- Bezpieczeństwo nie może być przedmiotem sporu politycznego. Nigdy. I nie pozwolę na to, jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, bo bezpieczeństwo zapewnić musimy wszystkim, a zapewniają je żołnierze, także o różnych poglądach politycznych i o różnych decyzjach przy urnie wyborczej - to słowa, które 15 sierpnia ubiegłego roku wypowiedział prezydent Karol Nawrocki.
Minęło zaledwie kilka miesięcy, gdy okazało się, że to właśnie o kwestie bezpieczeństwa kraju - a dokładniej: wydatków na obronność - będzie toczyć się najpoważniejszy dotąd konflikt między rządem a Pałacem Prezydenckim. Nawrocki nie mógł przyznać, że jest przeciwko finansowaniu obronności, ale zgoda dla rządu byłaby policzkiem dla PiS, dzięki któremu znalazł się na czele kraju. Dlatego zastosował znany już dla siebie unik - własny projekt ustawy. Sprzeciw wobec rządowego projektu został ogłoszony w czwartek (12.03).
NBP chce sprzedać złoto z zyskiem
Zanim pojawiły się szczegóły dotyczące propozycji Nawrockiego opartej na pomocy NBP pojawiły się liczne teorie dotyczące źródła finansowania, na czele z "kreatywną księgowością". Podczas wspólnej konferencji z prezydentem prezes banku centralnego Adam Glapiński mówił o "środkach, które zostaną wykreowane" i rezerwach walutowych, które są "rezerwami wszystkich Polaków".
Tydzień później okazało się, że NBP chce sprzedawać złoto, które dziś jest droższe niż w dniu zakupu. Kolejnym krokiem miałoby być ponowne zakupienie kruszcu. Różnica na tych transakcjach miałaby dawać zysk, przekazywany na sfinansowanie sprzętu dla wojska. I ponownie - sprzedaż, a następnie kolejny zakup.
Scenariusz ten opiera się na dwóch założeniach. Po pierwsze, złoto będzie w przyszłości drożeć. Gdyby tak się jednak nie stało, różnicę ma pokryć Bank Gospodarstwa Krajowego. Po drugie, NBP nadal będzie dążył do zwiększania rezerw złota, docelowo do 700 ton (dziś mamy ich 570).
Prezydent jako zwierzchnik Sił Zbrojnych
Projekt oparty na unijnym mechanizmie zakładał przekazanie Polsce około 200 mld zł w formie pożyczek. Aby znaleźć sensowną kontrpropozycję należy szukać takiego źródła finansowania, które nie tylko nie uderzyłby w i tak zadłużony Skarb Państwa - czego zresztą prezydent zrobić nie może - ale i jednocześnie byłoby skłonne na współpracę z prezydentem. Narodowy Bank Polski z prezesem, którego rząd chce niezmiennie postawić przed Trybunałem Stanu wydaje się więc idealnym rozwiązaniem.
Polska konstytucja nie mówi nic o zarządzaniu majątkiem państwa czy NBP jeśli chodzi o kompetencje prezydenta. Jedynym punktem zaczepienia jest możliwość podejmowania decyzji ws. budżetu. Tu rola głowy państwa się kończy, za jego realizację odpowiedzialny jest rząd.
Jest jednak punkt wspólny dla obu stron - bezpieczeństwo. Prezydent jako zwierzchnik Sił Zbrojnych RP - przynajmniej w teorii - powinien iść ramię w ramię z szefem MON. "W czasie pokoju Prezydent Rzeczypospolitej sprawuje zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej" - głosi ustawa zasadnicza. W czasie wojny zaś prezydent mianuje Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych, ale znów - na wniosek premiera. W praktyce oznacza to, że kompetencje głowy państwa są dość umiarkowane. Co prawda mianuje on Szefa Sztabu Generalnego i dowódców rodzajów Sił Zbrojnych, ale realna możliwość sprawowania władzy w zakresie obronności jest ograniczona przez kompetencje rządu.
Prezydent chce zwiększyć kontrolę nad wydatkami na wojsko
Koncepcja Nawrockiego to nie tylko polityczny ruch przeciwko rządowi. To także próba zwiększenia poziomu decyzyjności ws. armii. Kluczem do osiągnięcia tego celu ma być stworzenie nowego funduszu. Dziś pieniądze na obronność pochodzą zarówno z części budżetu państwa, którym zarządza MON, jak i Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, którego plan finansowy uzgadniany jest z resortem finansów i zatwierdzany przez MON. Gdyby unijne pieniądze z programu SAFE wpłynęły do Polski, całkowitą pieczę również sprawowałby nad nimi rząd.
Nawrocki proponuje inne rozwiązanie - takie, które dzieli decyzyjność także z Pałacem Prezydenckim. Nowy, i co ważne - pozabudżetowy - Polski Fundusz Inwestycji Obronnych w 40 proc. miałby być zarządzany przez środowisko prezydenta. Projekt zakłada, że w skład Rady Funduszu, odpowiedzialnej m.in. za "coroczne zatwierdzanie kierunków i priorytetów", wchodzą przedstawiciel wyznaczony przez prezydenta, jak i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Pozostałą trójkę mieliby stanowić szef MON, MF i przedstawiciel premiera.
Podobnie w przypadku Komitetu Sterującego, zajmującego się m.in. "uchwalanie rocznego planu finansowego Funduszu i zatwierdzanie wydatków" - jego skład mieliby stanowić przedstawiciele: MON, prezydenta, premiera, MSWiA oraz BBN. W ten sposób środowisko Nawrockiego chce mieć wpływ na finansowanie obronności.
MON: Projekt "wykracza poza konstytucyjne uprawnienia" prezydenta
Kluczowym zapisem w projekcie jest kwestia podejmowania decyzji co do wydatkowania pieniędzy. "Organy Funduszu działają kolegialnie, podejmując decyzje większością 2/3 głosów." - czytamy. Oznacza to w praktyce, że aby podjąć decyzję w pięcioosobowym gremium, potrzeba 4 głosów "za". Głosy ze środowiska prezydenta, w teorii, mogłyby ją więc blokować. Co prawda, jest mowa o tym, że przy równości głosów ostateczny ruch ma MON, jednak taka sytuacja miałaby miejsce w przypadku nieobecności lub wstrzymania się danego członka.
- To już wykracza poza konstytucyjne uprawnienia (prezydenta - red.). związane z cywilnym nadzorem nad armią (...) Nie pamiętam, żeby pan minister (Mariusz - red.) Błaszczak angażował prezydenta (Andrzeja - red.) Dudę w podejmowanie decyzji o zakupach zbrojeń. To jest decyzja rządowa - podkreślał na antenie RMF FM szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.
Paulina Błaziak













