Jacek Ramotowski, Interia: Rząd planuje zmiany w podatkach. Dobrze czy źle?
Michał Myck: - Przeprowadza drobną racjonalizację systemu, która wydaje się rozsądna.
Słyszy się zarzuty, że zmiany skomplikują system podatkowy. Skomplikują?
- Twierdzenie, że zmiany skomplikują system, jest kompletnie nieuzasadnione. Oczywiście, na skali podatkowej będą trzy stawki, a nie dwie, ale w sytuacji, kiedy wszystkie operacje podatkowe zarówno po stronie pracodawcy, jak i pracownika, rozliczenia podatkowe, itd. odbywają się właściwie automatycznie, taka komplikacja jest bez znaczenia. System jest skomplikowany nie dlatego, że skala podatkowa jest skomplikowana, nie dlatego, że komplikują go trzy stawki, zamiast dwóch. System jest skomplikowany dlatego, że powstały różne wyjątki od opodatkowania wg skali i przy tym samym charakterze pracy możemy rozliczać się na bardzo różne sposoby.
Co to znaczy "racjonalizacja systemu"?
- Przez racjonalizację postrzegam dostosowywanie systemu podatkowego do zmieniającej się rzeczywistości i ograniczanie różnych obszarów opodatkowania, które bez czytelnego uzasadnienia oferują preferencje podatkowe różnym grupom obywateli. Racjonalizacja najczęściej oznacza obniżanie obciążeń podatkowych pewnym podmiotom, a podwyższanie innym w ramach jednego albo kilku elementów systemu - bezpośrednich podatków dochodowych, podatków pośrednich czy korporacyjnych. Można wprowadzać zmiany pozytywnie lub negatywnie odbijające się na portfelach gospodarstw domowych i firm. W rządowej propozycji następuje racjonalizacja w tym sensie, że jeżeli zgodziliśmy się na to, żeby funkcjonowały różne formy opodatkowania, takie jak skala podatkowa, podatek liniowy i ryczałt, to powinniśmy przyjrzeć się temu, jak taki system działa z punktu widzenia impulsów gospodarczych, jak i postrzegania sprawiedliwości systemu. Generalnie system podatkowy powinien działać w ten sposób, żeby jak najmniej ingerował w to, jakie decyzje podejmują ludzie na rynku pracy czy w biznesie.
Dlaczego - jak pan sądzi - rząd zdecydował się na takie zmiany?
- Rząd rozpoczynał politykę społeczno-gospodarczą od dużej obietnicy podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł rocznie. Ta decyzja była przesuwana, rozwadniana, a ostatecznie wygląda na to, że rząd się z niej wycofa. Propozycje, które pojawiły się ostatnio, czyli zmian podatkowych powyżej obecnego progu 120 tys. zł są wynikiem licznych dyskusji o konieczności podniesienia tego progu. Częściowo wynika to pewnie z rosnących korzyści rozliczania się liniowo lub w ramach ryczałtu - bo tam tego progu nie ma. Dyskusja toczyła się zarówno w ramach partii koalicyjnych, jak i po stronie Prawa i Sprawiedliwości. Przypomnijmy, że próg się nie zmienił od 2022 roku, czyli od czasu, kiedy wszedł tzw. Polski Ład. Częścią obecnej propozycji jest wprowadzenie 24-procentowej stawki, co służy głównie ograniczeniu kosztów zmiany wysokości progu przy jednoczesnym obniżeniu zakresu dochodu opodatkowanego stawką 32 proc. Słowem, wprowadzenie wyższej, pośredniej stawki między 120 a 150 tys. zł po prostu ograniczy koszty dla budżetu wynikające z przeniesienia najwyższej stawki 32 proc. powyżej 150 tys. zł.
Kto się z tych zmian ucieszy?
- Ten ruch jest gestem w kierunku osób, które jeszcze zostały na skali, a osiągają wysokie dochody. Ich obciążenia podatkowe szybko wzrosły w związku z nominalnym i realnym wzrostem wynagrodzeń, bo system został zamrożony w 2022 roku. Jeżeli patrzymy na dynamikę wynagrodzeń, próg powinien być znacząco wyższy i generalnie wszystkie nominalne elementy systemu powinny być istotnie podniesione. Dotyczy to zarówno progu, jak i kwoty wolnej od podatku. Interesujące jest to, że rząd skupił się na progu podatkowym, a nie na kwocie wolnej.
A powinien?
- Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł wiązałoby się z olbrzymimi kosztami dla budżetu. Zmiana progu, wprowadzenie drugiej, środkowej stawki też powoduje pewne koszty, a jednak rząd zdecydował się na tę drugą propozycję. A przecież można było tak skalibrować zmianę kwoty wolnej - podnieść ją do wartości niższej niż 60 tys. zł - żeby koszty tej operacji byłyby takie same, jak zmiany, które rząd ogłosił. W takim przypadku przy tym samym koszcie dla budżetu rząd mógłby ulżyć prawie wszystkim podatnikom, a nie tylko tym, których dochody do podatkowania są wyższe niż 120 tys. zł.
Mamy więc beneficjentów. A słyszy pan, jak ryczałtowcy płaczą?
- Zmiana limitu przychodów uprawniających do ryczałtu to ważna i bardzo dobra propozycja. To w tym całym pakiecie jest najważniejszy krok w kierunku większej sprawiedliwości systemu w tym sensie, że osoby tak samo pracujące, o podobnych dochodach miałyby niższą skalę preferencji w sytuacji, gdy przechodzą na ryczałt. Dzisiaj są silne bodźce finansowe, żeby uciekać ze skali i przechodzić do różnych form zatrudnienia pozaetatowego. To zakłóca proces decyzyjny i silnie wpływa na system podatkowy, gdyż obciążenia są tak różne, że decyzje o tym, jaką formę zatrudnienia wybieramy, czy w jakiej formie zatrudniamy pracowników są determinowane nie optymalnym sposobem podejścia do działalności gospodarczej, tylko tym, jakie są stawki podatkowe. W tym właśnie sensie propozycja jest racjonalizacją systemu, gdyż obniżane są podatki w przypadku osób rozliczających się według skali, a finansowane jest to ograniczeniem preferencji podatkowych dla rozliczających się ryczałtowo. Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby rząd jeszcze bardziej restrykcyjnie do tego podszedł. Ryczałt właściwie w ogóle nie powinien istnieć, z jakimiś ewentualnie małymi wyjątkami. Zarówno od strony ekonomicznej, jak i z perspektywy sprawiedliwości społecznej tego rodzaju rozdrobnienie systemu jest kompletnie nieuzasadnione.
Czy w rządowym daniu podatkowym jest choć trochę sosu sprawiedliwości społecznej?
- W rządowej propozycji zadziwiające jest to, że skierowana jest ona głównie do osób czy gospodarstw domowych o bardzo wysokich dochodach i w ramach tej grupy rząd dokonuje pewnej redystrybucji. Zmiana ryczałtu i zmiana progu pokazuje podejście do podatkowania, które tak naprawdę dotyczy tylko najbogatszych i nie jest jasne, jak ci o niższych dochodach na tym mogliby skorzystać. Mówimy o reformie mającej ulżyć tym, którzy mają dochód do opodatkowania powyżej 120 tys. zł rocznie, a obciążyć tych, którzy mają przychody powyżej 250 tys. euro rocznie. I jedne, i drugie to gospodarstwa domowe w bardzo dobrej sytuacji finansowej. I właśnie to jest efektem odejścia od dyskusji o wyższej kwocie wolnej, której zarówno realna, jak i relatywna wartość, czyli wartość względem rosnących zarobków, zdecydowanie zmniejszyła się od 2022 roku.
Słowem nie znajdziemy w reformie niczego, co mogłoby ucieszyć biedniejszych podatników?
- To nie tylko odpowiedzialność obecnego rządu, ale również poprzedniego. Zarówno progi, jak i kwota wolna powinny były się zmieniać już w 2023 i 2024 roku. Pamiętajmy, że to właśnie w tych latach nominalne, ale też realne zarobki i inne dochody rosły bardzo szybko, więc coraz więcej osób szybciej wyczerpywało kwotę wolną. I coraz więcej osób wpadało w wyższą stawkę podatkową. Jeśli natomiast chodzi o wykorzystanie systemu podatkowego do transferów czy wsparcia, to w tej propozycji niczego takiego nie ma. Nie tylko ze względu na pozostawienie kwoty wolnej na poziomie 30 tys. zł, ale też na brak zmiany dosyć ważnego elementu transferowego w obszarze podatków dochodowych, jakim jest ulga podatkowa na dzieci.
Czyli?
- Wartość ulgi na dzieci jest zamrożona od wielu lat i w związku z tym i realna wartość ulgi przy rosnących cenach, i relatywna wartość względem rosnących realnie i nominalnie zarobków jest coraz niższa. A jest to ciekawy element podatkowy, również w tym sensie, że pozwala na odzyskanie zapłaconego podatku w kwocie wyższej niż zapłacony podatek. Funkcjonuje ona w ten sposób, że osoby, które mają dzieci, a mają niskie dochody i w związku z tym zapłaciły niski podatek, mogą ulgę odliczyć sobie od ZUS i od składek zdrowotnych. Ulga na dzieci to element systemu służący wsparciu rodzin, związany z aktywnością ekonomiczną i pracą. Nie wykorzystujemy go do tego, żeby wspierać rodziny, nie podnosimy jego wartości, żeby jakoś pomóc rodzinom z dziećmi za pośrednictwem systemu podatkowego.
Jest przecież podwyżka daniny solidarnościowej, czyli bolesny cios w bogatych. Może to jakaś kropla redystrybucji?
- Jeśli mówić o komplikowaniu systemu, to danina solidarnościowa jest właśnie takim elementem, tak jak zresztą kilka innych, które należałoby uporządkować i włączyć w całość systemu. To nie jest żadna danina, tylko po prostu element systemu podatkowego. Co ważne i co warto podkreślić, to to, że istnienie tej daniny - obciążającej wysoko zarabiające osoby na skali i podatku liniowym - to kolejny element preferencji podatników rozliczających się ryczałtowo. To jest kompletne nieporozumienie! Zatem niby jest to taka nakładka na system, żeby móc powiedzieć, że jesteśmy jednak redystrybucyjnie nastawieni, ale taka, że dużej części najlepiej zarabiających nie obejmuje. Dlatego dziwię się, że podnoszą się głosy, że system jest skomplikowany środkową czy drugą stawką podatkową, a nikt nie mówi o tym, że tak naprawdę komplikują go tego rodzaju absurdalne nakładki.
Mamy więcej takich absurdów?
- Są to podstawowe elementy, jak choćby samo to, że mamy system skali podatkowej, system liniowy i do tego jeszcze mamy ryczałt. Wszystko należałoby w jakiś kompleksowy sposób ujednolicić i zracjonalizować. Rząd - jak widać - do takich zmian, koniecznych moim zdaniem, podchodzi bardzo ostrożnie. Poza daniną solidarnościową oczywistym absurdalnym elementem systemu jest zwolnienie rodzin mających więcej niż czworo dzieci właściwie w ogóle z płacenia podatku, wprowadzone w ramach "Polskiego Ładu". Dla tych rodzin system obciążeń podatkowych niejako uruchamia się dopiero po przekroczeniu przychodu w wysokości nawet 170 tys. zł rocznie. Kierowanie wsparcia w systemie podatkowym do rodzin wielodzietnych jest oczywiście jak najbardziej uzasadnione, jednak to rozwiązanie, w związku z innymi ulgami skierowanymi do rodzin, najwyższe wsparcie kieruje do dużych rodzin o bardzo wysokich dochodach. Rodziny 4+ , jeśli mają niskie dochody, to nie korzystają ze zwolnienia opodatkowania dla rodzin 4+, a korzystają w bardzo dużym stopniu te, które mają bardzo wysokie dochody. To jest w moim przekonaniu naprawdę zadziwiające podejście do polityki redystrybucyjnej i polityki prorodzinnej. Co więcej padła też propozycja ze strony prezydenta, żeby takie podejście zastosować również względem rodzin z dwójką i trójką dzieci. W naszych zeszłorocznych analizach pokazaliśmy redystrybucyjne skutki takiego rozszerzenia - znów zyskaliby głównie najbogatsi. Oprócz istnienia kilku form opodatkowania tej samej formy aktywności gospodarczej, absurdem jest także zróżnicowanie form opłacania składek zdrowotnych, bo jedno z drugim jest ściśle połączone. To kolejny element, który powinien zostać zreformowany i ujednolicony. W ramach licznych reform kolejne rządy poszły w ekonomicznie bardzo nieracjonalne poszatkowanie systemu, po to by z takich czy innych względów zadowolić kolejne grupy podatników. Efektem jest to, że obecny system sprawia wrażenie stworzonego pod konkretne, mniejsze czy większe grupy zawodowe.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy zwracał uwagę, że współczynnik Giniego w Polsce jest niemal taki sam przed transferami, jak po transferach, co znaczy, że są nieskuteczne albo ich nie ma. Jak to wygląda?
- W obszarze świadczeń społecznych mamy od dawna systemy wsparcia gospodarstw o niskich dochodach takie jak dodatek mieszkaniowy, pomoc społeczną i świadczenia rodzinne. Jednak od czasu wprowadzenia świadczenia 500+ oraz 13. i 14. emerytury, te mechanizmy zeszły na dalszy plan i zostały właściwie zapomniane. Co istotne, te systemy wsparcia - przy odpowiednich zmianach i uelastycznieniu procedur - mogłyby być wykorzystywane w różnych kryzysowych sytuacjach. Jednak, gdy przychodzi jakiś kryzys kolejne rządy wymyślają na szybko jakieś nowe rozwiązania. Te, by zadziałały szybko najczęściej mają prostą strukturę i wsparcie kierują do wszystkich - tych, którzy tego potrzebują, jak i tych, którym wsparcie nie jest konieczne. To bardzo nieefektywne i kosztowne podejście do polityki społecznej. Takie narzędzia jak pomoc społeczna czy dodatek mieszkaniowy mogłyby być wykorzystane, gdyby zostały zmodyfikowane, unowocześnione, zintegrowane informatycznie. Można byłoby je wykorzystać w sytuacjach, gdy pojawi się kolejny kryzys. Ale są albo zupełnie zapomniane i niewykorzystywane, albo działają siłą inercji.
Premier Donald Tusk, gdy przedstawiał propozycje rządowych zmian, kilkakrotnie podkreślał, że będą one "neutralne", to znaczy nie przyniosą większych wpływów do budżetu ani ich nie zmniejszą. To się dzieje w czasie, kiedy państwo ma tak ogromne wydatki na zbrojenia. Byłem zdumiony. A pan?
- Najważniejszym wyzwaniem dla rządu nie jest to, jak różne elementy systemu dostosować, tylko problem podejścia prezydenta, który zapowiedział, że będzie blokował każdą zmianę podnoszącą opodatkowanie. Rząd miał już inicjatywy zwiększające opodatkowanie, np. w obszarze akcyzy i spotkał się z niekorzystnymi reakcjami ze strony prezydenta. W tej sytuacji jakakolwiek kompleksowa reforma systemu jest właściwie niemożliwa, bo z deklaracji prezydenta wynika, że on będzie akceptował tylko zmiany, które prowadzą do obniżenia podatku. Niemożliwa jest jakakolwiek propozycja, której elementem jest redystrybucja, w tym sensie, że trzeba znaleźć środki na to, żeby obniżyć podatki tym, którym chcemy je obniżyć. Jeżeli taka deklaracja pada i w ten sposób prezydent będzie podchodził do propozycji zmian podatkowych wychodzących z rządu, to każda zmiana jest w jakimś sensie skazana na veto. Wygląda zatem na to, że jedyną szansą na racjonalizację systemu podatkowo-świadczeniowego jest zbudowanie koalicji zdolnej veto prezydenta odrzucić. Taka większość jest jednak obecnie mało prawdopodobna.
To znaczy, że zmiany, które zaproponował rząd także mogą zostać zawetowane?
- Z tego co rozumiem, podejście prezydenta nie jest takie, że on będzie pilnował ogólnego poziomu opodatkowania w Polsce i nie pozwoli na to, żeby ten poziom wzrastał, tylko będzie blokował wszelkie inicjatywy, które prowadzą do podniesienia opodatkowania w jakimkolwiek obszarze. Przy takim podejściu niemożliwe na przykład byłoby sfinansowanie podniesienia kwoty wolnej od podatku wyższą stawką podatkową. Wówczas byłyby osoby, które by na tym korzystały, byłyby takie, dla których taka reforma mogłaby być mniej więcej neutralna i osoby, które musiałyby na tym stracić, żeby do tego rodzaju redystrybucji mogło dojść. Przy zadeklarowanym podejściu prezydenta - jak rozumiem - akceptowane będą tylko te inicjatywy, które będą prowadziły do niższych podatków, a blokowane będą te, które mimo neutralności dla budżetu, niektórym obniżają podatki, a niektórym podnoszą. Wynika z tego, że z proponowanej reformy ostatecznie nic nie wyjdzie, chyba że znajdzie się większość w parlamencie, która veto odrzuci. W przeciwnym razie rząd będzie miał związane ręce.
To dokąd jedziemy?
- Jeżeli musimy zwiększać wydatki, a nie możemy podnieść podatków lub zmniejszyć wydatków, to konsekwencje są oczywiste. Będzie nadal wysoki deficyt i będzie nadal rósł dług publiczny, a tym samym koszty jego obsługi. A jeśli blokowane będą nawet neutralne dla budżetu zmiany, to nie uda się nawet w najmniejszym stopniu korekta funkcjonujących złych rozwiązań.
Rozmawiał: Jacek Ramotowski














