W środę minister zdrowia zapowiedziała szereg zmian w celu poprawy sytuacji w ochronie zdrowia. Jedną z kluczowych propozycji jest wprowadzenie limitu wynagrodzeń dla lekarzy. Stawką wyjściową dla indywidualnego pracownika medycznego ma być do 240 zł brutto za godzinę. Stawka ta dotyczy przede wszystkim dotyczy kontraktów.
"Umowy o pracę są regulowane ustawą o minimalnym wynagrodzeniu, natomiast te kwoty, które pojawiają się w przestrzeni medialnej, co do których, na które nie mamy wpływu dzisiaj, to są kwoty wynikające z umów kontraktowych. W związku z tym chcemy zaproponować przelicznik do 240 zł brutto za godzinę jako ten przelicznik, który będzie stanowił górną granicę zarobków w publicznym systemie ochrony zdrowia" - mówiła, dodając, że przeliczając to na etat da to "mniej więcej do 40 tys. zł brutto".
Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, sceptycznie patrzą na zaprezentowane propozycje. Zgodnie twierdzą, że brakuje szczegółów, a same pomysły nie są niczym nowym - były znane już kilka miesięcy temu. W ich ocenie dostępność pacjentów do lekarzy nie zwiększy się dzięki ograniczeniom zarobków wynagrodzeń, a samo ustalenie limitów nie jest do końca sprawiedliwe. Oceniają, że główny problem ochrony zdrowia - chroniczny brak pieniędzy w budżecie NFZ - nie zostanie w ten sposób rozwiązany.
"Zabrakło konkretnych propozycji legislacyjnych"
- Mam wrażenie, że reagujemy przede wszystkim na skrajne przypadki wynagrodzeń, które zostały nagłośnione w ostatnich tygodniach. To jednak nie rozwiązuje systemowych problemów ochrony zdrowia ani nierównowagi finansowej całego systemu. Ministerstwo opisało kierunek zmian, ale zabrakło konkretnych propozycji legislacyjnych. Dobrze byłoby zobaczyć projekt ustawy albo przynajmniej szczegółowe założenia, bo wtedy można byłoby ocenić, jak te rozwiązania miałyby działać w praktyce - mówi Interii Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.
I wytyka jednocześnie ogólnikowość i brak spójności tego, co zapowiedziano z ostatnimi decyzjami Ministerstwa Zdrowia.
- Twardy limit na poziomie 240 zł ma tę wadę, że traktuje wszystkich tak samo. Obejmuje zarówno lekarza bez specjalizacji osiągającego dziś bardzo wysokie dochody, jak i wybitnego specjalistę wykonującego rzadkie i bardzo skomplikowane procedury. To bardzo różne sytuacje, a są mierzone jedną miarą. Jeżeli już wchodzimy w logikę limitów, to warto pamiętać, że ustawa o minimalnych wynagrodzeniach rozróżnia 11 grup zawodowych. Każda z nich ma inny poziom wynagrodzenia. Tymczasem tutaj pojawia się jeden wspólny sufit dla wszystkich - ocenia Kozłowski.
Resort zdrowia chce walczyć z kominami płacowymi
Zdaniem Kozłowskiego limity mogłyby być powiązane z poszczególnymi grupami zawodowymi, tak jak ma to miejsce w ustawie o minimalnych wynagrodzeniach.
- Dzisiaj mamy zaproponowane jedno, bardzo sztywne narzędzie. To jest próba ukrócenia pewnego niekorzystnego zjawiska, ale za pomocą dość topornego narzędzia. Poza tym zabrakło konkretów, a kluczowe będzie to, jak te rozwiązania zostaną zapisane w ustawie i jak będą egzekwowane - dodaje ekonomista.
I zwraca uwagę na brak spójności.
- Z jednej strony ministerstwo nakłada limity wynagrodzeń i próbuje ograniczać kominy płacowe, a z drugiej strony kilka dni temu zdecydowano, że będzie realizowany najwyższy wynikający z rekomendacji wariant waloryzacji wyceny świadczeń. Jednym z głównych źródeł problemu jest ustawa podwyżkowa, a nie padła żadna zapowiedź jej zmiany. Tymczasem teraz próbujemy przycinać skutki jej działania od tyłu - nakładamy limity wynagrodzeń, kominy płacowe i dodatkowe ograniczenia. MZ zamiast zmieniać mechanizm generujący wzrost kosztów, próbuje ograniczać jego skutki i jednocześnie utrzymuje ustawę podwyżkową. To jest jedno z głównych źródeł problemu finansowego ochrony zdrowia. Teraz próbujemy ograniczać indywidualne wynagrodzenia i kontrolować koszty po stronie szpitali, ale nie ruszamy mechanizmu, który te koszty napędza - podkreśla w rozmowie z Interią Kozłowski.
Lekarze nadal będą chcieli leczyć w szpitalach?
Rozczarowania przestawionymi przez minister zdrowia propozycjami nie kryje również Wojciech Wiśniewski, ekspert ds. ochrony zdrowia Polskiego Towarzystwa Gospodarczego. W rozmowie z Interią Biznes podkreślił, że wszystkie były przedmiotem Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia przed ponad rokiem, zwracając uwagę, że były składane jeszcze przez ówczesnego wiceministra Jerzego Szafranowicza.
- To zupełnie abstrahuje od kluczowego wyzwania, które obecnie jest, czyli luki finansowej na poziomie 17 mld zł w tym roku i 22 mld zł w roku przyszłym; abstrahuje od tematu reorganizacji opieki, od zjawiska przejmowania gabinetów lekarzy rodzinnych przez fundusze inwestycyjne, tak samo zakładów rehabilitacji. Trudno to uznać za reformę. To jest po prostu chęć regulacji wynagrodzeń kontraktowych - będziemy wiedzieć, gdzie kto jest, ile za to mamy mu zapłacić i że nie można się wpychać w kolejkę. To na pewno niewystarczające, żeby tę sytuację poprawić - ocenił.
Przyznał, że w temacie likwidacji zjawiska kominów płacowych resort zdrowia powinien podać więcej szczegółów.
- Bo na przykład co to znaczy udział wynagrodzeń w budżecie szpitala? Przypominam, że z racji luki finansowej na przykład na terenie Mazowsza i Śląska nie są zawarte umowy do końca roku. Więc jak można wyliczyć odsetek na wynagrodzenia w sytuacji, kiedy nie wiadomo jaka będzie ostateczna wartość umów? - zastanawiał się ekspert.
Na pytanie, czy zaproponowany limit wynagrodzeń 240 zł brutto za godzinę będzie adekwatny, przyznał, że powinni na to odpowiedzieć zarządzający szpitalami, przede wszystkim powiatowymi.
- To oni muszą powiedzieć, czy będzie komu tam pracować - powiedział.
"Dla pacjentów nic się nie zmieni"
Przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej nie kryją rozczarowania, wskazując, że zaprezentowane dziś propozycje były znane od miesięcy.
Zdaniem rzecznika NIL Jakuba Kosikowskiego działania resortu zdrowia są próbą "gaszenia pożaru". W rozmowie z Interią Biznes ocenił, że plan reform nie przyczyni się do usprawnienia systemu z perspektywy pacjenta, bowiem pomysł ustalenia limitów wynagrodzeń dla medyków nie sprawi, że dostępność świadczeń będzie większa.
- To jest przerzucenie pieniędzy, które były wpłacane lekarzom na pokrywanie długów szpitali - one nie idą na leczenie, tylko zostają w budżecie szpitala. To nie oznacza, że NFZ będzie miał więcej pieniędzy - NFZ płaci w szpitalach za leczenie tyle samo, tylko szpital mniej wypłaca lekarzowi, czyli ma pieniądze na pokrycie długów. Dla pacjentów nic się nie zmieni - ocenił, dodając, że środowisko lekarskie czeka na konkrety od Ministerstwa Zdrowia.
Paulina Błaziak, Monika Krześniak-Sajewicz














