Jak wynika z danych Eurostatu, w 2025 roku w Unii Europejskiej największy deficyt sektora publicznego w relacji do PKB miały Rumunia (7,9 proc.) i Polska (7,3 proc.), a zaraz za nimi Belgia (5,2 proc.). W przypadku gdy wskaźnik przekroczy poziom 3 proc. PKB, UE może wszcząć procedurę nadmiernego deficytu (którą Polska jest objęta od 2024 roku). Procedura była uruchamiana także wobec Belgii, Francji, Włoch, Węgier, Malty, Słowacji i Rumunii - ale tylko Polska i Rumunia w 2025 roku miały deficyt sektora publicznego powyżej 7 proc. PKB.
Zadłużenie sektora publicznego w Polsce rośnie. W pięć lat z poniżej średniej do drugiego największego zadłużenia w UE
Jak wynika z notyfikacji fiskalnej Eurostatu, Polska chce zredukować deficyt sektora finansów publicznych z 7,3 proc. PKB w 2025 roku do ok. 6,8 proc. w 2026 roku. Tym samym nowe założenie rządu już jest ambitniejsze, niż wynikało to z ustawy budżetowej na 2026 rok, w której rząd założył deficyt na poziomie 6,5 proc. PKB.
Jeszcze w 2021 roku deficyt sektora publicznego w Polsce w stosunku do PKB wynosił 1,7 proc. i był jednym z najniższych w Unii Europejskiej. Wtedy średnia dla wspólnoty wynosiła 4,7 proc. W 2022 roku deficyt sektora wzrósł do 3,4 proc. PKB, niewiele powyżej unijnej średniej na poziomie 3,2 proc. Od 2023 roku wskaźnik dla Polski wynosił już 5,2 proc. PKB i był siódmym najwyższym w UE, a już w 2024 roku 6,4 proc. i był drugi we wspólnocie, zaraz za Rumunią, tak jak i w 2025 roku.
Jak mówi w rozmowie z Interią Biznes dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski z Polskiej Sieci Ekonomii, obecnie sytuacja geopolityczna się zmieniła, co wynika m.in. z rosnącego zagrożenia ze strony Rosji. W związku z tym nie powinniśmy się przejmować wymaganiami Unii Europejskiej, aby utrzymywać deficyt sektora publicznego na poziomie do 3 proc. PKB.
- Od dawna powtarzamy, że utrzymywanie deficytu na poziomie 5, 7 czy 10 proc. czy inna liczba, to pewne ustalenia polityczne. Umówiliśmy się, że nie przekroczy on 3 proc. w czasach pokoju, gdy Unia Europejska się integrowała, a handel ruszył. Były to proste czasy, przed potrzebą transformacji energetycznej i przed wojną z Rosją - komentuje dr Zygmuntowski.
Utrzymywanie deficytu zwiększa jednak wzrost długu publicznego. Jak wynika z danych z początku kwietnia, dług publiczny w Polsce wyniósł 59,97 proc. PKB, a Komisja Europejska wymaga, aby utrzymywać jego poziom poniżej 60 proc. Główny ekonomista VeloBanku Piotr Arak ocenia, że przy zachowaniu obecnej trajektorii wskaźnik może niebepziecznie rosnąć.
- Trajektoria długu jest bardzo niebezpieczna. Oznacza to, że w perspektywie nie dwóch czy trzech, ale pięciu lub sześciu lat, zmierzamy powyżej 80 proc. długu w relacji do PKB, a potem możemy łatwo przekroczyć próg 100 proc. To wiąże się z bardzo wysokimi kosztami obsługi długu publicznego. Spłata wyemitowanych przez Polskę obligacji może wtedy pochłaniać już nie 2 czy 3 proc., ale nawet 4 lub 5 proc. naszego PKB - komentuje Arak.
Zdaniem Araka, jeszcze przez kilka lat będziemy mieli podwyższony poziom deficytu, na co wskazują także średnioterminowe prognozy Ministerstwa Finansów. W ocenie ekonomisty perspektywa zejścia z deficytem do 3 proc. "wydaje się bardzo odległa", m.in. ze względu na podniesiony poziom wydatków budżetowych.
Minister finansów: Redukcja deficytu nie może odbyć się kosztem wydatków na zbrojenia.
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański miał powiedzieć w kuluarach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, że jest plan redukcji deficytu, ale nie może się odbyć kosztem gospodarki ani kosztem wydatków na zbrojenia.
"Dlatego tak ważne jest, abyśmy utrzymali wysoką dynamikę wzrostu" - mówił Domański w Katowicach.
- W tej kwestii trzeba przyznać rację ministrowi Domańskiemu, a wcześniej premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, który mówił dokładnie to samo: dla nas znaczenie ma poziom bezrobocia i koniunktura. Przejmujmy się raczej tym, że system podatkowy słabo finansuje ochronę zdrowia albo rosnącymi nierównościami. To są wskaźniki odnoszące się do realnej sytuacji i życia ludzi, a nie deficyt, który chwilowo generujemy wydatkami na zbrojenia - komentuje w rozmowie z Interią Biznes dr Oleszczuk-Zygmuntowski.
Polska ma obecnie jedne z najwyższych wydatków w Unii Europejskiej. Jak wynika z danych Eurostatu, pięć państw z najwyższym odsetkiem wydatków sektora publicznego do PKB w 2025 roku to Finlandia (57,5 proc.); Francja (57,2 proc.); Austria (55,2 proc.), Belgia (54,2 proc.) i Włochy (51,2 proc.). Polska znalazła się na szóstym miejscu z 50,9 proc. Wydatki sektora publicznego Polski w stosunku do PKB są większe niż Niemiec (50,5 proc.), a także państw skandynawskich, czyli Szwecji (49,9 proc.), Danii (48 proc.), czy Norwegii (49,5 proc.). Norwegia oczywiście nie jest państwem Unii Europejskiej, ale jest brana w danych Eurostatu ze względu na integrację z Europejskim Obszarem Gospodarczym i strefą Schengen.
W 2021 roku Polski deficyt finansów publicznych był niższy od unijnej średniej, również wydatki wynosiły 43,6 proc. PKB i były jednymi z niższych w Europie. Wyższy odsetek wydatków miały wtedy choćby Słowacja (44,8 proc.), Czechy (45 proc.), czy Litwa (46,5 proc.), nie wspominając o Niemczech (50,7 proc.), czy krajach skandynawskich (od 45,5 proc. w Norwegii czy 50,4 proc. w Szwecji). Od 2021 roku wydatki sektora publicznego Polski stale rosły. W 2024 roku po raz pierwszy zetknęły się ze średnią unijną (49,2 proc.; gdy w Polsce wynosiły 49,1 proc.); a w 2025 roku przekroczyły granicę 50 proc. PKB.
Dynamiczny wzrost PKB wyprowadzi Polskę z deficytu? "Trudno na takim scenariuszu opierać planowanie finansów państwa"
Jak ocenia w rozmowie z Interią Biznes główny ekonomista banku PKO BP Piotr Bujak, Polska, aby wyjść z deficytu, powinna w pierwszej kolejności stawiać na utrzymanie wysokiego wzrostu gospodarczego. Pomóc może w tym lekko podwyższona inflacja, która podnosi nominalny wzrost PKB i wpływy do budżetu bez podnoszenia stawek podatkowych.
- Pozostanie na ścieżce szybkiego wzrostu gospodarczego umożliwi nam tzw. wyrastanie z nadmiernego deficytu fiskalnego i ograniczy przyrost długu publicznego. W optymistycznym scenariuszu, przy nominalnym wzroście gospodarczym na poziomie 6-7 proc., deficyt będzie się zmniejszał nawet bez cięć wydatków czy podnoszenia podatków. Trudno jednak tylko na takim optymistycznym scenariuszu opierać planowanie finansów państwa - ocenia Bujak.
Jak z kolei ocenia główny ekonomista VeloBanku Piotr Arak, jeśli Polska będzie utrzymywać wzrost gospodarczy oscylujący na poziomie 3 proc., deficyt sektora publicznego będzie nieco spadał, ale dalej pozostanie w granicach 5 proc. w relacji do PKB.
Rząd będzie musiał ograniczyć wydatki?
Jak wskazuje Piotr Arak, nawet w obliczu wydatków wojskowych poziom deficytu sektora publicznego jest dosyć wysoki.
- Najprawdopodobniej, gdyby uwzględnić płatności za sprzęt wojskowy, które przelicza się w specyficzny sposób, nasz deficyt w relacji do PKB w ubiegłym roku mógł być nawet najwyższy w Unii Europejskiej i przekraczać 8 proc. Choć księguje się to inaczej (wydatki na obronność - red.), to wynik 7,3 proc. i tak jest absolutnym rekordem w sytuacji, gdy nie mamy bardzo dużego kryzysu finansowego czy pandemii - komentuje Arak.
Zdaniem głównego ekonomisty VeloBanku, jeszcze przez kilka lat zostaną zamrożone progi podatkowe. To oznacza, że nie powinniśmy się spodziewać podwyższenia kwoty wolnej od podatku, ani zwiększenia drugiego progu podatkowego wynoszącego obecnie 120 tys. zł rocznie. Arak dodaje, że prawdopodobnie istnieje konsensus polityczny, aby nie wykonywać żadnych mocnych ruchów zarówno pod kątem wydatków, jak i przychodów budżetowych.
- Gdybyśmy chcieli już w tym roku radykalnie uszczelniać system lub podnosić podatki, to rzeczywiście sprowadzilibyśmy nasz wzrost gospodarczy do znacznie niższych wartości. Taka polityka nie byłaby zbyt mądra - mówi Arak. Dodaje jednak, że pewna konsolidacja i uszczelnienie systemu przez państwo w kolejnych kilku latach byłyby wskazane, aby zapobiec wzrostowi długu publicznego.
Piotr Bujak z PKO BP wskazuje natomiast, że sam wzrost gospodarczy nie wystarczy do ograniczenia deficytu. Zdaniem głównego ekonomisty PKO BP należy ograniczyć także wzrost wydatków, aby rosły wolniej niż dochody sektora publicznego w celu "domknięcia luki w finansach publicznych".
- Warto to jednak robić tak, aby nie tłumić wzrostu gospodarczego, a więc w pierwszej kolejności trzeba ograniczać wydatki bieżące, a nie inwestycyjne służące rozwojowi gospodarki - komentuje Bujak.
Z kolei dr Oleszczuk-Zygmuntowski dodaje, że nawet jeśli w dłuższej perspektywie chcielibyśmy wrócić do zrównoważonej gospodarki, to nie powinniśmy ograniczać wydatków na transformację energetyczną, zdrowie, czy edukację.
- Pytanie brzmi, czy ograniczenie wydatków państwa jest dziś w ogóle zasadne. Polska jest strasznie zapóźniona w transformacji energetycznej - mamy najdroższy prąd w Europie i nie jest to wina unijnych regulacji. Nawet Węgrzy - Viktor Orban mimo tego, że krytykował UE inwestował w zielony przemysł i na Węgrzech mają dziś tańszą energię niż my. My tego nie zrobiliśmy. Do tego dochodzi nasze ogromne wsparcie dla Ukrainy, żeby utrzymywać z dala rosyjskie zagrożenie oraz potrzeby modernizacji ochrony zdrowia i edukacji. Obecne wydatki są wręcz za małe. W takim momencie nie ma sensu mówić o ograniczaniu wydatków, bo to oznaczałoby zabieranie dzieciom, ubogim lub rezygnację z przestawienia gospodarki na nowe tory. Musimy zostać przy ścieżce ambitnych inwestycji, a jeśli już nad czymś pracować, to nad stroną dochodową - mówi dr Zygmuntowski.
Jeśli nie cięcia wydatków, to rząd będzie musiał zwiększyć dochody? To by oznaczało podwyżkę podatków
Jak mówi Piotr Bujak, w obecnej sytuacji trzeba myśleć o zwiększeniu obciążeń podatkowych, bo "przy obecnej skali nierównowagi finansów publicznych trudno będzie istotnie zredukować deficyt bez działań po stronie dochodowej". Jak dodaje, działania w tym zakresie powinny być rozproszone na różne źródła wpływów podatkowych, aby podwyżki mniejsze i bardziej rozłożone w czasie minimalizowały niekorzystne efekty dla gospodarki.
- Są zalecenia różnych instytucji, w tym naszej nowej Rady Fiskalnej, żeby zacząć takie działania jak najszybciej i przeprowadzać je stopniowo, w sposób jak najbardziej rozproszony. Powinny one dotyczyć zarówno strony dochodowej, jak i wydatkowej. Kluczowe jest, aby gospodarka pozostała na ścieżce szybkiego wzrostu, bo wtedy dostosowanie w finansach publicznych będzie mniej dotkliwe - mówi Bujak.
Z kolei dr Oleszczuk-Zygmuntowski uważa, że dochody budżetowe można zwiększyć przez opodatkowanie najzamożniejszych, oraz wielkich korporacji technologicznych (zarówno amerykańskich, jak i chińskich). W jego ocenie, to właśnie wielkie korporacje powinny być głównie obciążone zwiększonymi wydatkami na zbrojenia.
- Trzeba poprawić system podatkowy tak, aby nie opłacało się jedynie posiadać majątku lub go dziedziczyć przez fundację rodzinną, ale by opłacało się pracować. Opodatkowanie pracy powinno być mniejsze, a opodatkowanie majątków, wielkich korporacji większe. Wtedy i deficyt nam spadnie, i gospodarka będzie ruszała, bo ludzie będą bardziej zadowoleni i zmotywowani do tego, żeby pracować - wskazuje dr Oleszczuk-Zygmuntowski.
Z kolei Piotr Bujak wskazuje, że już teraz są podejmowane działania w zakresie ograniczenia wydatków i zwiększenia dochodów budżetowych. Na razie koszty ponoszą banki i strefa budżetowa.
- Strategia wyrastania z deficytu już się realizuje. Mamy też pewien delikatny wzrost obciążeń podatkowych, jak choćby podwyżkę stawki CIT dla banków, a z drugiej strony widać ograniczanie wydatków, na przykład przez hamowanie wzrostu płac w sferze budżetowej. To wszystko daje dużą szansę, że w tym roku uda się w końcu ograniczyć deficyt sektora finansów publicznych - podsumowuje główny ekonomista PKO BP.












