Moskwa próbuje uzupełniać niedobory importem z Białorusi i Kazachstanu, jednak, jak ocenia Filip Rudnik z OSW w rozmowie z Onet Radio Finansowo, możliwości tych państw są niewielkie.
Import nie rozwiąże problemu? Rosji grożą kolejne niedobory
"Białoruś już od lat latem eksportuje benzynę do Rosji, ale miesięczny wolumen, jaki mogą dostarczyć tamtejsze rafinerie, odpowiada zaledwie trzem, czterem dniom rosyjskiego zapotrzebowania. To kropla w morzu potrzeb" - podkreśla ekspert OSW.
Jeszcze mniejsze możliwości ma Kazachstan, który sam musi zabezpieczyć własny rynek. Rudnik zwraca uwagę, że problemy Rosji mogą szybko przenieść się na inne państwa regionu. Dotychczas rosyjskie nadwyżki trafiały m.in. do Kirgistanu, Mongolii i Gruzji. Ograniczenie eksportu oznacza dla nich ryzyko niedoborów paliw i konieczność poszukiwania droższych dostaw z innych kierunków.
Alternatywą pozostają Indie, jednak taki import byłby kosztowny i czasochłonny. Jak wyjaśnia analityk, transport paliw do Rosji trwa około trzech tygodni, a po dostarczeniu do portów konieczne jest jeszcze ich magazynowanie i dystrybucja.
To właśnie logistyka może okazać się kolejnym słabym punktem Rosji. Jak zauważa Rudnik, ukraińskie ataki nie muszą ograniczać się wyłącznie do rafinerii.
"Nie jest powiedziane, że Ukraińcy nie będą razić zarówno portów, jak i magazynów paliwowych oraz możliwości logistycznych, próbując jeszcze bardziej zaognić sytuację w Rosji. Zresztą już to robią" - zaznacza ekspert.
Kolejki na stacjach osłabiają Kreml. Putin mówi o "desperacji" Ukrainy
Zdaniem Rudnika skutki kryzysu paliwowego są widoczne także w sferze społecznej. Oficjalne zapewnienia władz, że sytuacja pozostaje pod kontrolą, coraz częściej rozmijają się z codziennymi doświadczeniami Rosjan, którzy widzą kolejki na stacjach i informacje o kolejnych atakach na rafinerie.
Analityk podkreśla, że przekłada się to nawet na wyniki państwowych sondaży. Poparcie dla władz spadło o około 3-4 pkt proc. Choć nie oznacza to zagrożenia dla systemu, pokazuje wyraźny trend pogarszających się nastrojów. Jak dodaje, dla autorytarnej władzy nawet niewielki spadek zaufania może być sygnałem ostrzegawczym, zwłaszcza w połączeniu z inflacją, rosnącymi kosztami wojny, deficytem pracowników i uzależnieniem gospodarki od zamówień wojskowych.
Ekspert nie spodziewa się jednak, by pogarszające się nastroje skłoniły Władimira Putina do zmiany kursu. Według niego rosyjski przywódca interpretuje ukraińskie ataki jako dowód, że należy jeszcze mocniej uderzać w Ukrainę, a nie jako sygnał słabnącej pozycji Rosji. "Putin mówi, że Ukraińcy robią to z desperacji, bo nie idzie im na froncie. To nie jest prawda" - ocenia Rudnik.
Analityk uważa jednak, że kampania wymierzona w rosyjski sektor paliwowy już teraz zmienia sposób postrzegania wojny. Za granicą pokazuje zdolność Ukrainy do prowadzenia skutecznych uderzeń daleko od linii frontu, a w samej Rosji podważa przekonanie o bezpieczeństwie kraju.
"Jest to jeden z punktów przełomowych, jeśli chodzi o percepcję wojny zarówno za granicą, jak i wewnątrz Rosji. Ten trend jest korzystny dla Ukrainy, a niekorzystny dla Kremla" - podkreśla.
Rudnik wskazuje również, że kolejnym celem ukraińskich ataków może stać się rosyjska energetyka. Jak przypomina, podobna strategia od lat jest stosowana przez Rosję wobec Ukrainy, a pierwsze działania tego typu są już prowadzone na okupowanym Krymie.












