Ukraina chce zwiększenia limitów eksportowych do Unii Europejskiej. Pierwotnie sprawa dotyczyła pszenicy. Jak informuje serwis Polskieradio24, Komisja Europejska odmówiła, ale Kijów ponownie próbuje - rozszerzono listę towarów o cukier, sok jabłkowy, bioetanol i etanol. Polscy rolnicy, którzy pamiętają tzw. kryzys zbożowy, z niepokojem obserwują sytuację.
Eksport i tranzyt produktów rolnych z Ukrainy. Polscy rolnicy martwią się mimo embarga
Do nieprzewidywalności związanej z pogodą rolnicy zdążyli się przyzwyczaić. Większym problemem jest dla nich niepewność związana z rynkiem ukraińskim, np. kwestią przyszłości tranzytu produktów zbożowych. - My powinniśmy dzisiaj postawić jasne weto i powiedzieć Ukraińcom, że coś takiego w ogóle nie będzie miało miejsca - uważa poseł na Sejm RP, rolnik i założyciel ruchu społeczno-politycznego Agrounia Michał Kołodziejczak.
Polska utrzymuje embargo na produkty rolne z Ukrainy, mimo nacisków Komisji Europejskiej. Ukraina chce tymczasem zwiększyć tranzyt produktów rolnych przez Polskę z 300 tys. do 600 tys. ton miesięcznie. "Robimy wszystko, żeby zboże do Polski nie wjechało, a tranzyt musi być ustalony na właściwych zasadach - tak jak w tej chwili to się działo pod nadzorem KAS-u - tak, żeby żaden kilogram nie został w Polsce" - mówił minister rolnictwa Stefan Krajewski.
Przypomnijmy, że Ukraina stosuje 10-proc. cła eksportowe na wywóz rzepaku (a także soi i słonecznika). Kijów nałożył je, argumentując potrzebą wsparcia rodzimego przetwórstwa. Według Ukraińskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju "Ukroliyaprom" eksport rzepaku w sezonie 2025/2026 spadł o prawie 39 proc. (do 1,9 mln ton - to najniższy poziom od 9 lat).
ZOBACZ TAKŻE: Orlen pobił rekord na giełdzie. Kierowcy płacą więcej na stacjach
Ale olej rzepakowy może już trafiać za granicę. I trafia: jego sprzedaż z Ukrainy do UE na początku sezonu 2026/2027 wyniosła ponad 24 tys. ton, co stanowi 55,7 proc. udziału w unijnym imporcie (to dane za okres od 1 lipca do 23 sierpnia).
Ukraina rozwija też eksport biometanu do Niemiec za pośrednictwem gazociągów - rozpoczęła go w 2025 roku. Obecnie na terenie kraju działa siedem biometanowni, a w planach są kolejne zakłady.
- W Polsce się w ogóle o tym nie mówi. Nasza debata na temat rolnictwa ukraińskiego jest bardzo spłycona - mówi Interii Biznes Michał Kołodziejczak i dodaje, że gdy Ukraina negocjowała warunki handlowe z Unią Europejską, w naszej debacie dominował inny temat.
- W Polsce mówiło się o Mercosurze, który będzie miał znikomy wpływ na produkcję żywności w Polsce i w Unii Europejskiej w porównaniu do tego, co zaserwuje nam Ukraina - ocenia. - Kiedy mówiłem, że nie należy przejmować się Mercosurem, a należy wziąć pod uwagę to, co dzieje się ze strony Ukrainy, mało kto słuchał. Ale dzisiaj to wszystko staje się faktem. To się zaczyna materializować.
Zamknięcie granic może przynieść odwrotny skutek
O potencjalne zagrożenie ze strony ukraińskiego eksportu pytamy także prezesa Dolnośląskiej Izby Rolniczej - Ryszarda Borysa. - Oczywiście, że widzimy (zagrożenia - red.). Boimy się tego - mówi i podkreśla, że rolnicy mają już swoje problemy, np. niskie ceny.
I przypomina o kryzysie z 2022/2023 roku. Doszło wtedy do napływu ukraińskich produktów zbożowych, w tym wwozu "zboża technicznego". Prezes DIR sugeruje, że aby zapobiec powtórce kryzysu, należałoby zagwarantować, że transporty z Ukrainy opuszczą Polskę.
- Boimy się, że napływ tego zboża jeszcze obniży ceny. To będzie dla naszych rolników katastrofalna sytuacja, a już nie jesteśmy w najlepszej - te wszystkie anomalie pogodowe dały nam się we znaki. Plony mamy niezbyt duże, w większości przynajmniej - rolnicy mają o ok. 30-40 proc. mniejsze plony.
Rozwiązaniem z całą pewnością nie jest zamknięcie granic. Nasz rozmówca przypomina bowiem, że może to zadziałać także w drugą stronę - inne kraje mogą zamknąć się na eksport polskich artykułów rolno-spożywczych. A eksportujemy dużo - w 2025 roku wartość sprzedaży zagranicznej tych towarów wyniosła 58,4 mld euro. Prezes DIR podkreśla, że rząd powinien podjąć działania, które uwzględnią interesy sektora.
- Gdy nałożyliśmy embargo, to już nas Unia Europejska straszyła karami. Jak to mówią, kij ma dwa końce. Jak Unia nakłada kary, to nie są to małe pieniądze - przypomina Ryszard Borys.
Problem importu żywności z Ukrainy powinna rozwiązać UE
O potencjalne zagrożenia ze strony rynku ukraińskiego pytamy także ministra rolnictwa i gospodarki żywnościowej w rządzie Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka - Jacka Janiszewskiego. Nasz rozmówca podkreśla, że już w latach 90., gdy piastował tę funkcję, ostrzegał rolników, że największym zagrożeniem będzie nie wejście Polski do UE, a moment, w którym Rosja i Ukraina "zaczną się uczyć nowoczesnej technologii produkcji żywności u siebie".
ZOBACZ TAKŻE: Niskie ceny ogórków mogą odbić się czkawką. Portfele obciąża też co innego
- To byli nasi tradycyjni importerzy i kupowali nasze nadwyżki przez dziesiątki lat. Teraz mamy sytuację odwrotną. Jako euroentuzjasta zawsze twierdzę, że do momentu, kiedy Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, musimy te sprawy uregulować. Ale nie jest to kwestia regulacji pomiędzy Polską a Ukrainą, tylko pomiędzy Unią Europejską a Ukrainą - mówi nam Janiszewski.
Były minister podkreśla, że powinno się wykonać wysiłki w sferze dyplomacji oraz współpracy związków zawodowych rolników ze wszystkich krajów w UE. Wówczas, jak mówi, "siła współpracy byłaby zdecydowanie większa", a co za tym idzie - zwiększyłyby się efektywność i skuteczność.
- Zrobiłbym największy wysiłek, żeby problem importu - legalnego czy nielegalnego - żywności z Ukrainy na teren Polski był problemem Unii Europejskiej, a nie problemem Polski - zaznacza.
Na pytanie, czy postrzega kwestię eksportu produktów półprzetworzonych i przetworzonych z Ukrainy jako zagrożenie dla polskich rolników, Jacek Janiszewski odpowiada: - Zagrożenie zawsze istnieje, ale zagrożenia są po to, żeby je hamować. Mamy potężne narzędzie, zarówno w kontakcie z krajami Mercosur, jak i z Ukrainą czy Rosją: kontrola jakości - sprawdzanie, czy wszystko zostało wyprodukowane według standardów Unii Europejskiej. Jeśli nie - to z powrotem do danego kraju.
Nasz rozmówca podkreśla, że wzmocnienie systemu kontroli na granicach wymagałoby dodatkowych nakładów finansowych.
- Oczywiście to wymaga świetnej organizacji pracy, trochę finansów, żeby kontrolerów - zarówno weterynaryjnych, jak i fitosanitarnych - było więcej, żeby było więcej laboratoriów. To legalne niewpuszczanie zbóż technicznych i innych, gdzie ludzie przymykają oko na to, co w końcu zaczyna dobijać polskich rolników - dodaje.
Uważa on również, że polscy rolnicy powinni współpracować z rządem - dziś popełniają w jego ocenie kardynalny błąd, "wyrzucając emocje" na ministra rolnictwa, czyli "jedynego człowieka, który rolników rozumie".
- Bez względu na to, z jakiej jest opcji, jak się nazywa, to jest to jedyny fachowiec w tej dziedzinie w rządzie. A polscy rolnicy zawsze osłabiają jego siły. Kończy się to najczęściej dymisją i znowu niezałatwianiem spraw - stwierdza.
Polscy rolnicy mają więcej zmartwień
Co jeszcze trapi polskich rolników? Przede wszystkim niepewność, a także brak przygotowania na kryzysowe czy niepewne sytuacje - mówi Interii Biznes Michał Kołodziejczak. - Rolnicy powinni być przygotowani na takie sytuacje, które dzieją się w trakcie żniw, i nie opierać swojego biznesu o to, co dzieje się w żniwa - uważa.
Problemem jest też, jak uważa, niedobór rozwiązań pozwalających na element przewidywalności w pracy rolników i pomoc tej grupie. Poruszał tę kwestię także podczas swojego wystąpienia na tegorocznych dożynkach gminnych w Błaszkach. "Mam wrażenie, że niektórzy chcą zrobić z nas, rolników, a może bardziej z naszych dusz dusze niewolnicze uzależnione od tego, czy państwo coś da, dopłaci, czy tego nie zrobi" - mówił wtedy i podkreślał, że zapłatą i podziękowaniem "ma być godna cena za produkt".










