuzurpujący sobie prawa do narzucania innym swojej woli w sposób bezapelacyjny (czym innym jest dzisiejsze postrzeganie USA w Polsce i na świecie). Dlatego do nich lgnęliśmy, uciekając od radzieckiej przaśności, nieudacznictwa i pijanych wielkomocarstwowych wizji świata podbitego przez ogorzałą Armię Czerwoną.

Kiedy w latach 70. Edward Gierek uchylił szlabany na granicach i otrzymanie paszportu razem z wizą do USA nie było zarezerwowane jedynie dla reżimowych klakierów (choć wciąż o wyjazd było bardzo trudno), wielu Polaków zaczęło myśleć o emigracji. Wielu plany te doprowadziło do końca. Jeszcze w drugiej połowie lat 80., kiedy w Polsce pojawiła się już nadzieja na zmiany społeczno-polityczne, setki Polaków, szczególnie młodych, decydowały się na rozpoczynanie życia w USA. Ich motywacja nie była jedynie polityczna. Większe znaczenie miało to, że w najpotężniejszym kraju świata dzięki nauce i pracy osiągną to, o czym nad Wisłą nie mogli nawet marzyć. Dziś wielu z nich funkcjonuje za oceanem wygodnie i w takiej zamożności, której w Polsce prawdopodobnie nie osiągnęliby nigdy.

- Nasz romans ze Stanami Zjednoczonymi na dobre rozpoczął się w epoce prezydenta Ronalda Reagana. Zaufaliśmy nie tylko jego aktorskiemu czarowi, był dla nas przede wszystkim gwarancją skutecznej i bezkompromisowej walki z ZSRR. Jego zasady działania były oparte na konserwatywnych fundamentach i stałych, przewidywalnych punktach odniesienia. Przez to dawał nam oparcie w naszych osobistych potyczkach światopoglądowych - ocenia dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Jednak poza powierzchowną fascynacją antykomunistycznym liderem poziom naszej wiedzy na temat kraju, szczegółowych zasad jego funkcjonowania i tego, jak w rzeczywistości się w nim żyje, był niewielki i oparty raczej na luźnych wyobrażeniach niż na prawdzie. W dużym stopniu jest tak do dziś.

Polskie kalki

Co współcześnie definiuje amerykański sposób życia, na który wciąż, mimo niewyobrażalnych w latach 70. i 80. zmian w Polsce, wielu z nas jest bezrefleksyjnie zapatrzonych? Kilka podstawowych wartości, bez których nie obszedłby się żaden Amerykanin, a które i dla nas wydają się być najbardziej znaczące. Kluczowe z nich to indywidualizm, obyczajowa wolność, niezbyt nabożny stosunek do powszechnie uznawanych autorytetów i próba negacji ich zasług, konsumpcjonizm, relatywizm wartości i życie według własnych, niechętnie ograniczanych zasad czy wreszcie szalona konkurencja w firmach - wyścig szczurów.

Wspomniany indywidualizm w wielu amerykańskich kręgach jest wartością podstawową. Od dzieciństwa Amerykanie interesują się głównie realizacją własnych potrzeb, zaspokajaniem jednostkowych zachcianek. Przez to nie identyfikują się zbyt mocno z grupą, choć do różnych grup lubią należeć. Jeśli się na kimś opierają, jest to najczęściej najbliższa rodzina. Łatwo przychodzi im zmienianie miejsca pracy czy zamieszkania, o ile w nowym położeniu będzie im lepiej. Takim egocentrycznym zachowaniom sprzyja amerykańska kultura. Amerykanin jest ze wszystkich stron zachęcany, by stawać na wysokości zadania, by zawsze bez względu na koszt dawać z siebie wszystko. Dlatego od chwili, gdy zaczyna świadomie uczestniczyć w życiu społecznym, nabiera przeświadczenia, że zapewnienie ogólnego dobrobytu w jego kraju jest możliwe w optymalnym stopniu jedynie wtedy, gdy on sam i każdy inny obywatel Stanów Zjednoczonych zrealizuje przede wszystkim własne potrzeby.

Podobny indywidualizm widzimy dzisiaj w Polsce. Polacy nie są zdolni do masowych działań (chyba że uzewnętrzniających różnego rodzaju traumy - związaną na przykład ze śmiercią Jana Pawła II czy z katastrofą smoleńską), poświęcają się za to bez reszty działaniom jednostkowym, prowadzonym zawsze na własny rachunek. Z badań społecznych wynika, że jedynie co dziesiąty z nas interesuje się inicjatywami, w które można zaangażować się masowo, za to dla niemal 90 proc. istotne jest podejmowanie aktywności, które zapewnią powodzenie jedynie nam oraz naszym najbliższym. Z zespołowymi działaniami w szkole i w pracy również miewamy kłopoty. Najczęściej dlatego że wolimy, by nasze osiągnięcia były przypisywane tylko nam - naszemu talentowi i aktywności - i by do naszych działań nie stosowało się powiedzenie "sukces ma wielu ojców".

Prawa gejów do zawierania małżeństw? W porządku. Prawo do eutanazji? Niech decyduje pacjent. Prawo do aborcji? Z pewnymi ograniczeniami dopuszczalne. Rozwód na życzenie i od ręki? Żaden problem. Seks to tylko seks, nie musi łączyć się miłością? Oczywiście, niech dowolnie decydują partnerzy. Dziecko, nawet jeśli skrajnie niegrzeczne, nie może być karcone klapsem? Oczywiście, ma swoją godność, nawet jeśli nic do niego nie dociera. Dzisiaj Amerykanie są niezwykle liberalnym społeczeństwem stawiającym w centrum uwagi obyczajową wolność, bez niemal żadnych ograniczeń. Polacy podobnie. W ostatnich 10 latach spada liczba zawieranych małżeństw, a rośnie liczba rozwodów. Miliony Polaków żyją w nieformalnych związkach, ponieważ uznają, że to dla nich korzystniejsze, także ze względu na szybkość i sprawność ewentualnego rozstania. Brak formalnych więzów jest naszym zdaniem wyrazem nowoczesności, nadążania za "cywilizowanym" światem, zrywania z tępym polskim ciemnogrodem i obyczajowym obciachem. Coraz bardziej uwiera nas również kompromis aborcyjny, na bazie którego przerywanie ciąży w Polsce jest dozwolone jedynie w kilku jasno określonych przypadkach. Wielu z nas kwestionuje jego sens, ponieważ ma on podważać wolny wybór kobiety co do świadomego macierzyństwa, a w relacji kobieta - poczęte, nienarodzone dziecko tylko tej pierwszej osobie przyznajemy ludzką podmiotowość. Legalizacja związków homoseksualnych również stała się w ostatnich miesiącach tematem wiodącym, spychającym na mniej eksponowane pozycje takie problemy społeczne, jak bezrobocie, niewydolność służby zdrowia, kulejąca reforma edukacji czy podwyżki cen podstawowych artykułów oraz radykalne ograniczenie dostępności kredytów i innych form finansowania zakupu mieszkania. Eliminuje to w praktyce możliwość stworzenia elementarnych warunków bezpieczeństwa dla rodziny, szczególnie młodej, ale o tym problemie wolimy nie pamiętać, bo mamy inne - bardziej "amerykańskie".

Podobnie jak Amerykanie nie jesteśmy przesadnie przywiązani do autorytetów. Dla nich nie mają znaczenia ani wiek, ani doświadczenie czy osiągnięcia osób, które teoretycznie mogłyby dla nich stanowić przykład. Dla nas jedyny autorytet, jaki podajemy w badaniach społecznych, to Jan Paweł II, ale deklaracje uznania dla jego postawy i poglądów a opieranie życia na jego radach to dwie zupełnie różne sprawy.

Polityków coraz częściej nienawidzimy, nawet tych, dzięki którym w jakimś stopniu możemy cieszyć się polityczno-ekonomiczną wolnością. Co innego, że jako grupa powodów do innych uczuć raczej nam nie dają. Kościół też jest dla nas coraz bardziej instytucją spiżową, odrealnioną, nieodpowiadającą na nasze potrzeby oraz problemy. Zatroskaną o własny, niestety głównie finansowy los (bardzo dobitnie widać to również w USA), której hierarchowie częściej od dawania drogowskazów, jak żyć, wpadają na drogowskazy uliczne po pijanemu albo szukają dowodów obrzezania u podwładnych.

Od Amerykanów ściągamy także usilną chęć bycia szczęśliwymi. W poczuciu spełnienia bijemy nasze polskie rekordy. Niemal 40 proc. z nas jest zadowolonych lub bardzo zadowolonych ze swojego życia, a jedynie co dziesiąty ma powody do narzekania. Tak wyśmienicie nie czuliśmy się jeszcze nigdy. Ta dbałość o pielęgnowanie warunków, w których pojawia się szczęście, zabieganie, by nasze życie biegło przewidywalnym, dobrze zaprojektowanym torem, są wyjątkowo amerykańske. Mieszkańcy Stanów bowiem wierzą, że każdy jest kowalem własnego losu, a za nasze niepowodzenia nie ponosi winy nikt inny niż my. Rola szczęścia czy przypadku jest ich zdaniem minimalna, każdy człowiek jest odpowiedzialny za własne dokonania, a tłumaczenie niepowodzeń okolicznościami jest żenujące. Nie są fatalistami, są za to wyjątkowo wytrwali w dochodzeniu do wyznaczonych celów. Są też przekonani, że jeżeli będzie się ciężko i uczciwie pracować, sukces musi nadejść. Mit kariery od pucybuta do milionera spełnia się dzięki takim postawom zdecydowanie częściej niż w innych krajach świata. I my też, czasem podpierając się nosem, walczymy każdego dnia przez siedem dni w tygodniu o lepsze warunki pracy, awans, podwyżkę. Co innego, czy mimo to wszystko to otrzymujemy.

Zza oceanu doskonale zaadaptowaliśmy również wszechogarniającą chęć posiadania i kult wartości materialnych. Bo to dla Amerykanów właśnie kluczowym kryterium rozwoju, awansu i sukcesu jest pieniądz. Dla Polaków dzisiaj to również najistotniejszy wyznacznik życiowej atrakcyjności. W Polsce można być profesorem, ale ważniejsza jest nie wiedza, nie liczba opublikowanych prac naukowych czy roczniki wykształconych studentów, ale to, że profesorowie doskonale zarabiają, wygłaszając wykłady na zachodnich uczelniach. Przez to stać ich na piękne domy, drogie samochody i egzotyczne wakacje. Sukces materialny to dla większości z nas dzisiaj kluczowe, a często jedyne kryterium społecznego powodzenia i atrakcyjności. Ktoś, kto jest mądry, ale niezamożny, nie liczy się. Głos i rację mają jedynie ludzie o pełnych portfelach.

Również w zakresie technologii oglądamy się na mieszkańców Nowego Jorku, Chicago czy Los Angeles. Z badania opublikowanego właśnie przez firmę Nielsen przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie 2 tys.Amerykanów korzystających ze smartfonów i tabletów wynika, że 85 proc. z nich zanim zatankuje samochód, poprzez specjalistyczne aplikacje sprawdza, gdzie w danej chwili paliwo jest najtańsze. Potem kupuje je właśnie w oparciu o tak pozyskaną informację. Według specjalistów z McCann Worldgroup ten trend zaczyna być obecny także w Polsce. Zresztą dotyczy nie tylko zakupu paliw. Smartfonów, podobnie jak Amerykanie, używamy do płacenia rachunków, rezerwowania biletów do teatru, słuchania muzyki, gier, poczty elektronicznej, przeglądania stron WWW, nawigacji samochodowej i wielu innych codziennych czynności.

- Amerykańskie wzorce działań wydają nam się dość proste, dlatego widzimy w nich tak dużo uroku - ocenia Eryk Mistewicz, ekspert marketingu politycznego. - Nie zawsze jednak to, co amerykańskie, ma szansę w pełni przyjąć się w Europie, a tym bardziej w Polsce. Amerykanie, zapładniając świat swoimi pomysłami, niezbyt często wychodzą poza swój amerykański egocentryzm, wydaje im się, że cały świat w ciemno weźmie to, co Ameryka wymyśli. A tak wcale nie jest, bo pieniądze, które otwierają prawie każde drzwi w Stanach, nie wszędzie działają jak zaklęcie Ali Baby.

Czy masy się mylą

Profesor Bohdan Szklarski, szef Ośrodka Studiów Amerykańskich na Uniwersytecie Warszawskim, zwraca uwagę, że nie tylko w zakresie jednostkowych wartości nasze doświadczenia w ostatnich latach pokrywają się z amerykańskimi. Wspólna droga jest widoczna również w sferze działań publicznych. Wyraźnym przykładem jest tu komercjalizacja działań politycznych, czyli budowa polskich kampanii wyborczych opartych na wzorach zza Atlantyku.

- Guru i coachem prezydenta Kwaśniewskiego w czasie kampanii był wprawdzie Francuz, ale uczący się kampanijnego rzemiosła w Stanach Zjednoczonych. Oba starty Kwaśniewskiego dały mu czytelny sukces, także dlatego że były oparte na sprawdzonych rozwiązaniach. Potem po zmodyfikowane już amerykańskie szablony sięgnęło Prawo i Sprawiedliwość i też osiągnęło podwójny sukces - zwycięstwo w wyborach prezydenckich i do parlamentu - tłumaczy prof. Bohdan Szklarski.

Inną publiczną dziedziną, w której niemal bezrefleksyjnie przekopiowaliśmy wzorce z USA, jest polska edukacja na poziomie wyższych studiów. Upojeni wizjami z amerykańskich seriali i filmów, gdzie wymuskani studenci i przepiękne studentki mają problemy polegające na tym, czy na zajęcia w nowoczesnym kampusie pojechać bmw, czy mercedesem, wprowadziliśmy masowo powszechne od dawna w USA opłaty za znaczną część studiów wyższych. Tylko że o amerykański standard nawet w kształceniu się nie otarliśmy.

- Tęsknimy za uczelniami zorganizowanymi i uczącymi jak Harvard czy Yale, bo pożądanie takich ikon podpowiadają nam hollywoodzkie produkcje. Nie chcemy jednak dostrzegać fundamentalnych różnic kulturowych między Polską i USA, między Ameryką i Europą. Automatyczne przejmowanie amerykańskich wzorców w Polsce nie może zatem nigdy w pełni się przyjąć, choć na pewno przejściowo tak jak dotąd będą one miały bardzo duże znaczenie. Prawdopodobnie zawsze jednak będą to mało skomplikowane rzeczy, bo one są przyswajalne dla mas - dodaje prof. Szklarski.

Eksperci zatem kręcą głowami. Ale czy masy mogą się mylić? W końcu w ostatecznym rachunku to one o wszystkim decydują.

Marcin Hadaj

Wybrane wydanie: 19 lipca 13 (nr 139)

Dowiedz się więcej na temat: My | Polskie | Fed | USA | ten

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »