Reklama

Rozstrzyga się, ile zapłacimy za Turów. "Głupcy są po obu stronach granicy"

- Deal jest prosty: my wycofamy skargę, jak zostaną spełnione konkretne warunki. Jeżeli Polska zrobi pierwszy krok, udowadniając dobrą wolę, to jest możliwe, że zrobimy to nawet w tym miesiącu - uważa Martin Půta, hejtman (odpowiednik polskiego marszałka) czeskiego, przygranicznego kraju libereckiego.

Polski premier ogłosił dwa tygodnie temu sukces: Czesi wycofają skargę w związku z kopalnią Turów. Chwilę potem czeski szef rządu Andrej Babiš temu zaprzeczył. Pan brał udział w spotkaniu, na którym to ustalono.

Martin Půta: - Prawda jest taka, że spotkaliśmy się ze stroną polską 24 maja i wypracowaliśmy pewne ogólne warunki porozumienia. Przede wszystkim po raz pierwszy została w dość zgodny sposób wyrażona wola, żeby się dogadać. Zależało nam, by Polacy zgodzili się na konkretne warunki. Uczestnicy rozmowy byli cały czas w kontakcie ze swoimi szefami rządów, więc po zakończeniu spotkania myślałem, że czeski i polski premier, którzy byli wtedy w Brukseli, ogłoszą wspólnie sukces. Ale wyszedł szef waszego rządu i powiedział, że Czesi wycofują pozew. A czeski premier sprawiał wrażenie, jakby spotkania w ogóle nie było.

Reklama

Kto mijał się z prawdą?

- Mówiąc dyplomatycznie: każdy z nich wyszedł z takim przekazem, by przypodobać się swojej publiczności, nie do końca licząc się z faktami, czyli z tym, co ustaliliśmy podczas spotkania.

Czeski premier powiedział, że możecie się wycofać, ale nie wtedy, gdy podpiszemy umowę, ale wtedy, gdy ją zrealizujemy. To zasadnicza różnica: realizacja zapisów może trwać miesiącami. Polska przekonuje, że wystarczy złożenie podpisu.

- Część warunków można spełnić od ręki. Wystarczy, żeby Polska podjęła pierwsze kroki. Niekoniecznie wszystkie, bo rzeczywiście niektóre rzeczy mogą trwać miesiącami. Bardziej chodzi o pokazanie dobrej woli.

I to by wystarczyło?

- Myślę, że tak. Taki był wydźwięk tych ustaleń. W piątek umowa po czeskiej stronie była gotowa. Dziś pewnie trafi do polskiego rządu.

Jeżeli się na nią zgodzimy i podpiszemy, Czesi mogą wycofać skargę jeszcze przed wakacjami?

- Taki był główny cel rozmów. Deal jest prosty: my wycofamy skargę, jak zostaną spełnione konkretne warunki. W umowie jest zapisana kara za brak ich dotrzymania i to wystarczy. Jeżeli Polska zrobi pierwszy krok, udowadniając dobrą wolę, to jest możliwe, że zrobimy to nawet w tym miesiącu. Ale ostatecznie decyzje podejmuje rząd, a prawne kroki leżą po stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co można zatem zrobić od ręki?

- Na przykład przekazać wyniki pomiarów, które pokażą czarno na białym, że budowa podziemnego ekranu, który ma zatrzymać wodę w Czechach, jest faktycznie skuteczna. Albo zacząć poprawiać procedury prawne, które zaskarżyliśmy jako niedostateczne i niezgodnie z unijnymi wymogami. To można zacząć robić nawet bez naszej międzyrządowej umowy.

Co w tej umowie się znajduje?

- Chcemy mieć kontrolę nad badaniami, pomiarami, ale także oceną pozwoleń i informacjami o skutkach wydobycia. Dla nas było nieakceptowalne to, że najpierw przedłużono działalność do 2026 r., a potem do 2044 r. bez jakichkolwiek konsultacji z Czechami. Według polskiego prawa, jeżeli dobrze zrozumiałem przekaz, nie ma takiego obowiązku. Ale już prawo unijne to nakazuje. Kopalnia leży na samej granicy i wbrew temu, co uważa PGE, granica nie stanowi żadnej bariery dla zatrzymania szkód dla środowiska.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Podobno były takie konsultacje. Poza tym dlaczego mielibyśmy przekazywać dokumenty wam, a nie urzędom europejskim?

- Europa nie kontroluje wydawania decyzji środowiskowej i docelowo zintegrowanego pozwolenia na budowę. To leży w gestii rządu danego państwa. W tym przypadku zignorowano to, że działalność kopalni w Turowie także wpływa na środowisko po drugiej stronie granicy.

Co może być najtrudniejsze dla Polaków w tej umowie do spełnienia?

- Moim zdaniem wszystkie zapisy tej umowy są bardzo logiczne, więc nie widzę powodu, żeby ktoś miał protestować. Choć z tą logiką bywa różnie. Podam przykład: kiedy zaczęła się budowa inwestycji PGE, od razu apelowaliśmy, żeby po czeskiej stronie znalazły się stacje pomiarowe, które by określały poziom oddziaływania na środowisko. Wie pani, jaka była odpowiedź? Że takie działania nie leżą po stronie inwestora. Tymczasem według analiz ciągów powietrznych ok. 80 proc. z rocznego przepływu idzie w kierunku Frydlantu, a z nim zanieczyszczenie. Oczekiwanie nasze było logiczne. Teraz być może polska strona też to zrozumie.

Taki wymóg pojawił się w umowie?

- Tak.

Dlaczego nie możecie sami mierzyć?

- Uważamy, że jeżeli to jest inwestycja polska, to Polska powinna zadbać o bezpieczeństwo ludzi, którzy mieszkają w okolicy. Więcej - powinna udowodnić, że spełnia wymogi przedstawiane przez Unię.

A nie spełnia?

- Tu jest sedno sprawy - nie wiemy, bo nie otrzymujemy żadnych dokumentów. Na domiar złego najbliższa stacja pomiarowa jest poza głównym ciągiem powietrza idącego do Czech. To tak jakby pani chciała sprawdzić poziom zanieczyszczenia emisji spalin przed kupnem auta, a kontrolerzy ustawiliby urządzenie do jego pomiaru koło okna zamiast przy rurze wydechowej.

Ale jakieś pomiary musieliście robić, żeby skarżyć Polskę, że to, co robi, jest szkodliwe dla Czechów.

- Jakieś pomiary są. Szczegółów nie podam.

Skąd wiecie, jaki ma to wpływ na zdrowie?

- Skutków dla zdrowia nie da się zmierzyć. Ale są inne wymierne sprawy. Na przykład: w zeszłym roku mierzyłem głośność w pobliżu miejscowości Uhelna i już wtedy, pomimo że tam nie prowadzono prac, roczne pomiary głośności przekraczały dopuszczalne normy w Czechach, czyli 40 dB.

Turów wydał niemal 15 mln zł na specjalne krążki w taśmociągach, krążniki cichobieżne, a w nocy jest zatrzymywana praca przenośników zwałowych i zwałowarki. A to niejedyna inwestycja.

- Wiem, nie przeczę, że są robione inwestycje, wiem o tych łożyskach, które ograniczają poziom dźwięku. Super. To wrócę do tego samego: jeżeli robią wszystko choćby w kwestii walki z hałasem, to chyba nie ma problemu, żeby te dane nam przekazać. Prawda? My chcemy też coś powiedzieć naszym mieszkańcom, a nie ogłaszać, że wierzymy na słowo PGE.

Więc na podstawie jakich badań wiecie, że za szkody odpowiedzialna jest kopalnia w Turowie?

- Widzimy choćby spadek poziomu wody. Między innymi praca kopalni w Turowie spowodowała, że w niektórych lokalizacjach zaczęło brakować wody w studniach.

A skąd wiecie, że to nie wpływ klimatu?

- Uczciwie mówię, że to jedna z przyczyn. Niejedyna. Stacje pomiarowe pokazują, że ten spadek wynosi nawet kilka metrów rocznie w niektórych warstwach. To ma wpływ na nasycenie tej warstwy, z której czerpie się wodę płynącą do studni. Oczywiście nie można wykluczyć też wpływu ostatnich 10 suchych lat. Można dyskutować, który czynnik ma większe przełożenie na obecną sytuację. Nie twierdzimy, że to 100 proc. odpowiedzialności kopalni. Samo PGE przyznaje, że zużywa wodę. Rozwiązaniem będzie budowa wodociągów w problematycznych miejscach.

Mówi się, że mieszkańcy mają baseny przy domach. To chyba nie ma aż takiego kłopotu z wodą.

- Czy to skandal, że mają baseny? To absurdalny argument.

PGE bierze na siebie odpowiedzialność?

- W protokole ze spotkania 24 maja nie było przyznania się do winy i stwierdzenia, że to ich odpowiedzialność. I w umowie też tego nie ma. Ale znajduje się sformułowanie, że PGE będzie uczestniczyć we współfinansowaniu nowych wodociągów.

Jak wyliczyliście: ile ma płacić PGE, a ile wy?

- Nie wiadomo dokładnie, jaki będzie koszt takiej inwestycji. Mamy jedynie szacunkowe dane, które przedstawiły firmy budujące wodociągi i kanalizacje w obu częściach. Pokazaliśmy to polskim kolegom i będziemy o tym dyskutować.

PGE mówi, że wyłączenie teraz pracy kopalni byłoby bardziej nieekologiczne. Jest nowiutki blok zbudowany zgodnie z wytycznymi UE. Jak się go zamknie, trzeba będzie wykorzystać stare, mniej ekologiczne bloki

- Ja nie przeczę, że to będzie problem. I że nie da się wyłączyć z dnia na dzień kopalni. Ale jeszcze raz: to, że do tego doszło, to nie jest nasza wina. My próbowaliśmy od dwóch lat ustalać warunki, w których nie było żądania zamknięcia, ale po drugiej stronie była cisza. Więc obecna sytuacja to efekt błędnych decyzji PGE. Pierwszy raz oficjalnie protestowaliśmy wobec przedłużenia koncesji dla kopalni Turów jesienią 2019 r. I zanim nasz rząd wystosował skargę do TSUE, była delegacja czeska w Polsce, żeby negocjować polubowne rozwiązanie sporu. Nie skorzystaliście z tego.

Nie chcecie zamknięcia, ale teraz chcecie kar 5 mln euro za każdy dzień działania kopalni.

- To dość wysoka kwota i sam się zastanawiałem, skąd takie obliczenia. Poprosiłem o wyjaśnienie i okazuje się, że paradoksalnie wynika z postępowania w TSUE, podczas którego Polacy przekonywali, że jak się zamknie kopalnię, to straty będą wynosić 9 mln euro dziennie. Wobec tego czeskie ministerstwo spraw zagranicznych uznało, że jeżeli te straty są tak duże, to kara za to, że nie jest dotrzymywany nakaz w tej kwestii, powinna być relatywnie wysoka.

Co jeszcze znalazło się w umowie?

- Chcemy komisji rewizyjnej, eksperckiej, która miałaby pilnować, że będą prowadzone pomiary, a z drugiej będzie oceniać, czy są rzetelne. Wyniki miałyby być udostępniane obu stronom.

Kto miałby być w tej komisji?

- Polacy i Czesi. Chcemy też, żeby powstał środowiskowy fundusz, na wzór międzygranicznego Funduszu Małych Projektów, który byłby wykorzystywany do wspólnej działalności na rzecz poprawy środowiska po obu stronach granicy.

Kto by się składał na jego budżet?

- PGE, liberecky kraj, województwo dolnośląskie, ale też rządy - polski i czeski. Powstałby jakiś wspólny zarząd, który oceniałby projekty.

Jaki w sumie jest koszt tej umowy dla Polaków?

- 40-50 mln euro za wszystko razem.

A czy to nie jest tak, że zbliżają się jesienne wybory w Czechach i dlatego tak walczycie z Turowem?

- Ja sam w żadnych wyborach nie będę kandydował. Ale zdaję sobie sprawę, że takie zarzuty się pojawiają. I nie da się nie zauważyć, że zawsze jak ktoś prowadzi kampanię wyborczą, korzystne jest posiadanie zewnętrznych nieprzyjaciół.

I Polska jest takim zewnętrznym wrogiem?

- My też jesteśmy. Wystarczy spojrzeć na rządową telewizję polską, by zobaczyć, jak przedstawiani są Czesi. Nie jest to przyjazny obraz. Ale mogę zapewnić, że wybory nie były powodem, dla którego zajęliśmy się tą sprawą.

Jedno to stosunki międzypaństwowe, a drugie między mieszkańcami przy granicach. Te są delikatnie mówiąc napięte.

Głupcy są po obu stronach granicy. Musimy sobie jednak zdawać sprawę z jednego: to, że właśnie tu mamy otwartą granicę, jest dla nas błogosławieństwem, z którego korzystają i Polacy, i Czesi.

Klara Klinger

Współpraca Julita Żylińska

14.06.2021

Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »