Reklama

Siedem grzechów głównych: Chciwość

Ona zawsze była motorem gospodarki, bez niej wszystko by trafił szlag. Jednak ludzi gubi pazerność. Przez zachłanność i głupotę sami pakujemy się w kłopoty.

Z Jackiem Kseniem rozmawia Mira Suchodolska.

Reklama

Mira Suchodolska: Kiedy człowiek może powiedzieć o sobie, że jest zamożny?

Jacek Kseń: - Jedni dobrze się czują, kiedy mają na koncie milion euro, innym wystarcza milion złotych. To kwestia punktu widzenia.

A jakby ocenił pan Polaków na skali chciwości?

- Dolna strefa stanów średnich, a na pewno daleko w tyle za Holendrami i Szwajcarami. Oni chciwość mają w genach. Jesteśmy narodem utracjuszy. Nasi przodkowie przepijali rodowe majątki, przegrywali je w karty i nam taki niefrasobliwy, ciut pogardliwy stosunek do pieniędzy pozostał, choć powoli się to wyrównuje kulturowo. Tylko nie jestem pewien, czy taki brak rozsądku jest faktycznie powodem do chwały. Z drugiej strony sytuacja, kiedy ktoś pracuje bardzo ciężko, pomnaża dzień i noc majątek, ale nic nie wydaje, wszystko odkłada na kupkę, żadnych wakacji, żadnych szaleństw... To jest dopiero chciwość, taka chorobliwa.

Zna pan takich ludzi, jak disneyowski Sknerus McKwacz albo jego pierwowzór Ebenezer Scrooge z "Opowieści wigilijnej" Karola Dickensa?

- Pewnie, że znam. Kilku w Polsce, ale w krajach protestanckich taki typ jest bardziej rozpowszechniony. Inwestuje, akumuluje, spekuluje, ryzykuje. I to jest jego jedyne szczęście, jedyna radość życia, obserwować, jak przybywa zer na rachunku. Chodzi w jednym garniturze, zanim ten się nie rozpadnie, a jak już trzeba kupić następny, idzie do sklepu z używaną odzieżą i kupuje za parę euro, choć w banku w Szwajcarii ma 10 mln. Taki styl, takie wychowanie i kultura.

Ja bym powiedziała, że choroba psychiczna.

- Jest jeszcze jeden rodzaj chciwca, którego nie znoszę. Sam ma, ale nie podzieli się z innymi. Nie da zarobić pracownikom, którzy przyczynili się do jego sukcesu, nie przeznaczy grosza na cele charytatywne, żeby wesprzeć tych, którym mniej udało się w życiu. Obnosi się z bogactwem, na biedniejszych patrzy z pogardą. To świństwo.

A jak pan wydaje swoje pieniądze?

- Prawdę mówiąc, jestem bardziej typem utracjusza niż oszczędzacza. Lubię wydawać pieniądze na rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Głównie na podróże - wyskoczyć na wakacje, na narty. Co roku pojechać do Nowego Jorku na tydzień, poszwędać się po Manhattanie, zaliczyć jakieś przedstawienia na Broadwayu. Albo posiedzieć kilka dni w Paryżu, moja córka tam mieszka. Uwielbiam Berlin, to bardzo fajne miasto. Wkrótce jadę do Rzymu. Takie jeżdżenie po świecie jest bardzo odświeżające. Wie pani, ja lubię sobie na Roland Garros wyskoczyć, kocham koncerty rockowe, nie potrafię sobie odmówić, kiedy wiem, że gdzieś tam w świecie będzie grała świetna kapela. Mam wreszcie swój ulubiony zespół, Dżem, od lat mu kibicuję, pomagam, jeżdżę z nimi w trasy. Taki mój bzik, że chcę być blisko nich. Bardzo mnie też kręci, że mogę się zatrzymać w dobrych hotelach, takich naprawdę z górnej półki. I zjeść w restauracjach, które mają gwiazdki Michelina. Stać mnie na to. Ale oszczędności emerytalnych nie ruszam. Ja w ogóle mam wszystko, czego mi potrzeba. Piękny dom, dobry samochód, wprawdzie siedmioletni, ale całkiem dobrze jeździ.

No proszę, a mówi się, że ludzie z Poznania są tak bardzo oszczędni, że mogą się równać w skąpstwie ze Szkotami.

- U mnie w domu była specyficzna atmosfera: zawsze się dużo działo, pełno gości, ojciec miał gest. I to mi zostało. Tak samo, jak podejście do ludzi: żeby skracać dystans, do każdego podchodzić przyjaźnie. O, we Francji to jest straszna celebra, choć nam się wydaje, że to ludzie, którzy potrafią się cieszyć życiem. W każdym razie w tym środowisku, w którym się obracałem w Paryżu, dość majętnych ludzi, jeśli chciało się kogoś zaprosić, trzeba to było robić z kilkutygodniowych wyprzedzeniem. A potem już w gościach aperitif sączony przez półtorej godziny, obiad przynajmniej z pięciu dań, toalety, garnitury. To ja już wolę podejście skąpych Holendrów, którzy potrafią zadzwonić i powiedzieć: stary, mam piwo, przynieś żółty ser, zrobimy w ogródku imprezę.

To faktycznie prostsza i oszczędniejsza opcja na życie towarzyskie. Ale rozumem, że w pewnym środowisku trzeba się pokazać. Na pewnym poziomie wszyscy już mają piękne domy i dobre auta. To w jaki sposób rywalizują ze sobą bogaci ludzie?

- Oczywiście tym, kto ma więcej pieniędzy. To podstawa. Ale jeśli się już wejdzie do pewnego klubu, to parę milionów w jedną czy drugą stronę nie robi większej różnicy. Ważne są zaś wpływy: kogo się zna, co można załatwić. Dobrze widziana jest wiedza, taka nie tylko zawodowa. Każdy chciałby pokazać, że jest erudytą. No i sport. Trzeba dobrze jeździć na nartach, pływać jachtem, grać w tenisa czy golfa. Ja dzięki tenisowi poznałem we Francji wielu ludzi, którzy potem pomogli mi w życiu zawodowym. A wszystko dzięki temu, że spotykaliśmy się na tych samych kortach.

A przedmioty? Ile jest pan w stanie zapłacić za krzesło?

- No, to zależy, jakie i kto je projektował? Czy jest piękne? Piękne rzeczy muszą kosztować.

Na przykład telefon komórkowy wysadzany diamentami za milion złotych.

- E, nie, to już jest głupota. To chęć pokazania się za wszelką cenę, co jest objawem pychy. Ale to już całkiem inny grzech. Jednak z dwojga złego wolę być chciwym niż pysznym.

Chciwość to ponoć taki grzech, od którego człowiekowi robi się smutno na duszy. Pan nie wygląda na smutnego człowieka. Przeszedł pan do historii nie tylko jako jeden z ojców założycieli nowoczesnej bankowości w Polsce, ale też jako jeden z najlepiej wynagradzanych prezesów. Roczna pensja w wysokości 5,6 mln zł robi wrażenie. Ja szalałabym z radości z tego powodu.

- Może się pani uśmieje, ale przez wiele lat, kiedy pracowałem jako prezes BZ WBK, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zarabiam jakieś 60 proc. pensji warszawskich prezesów banków. I to mimo tego, że to mój bank świetnie zarabiał, miał najlepsze wyniki w Polsce. Ale, choć to może dziwnie zabrzmi, zupełnie mnie to nie interesowało. Dopiero po 11 latach, kiedy zdecydowałem się odejść z bankowości, negocjowałem odprawę. I żeby była jasność, ta kwota, którą pani wymieniła, obejmuje mój fundusz emerytalny w wysokości 1 mln zł, do którego będę miał prawo, dopiero kiedy osiągnę wiek emerytalny. W dodatku akcjonariusze chcieli mnie w ten sposób uhonorować za dobrą pracę, bo przez cały czas mojej prezesury moje dochody nie przekraczały 1 mln zł rocznie. Ale zdaję sobie sprawę, że taka okrągła suma robi wrażenie.

Faktycznie, robi. Ale w porównaniu z zarobkami innych szefów banków, zwłaszcza tych amerykańskich, można powiedzieć, że był pan żebrakiem. Tak nawiasem mówiąc, mógł pan zarabiać dalej i być ważnym człowiekiem. Proponowano panu objęcie steru PKO BP, a pan odrzucił fuchę, za którą niejeden byłby gotów zamordować swoją rodzinę. Dlaczego?

- Dwa razy proponowano mi, żebym był kandydatem do tej funkcji. I wcale nie jest powiedziane, że bym wygrał, choć dziś wydaje mi się, że tak by było. Ale nie miałem zamiaru brać udziału w tym wyścigu, po prostu nie chciałem mieć nic wspólnego ze spółkami z udziałem Skarbu Państwa. Mam z tym złe doświadczenia, byłem przecież przewodniczącym rady nadzorczej PLL LOT. Najbardziej przeszkadzało mi to, że nie mogłem w tej państwowej firmie skompletować profesjonalnej załogi. Bo nawet jak już znalazłem kogoś, kto był dobry i mógł się przyczynić do pomnożenia majątku spółki, okazywało się zaraz, że jest ktoś inny, lepszy, bo politycznie po linii i po bazie. Kompetencje nie miały znaczenia. Inna sprawa, że tęskniłem za wolnością. I już trochę w niej zasmakowałem. Więc po jaka cholerę była mi prezesura PKO BP? Zwłaszcza że to polityczna funkcja, a ja zawsze od polityki starałem się trzymać jak najdalej.

Hm, to przejedźmy się po pana życiorysie. Człowiek, który w latach 70. XX w. idzie studiować ekonomię, w domyśle socjalistyczną, jest ciut podejrzany.

- Urodziłem się i wychowałem w Poznaniu, to miasto targowe. W moi domu, także za czasów głębokiej komuny, zatrzymywali się cudzoziemcy, zwykle Holendrzy. Byłem ciekawy innego świata. Miałem dobry start, bo rodzice fundowali mi lekcje angielskiego, uczyłem się też rosyjskiego, marzyłem o studiach na handlu zagranicznym. I się dostałem.

A kim byli pana rodzice?

- Muszę panią rozczarować, bo to nie byli żadni komunistyczni kacykowie. Mama pracowała w rektoracie poznańskiej Akademii Ekonomicznej, a tata był prywaciarzem. Od 1956 r. miał firmę, zatrudniał dziesięć osób i robił na wtryskarkach jakieś pudełka z plastiku i zabawki. Mnie od małego interesowała ekonomia, chciałem wiedzieć, jak robić biznes, jak to wszystko może się kręcić w większej perspektywie. Pamiętam, jak na I roku studiów na egzaminie dostałem pytanie "od czego zależy cena towaru". Zgodnie ze swoją wiedzą odparłem, że od popytu i podaży. I dostałem dwóję, bo prawidłowa odpowiedź brzmiała w ekonomii marksistowskiej, że od wartości towaru. Ale to mnie nie zniechęciło. Pod koniec studiów zainteresowały mnie rynki finansowe. Jak już udało mi się dostać na studia doktoranckie, wybrałem sobie temat pracy: rynek eurodolara i jego rola ekonomiczna. Kiedy się obroniłem, byłem bardzo młodym człowiekiem, miałem 27 lat. I dzięki mojemu promotorowi udało mi się skonfrontować teorię z praktyką: przyjęli mnie do Banku Handlowego.

Jak smakowała pierwsza praca w banku? Jak pachniały te wielkie pieniądze?

- Zanim mnie dopuścili do prawdziwych transakcji, trzeba było popracować w backoffisie, czyli przy obsłudze klientów. Jakieś pół roku. Ale jak już pozwolili mi zajrzeć za kurtynę, to żadnych wielkich historii tam nie było. To była połowa lat 70., więc było, jak było. Teleksów ponastawiano, po jednej stronie sali te od rynku pieniężnego, po drugiej handel walutami. Na małym podwyższeniu siedzieli dyrektorzy i kontrolowali. Mieliśmy dwa stałe łącza telefoniczne ze swoimi brokerami w Londynie i w Duesseldorfie. Taki broker wisiał na kilku słuchawkach, był w kontakcie z kilkoma bankami, które zgłaszały najlepsze i najgorsze ceny za walutę. Trzeba było być czujnym. Jak ktoś wyczuł interes, dobrą cenę, robił bid, czyli kupował.

Kiedy zarobił pan pierwsze duże pieniądze?

- To był rok 1987, choć pieniądze dostałem rok później. Pracowałem już we Francji, zajmowałem się tam obligacjami. To był w ogóle dziwny rok, spadki na giełdzie, indeksy pikowały po 30 proc. Przez kilka dni nie wychodziłem z pracy, nie jadłem, nie spałem. Ale myślałem. I udało mi się wykoncypować, że europejskie rządy będą obniżać stopy procentowe. Miałem dobry kontakt z kolegami z USA, wiedziałem, że pewne trendy z opóźnieniem przychodzą na Stary Kontynent. A w Stanach już można było wyczuć poprawę koniunktury. Zacząłem jak wściekły kupować obligacje w okresie największej paniki we Francji. I zarobiłem. Zrobiłem takie wyniki, że - to był listopad - mój szef poprosił mnie do siebie i powiedział, żebym wziął sobie urlop. Bo zarobek banku był już taki, iż nie trzeba było nic robić, tylko odcinać kupony. To pojechałem w trasę po Europie. Spędziłem bardzo fajny czas, pamiętam dzikie imprezy w Londynie. Ale pamiętam też dwóch moich znajomych Francuzów, właścicieli firm maklerskich, którzy wtedy przegrali, stracili majątek całych pokoleń. I popełnili samobójstwo. To był taki czas.

Co się czuje, kiedy gra się o taką megakasę?

- Podniecenie. To fajne uczucie. Ale jest różnica między tym, co było wtedy, a tym, co jest dziś. I nie chodzi tylko o to, że wówczas było mniej ekranów komputerowych, że sukces zależał głównie od znajomości ludzi, języków, umiejętności porozumiewania się z nimi i zdolności analitycznych. To był wtedy rodzaj megagry strategicznej. Ja byłem wyczynowym graczem w brydża, co się bardzo przydało - przede wszystkim dawało dystans. Dziś wszystko oparte jest na modelach matematycznych, mniej pola zostaje dla intuicji. Ale ja zawsze wychodzę z założenia, że rynek ma zawsze rację, nawet jak się na nim dzieje źle. I tego trzeba się trzymać. Znam wiele osób, które dzięki swojemu szczęściu szybko odniosły sukces, zakochały się w nim, zbrakło im pokory. Wygrywały przez rok, dwa, ale zgubiły czujność. I zginęły.

Wie pan, dla mnie to jest jedna wielka nieuczciwość. Widział pan pewnie film "Chciwość". Jest w nim fragment, kiedy ludzie z jednego banku, wiedząc, że mają zamiast papierów zwyczajne śmieci, stają na głowie, żeby je sprzedać innym. Żeby tamci popłynęli, a oni wygrali. I to się udaje.

- Pamiętam. Jedno zastrzeżenie, że tamci wprawdzie upłynniają papiery, ale sporo tracą na tym. Tyle że nie bankrutują.

Więc wszystko jest w porządku?

- Moja działalność zawsze dotyczyła rynków wymiernych, produktów płynnych, gdzie transakcje są uczciwe. Wystarczy się orientować w trendach, żeby pewne procesy przewidzieć. To, o czym pani mówi, o czym traktuje ten film, to obligacje syntetyczne, produkt mało płynny, który strasznie trudno sprzedać. Mówiąc obrazowo, najgorsze, śmieciowe obligacje, spakowane razem, z których zrobiono jeden towar. I tamci ludzie na filmie, a także wielu w rzeczywistości, sprzedawali te obligacje w momencie, kiedy panika stała już za drzwiami. I nie mam wątpliwości, że osoby, które tworzyły ten produkt, miały na myśli właśnie to, żeby oszukać naiwnych. Choć dopuszczam myśl, że inni, ci, którzy je sprzedawali, mogli nie być świadomi oszustwa, wierzyli, że mają do upłynnienia fantastyczny produkt.

Ja jakoś słabo wierzę w te dobre intencje. Kryzys nie wziął się z powietrza.

- Przyczyn kryzysu jest wiele, nie ma jednej. Ja zacząłbym rozliczenia od polityków z USA, którzy zaczęli wmawiać ludziom, że każdy nie tylko może, lecz także powinien mieć dom. Banki zareagowały na to dictum natychmiast, zaczęła się akcja kredyt dla każdego. A jednocześnie instytucje finansowe rzuciły się, aby tworzyć ryzykowne obligacje, o których wspomniałem. Mało tego. Wielkie firmy ubezpieczały te ryzykowne transakcje, a firmy ratingowe dawały im największą wycenę z możliwych.

Mówi pan, że nie wszyscy byli oszustami. A ja myślę, że wszyscy wiedzieli.

- Sprzedawca, jak ma prikaz sprzedawać, to sprzedaje. Taka jego robota. Do mnie też dzwonią różni ludzie, oferują mi a to lampy ratujące życie, a to koce z wielbłądziej wełny, które pomagają na wszystko, łącznie z hemoroidami. I ode mnie zależy, czy wejdę w transakcję. W przypadku tych syntetycznych obligacji klientami nie byli nieświadomi niczego ludzie, staruszki oddające oszczędności życia, ale profesjonaliści. Instytucje typu fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe. W ich imieniu transakcje podejmowali ludzie, którzy mieli wiedzę, umieli myśleć, nie przeciętni Kowalscy jak w przypadku Amber Gold. Ale jednych i drugich zgubiła właśnie chciwość.

A przecież, jak mówi jeden z bohaterów filmu "Wall Street" Oliviera Stone'a: chciwość jest dobra. Chciwość jest słuszna. Chciwość jest skuteczna. Chciwość oczyszcza, chwyta istotę ducha ewolucji. Chciwość w każdej formie. Chciwość życia, pieniędzy, miłości, wiedzy odznaczyła się rozwojem ludzkości.

- I to jest poniekąd prawda. Każdy chciałby zarobić. Po to, aby lepiej żyć, aby spłacić długi, aby wspomóc bliskich. Chciwość zawsze była motorem gospodarki, bez niej wszystko by trafił szlag. Poza tym powiem pani tak: życie to ryzyko. I podejmując każdą decyzję, w jakiś sposób ryzykujemy. Nie podejmując również. Trzymać pieniądze w szufladzie źle, bo tracą na wartości albo dom się spali lub przyjdzie złodziej i ukradnie. To lepiej inwestować. Ale mądrze. Jednak ludzi gubi pazerność. Amber Gold było typową piramidą, tak samo jak piramida Madoffa. A jednak znalazło się wielu takich, którzy oddali im swoje oszczędności, bo chcieli wierzyć, że jakimś cudownym sposobem zyskają kilkanaście razy więcej, niż oferuje rynek. Inni kupują ryzykowne papiery, na których się nie znają, nie mają pojęcia, jak to działa. I jeszcze lewarują się kredytem, co jest szczytem głupoty. I przez tę swoją zachłanność wpędzają się w kłopoty, na własne życzenie. Z kolei inni, nieuczciwi ludzie na tym korzystają. Ja uważam, że chciwość nie musi być ani głupia, ani nieuczciwa. Jeśli oczywiście zdefiniujemy ją tutaj jako chęć zarabiania pieniędzy.

Dla pieniędzy ludzie są w stanie robić różne głupie i złe rzeczy. Myślę, że w pewnych sytuacjach wyłącza się myślenie o tym, co złe, a co dobre. Jest tylko żądza. To tak jak z hazardem.

- Ma pani rację. Ci znajomi Francuzi, którzy popełnili samobójstwa, to byli młodzi ludzie. Niedaleko banku, w którym pracowałem, była giełda paryska, oni tam mieli biura swoich firm. Zatrudniali, każdy z tej dwójki, po kilkadziesiąt osób, kiedy indeksy zaczęły się sypać, a oni tracić, wpadli w panikę. Nie mieli dużego doświadczenia. I jestem przekonany, że prawdziwe kłopoty zaczęły się wówczas, kiedy chcieli się odegrać. Zabrakło im wiedzy i instynktu. A potem podjęli kolejną złą decyzję - postanowili umrzeć. To przysłowie o ojcu, który bije syna nie za to, że gra, ale że chce się odegrać, ma w sobie mądrość. Widziałem w życiu wielu hazardzistów, np. w czynnym 24 godziny na dobę kasynie w Makao. Bladzi, obłęd w oczach, drżące ręce. W głębi duszy wiedzą, że już po sprawie, że wszystko stracili, ale stawiają dalej. To przypadek nie tylko amatorów blackjacka czy ruletki, ale wielu młodych osób, które miały szczęście, odniosły szybko finansowy sukces i uznały, że teraz będą tylko wygrywać. A to kasyno wygrywa w ostatecznym rachunku.

Mechanizm psychologiczny, o którym pan opowiada, jest prosty. Nie bardzo rozumiem, dlaczego na rynkach finansowych, które niby są kontrolowane, tacy wariaci mogą zaistnieć. Bo pana znajomi zaryzykowali majątek swoich firm. Ale ile razy się zdarza, że nakręceni traderzy doprowadzają do ruiny swoje firmy.

- Faktycznie, jest wiele takich przypadków. Można mnożyć przykłady: francuski bank Societe Generale stracił 4 mld euro, amerykańska filia AIB 800 mln dol., wtopił bank japoński, bank w Hongkongu, a Nick Leeson doprowadził do upadku bank Barings. Choć nie jestem pewien, czy w tego rodzaju przypadkach w grę wchodziła chciwość, czy głupota. Bo ci ludzie robili transakcje na konta swoich banków i nie mogli liczyć na niebotyczne wzbogacenie się, a tylko na bonus za dobrą sprzedaż. Więc myślę, że tutaj intencja była inna: ukrycie niekompetencji, odegranie się.

Więc nic dziwnego, że kiedy wybuchł w 2008 r. kryzys, ludzie na forach apelowali do bankowców: skaczcie. Z dachu, oczywiście.

- W każdym banku jest wiele departamentów, pracują tam ludzie załatwiający kredyty, sprzedający ubezpieczenia, obsługujący klientów. Większość z nich nie ma nic wspólnego z rynkami finansowymi. Ci, o których pani mówi, to wąska grupa traderów. I to oni wpędzili świat w kłopoty. Był taki świetny bank, Merrill Lynch, bardzo rentowny, bardzo poukładany, przynoszący zyski. I pogrążyła go grupa 12 sprzedawców, którzy skupowali śmieciowe obligacje. Utopili go, został sprzedany za grosze.

Ale świat nie wyciągnął z tego wniosków. W USA zarobki i premie bankowców wróciły, a nawet przekroczyły poziomy sprzed kryzysu.

- Stany Zjednoczone to jest szczególny kraj, tam była największa zapaść, ale oni już wylizali swoje rany. Pewnie dlatego, że tam nie ma utrudnień na rynku pracy: łatwo kogoś przyjąć, łatwo zwolnić. Ale jeśli chodzi o zarobki prezesów banków, zarówno w Nowym Jorku, jak i w Londynie, to zgadzam się, nie odzwierciedlają one w żaden sposób wkładów ich pracy. Oni stali się swoistymi celebrytami naszego zwariowanego świata, jak gwiazdy filmowe czy znani sportowcy. Bo czy nie jest chore, że piłkarz zarabia 350 tys. funtów tygodniowo? Moim zdaniem to szaleństwo. Pamiętam, że jak pracowałem w Credit Agricole, prezes tego banku był dopiero siódmy na liście płac, jeśli chodzi o zarobki. Pierwsze miejsce zajmował na niej niepozorny facet, który miał mały gabinecik z jedną tylko sekretarką. Ale za to odpowiadał w firmie za rynek ropy naftowej. Więc kiedy się okazało, że w porównaniu z moimi warszawskimi odpowiednikami zarabiam mniej, to wcale się bardzo nie zmartwiłem. Bo powiem pani, że często tak jest, iż ludzie, którzy dostają wygórowane pensje, pracują bardzo krótko.

Pan jest podejrzanym indywiduum. Przyznam, że nie mieści mi się w głowie to, że chciał pan zamienić dobrą posadę w banku francuskim, z lepszą kasą, na polskie niewiadomocosięzdarzy.

- Hazardzista ze mnie wylazł. Chciało mi się robić coś nowego, poważnego. WBK, bank wyłoniony z NBP, był taką nowalijką w naszym kraju. W dodatku znajdował się w całkiem niezłej sytuacji, jeśli chodzi o kwestie detaliczne, biznesowe czy komercyjne. Kręciło mnie to, prawdę mówiąc, że mogę zbudować na jego podstawie normalny bank. Trzeba było wprowadzić do niego takie podstawowe myślenie biznesowe: że trzeba zrobić wyniki, że każdy dział musi mieć swoje plany, a załoga świadomość, na czym się zarabia, a na czym traci i że niedochodowe działania się zamyka. Brzmi banalnie, ale w tamtym czasie, w połowie lat 90., brakowało tego w naszych instytucjach finansowych. To, co było charakterystyczne, to podejmowanie bardzo dużego ryzyka dla bardzo małych zysków.

To chciwość, proszę pana.

- Może i chciwość, ale moim zdaniem raczej brak wiedzy i dojrzałości. Na szczęście ludzie chcieli się uczyć. To był najlepszy czas w mojej karierze. Robiłem rocznie samochodem 100 tys. km, krążąc pomiędzy oddziałami. Rozmawiałem z ludźmi - od dyrektorów po panie siedzące w okienkach. I ja o tym moim banku wiedziałem wszystko. Ale też sporo się nauczyłem, takich ludzkich rzeczy, jeśli chodzi o zarządzanie. Na przykład że jeśli ktoś ma kłopoty osobiste, rozwodzi się, to trzeba go wysłać na urlop, bo nie będzie wydajnym pracownikiem, a tylko firmie zaszkodzi.

A jaką najgorszą rzecz zrobił pan w swojej karierze, coś, czego nie może pan odżałować?

- Straciłem mnóstwo pieniędzy, kiedy upadł mur berliński. Nie przypuszczałem, że rentowność obligacji niemieckich tak pójdzie w górę. Ten 1989 rok to w ogóle był najgorszy rok w mojej karierze. Ale dzięki niemu zrozumiałem, jak ważny jest timing - żeby utrafić z decyzją w sam punkt, nie można za szybko, nie można za późno.

Ha, ha, ha.

- Z czego się pani śmieje?

Bo intencją mojego pytania było takie bardziej moralne odniesienie, w sensie skrzywdzenia kogoś, podłożenia mu nogi. A pan o tym, że stracił.

- Aaa, rozumiem. No cóż, zdarzało mi się zwalniać ludzi, co zawsze związane jest z jakąś krzywdą. Ale takiego świństwa, o jakim pani myśli, to chyba nigdy nie zrobiłem. Może miałem po prostu szczęście, bo jak już mówiłem - pracowałem zawsze w świecie rynków finansowych, gdzie nikt nie może nikogo oszukać. Co innego giełda albo transakcje, gdzie ktoś komuś sprzedaje konkretny towar, w rodzaju kawałka zatrutej ziemi pod osiedle mieszkaniowe.

Każdego człowieka można kupić? W tym znaczeniu, że za sowite wynagrodzenie skłonić do tego, żeby zapomniał o zasadach moralnych?

- To tak jak w tej anegdocie o mężu, który miał dylemat, czy milion dolarów to wystarczająca cena za to, żeby jego żona poszła do łóżka z innym? (śmiech). Myślę, że większość. Ale znajdzie się paru, którzy nigdy, za nic nie przekroczą pewnej granicy. A może tylko, jak twierdzą pesymiści, nikt nigdy nie zaproponował im właściwej ceny.

Jacek Kseń, wieloletni prezes WBK, jeden z twórców nowoczesnej bankowości w Polsce. Wcześniej pracował w Banku Handlowym oraz we francuskich CIC Lyonnaise de Banque oraz Credit Agricole. Od 2007 r. prowadzi własną firmę doradczą

Rozmawiała Mira Suchodolska

28 czerwca 2013 (nr 124)

Dowiedz się więcej na temat: Główną | moralność | ryzyko | pazerność | ludzi | chciwość | Bank Zachodni WBK | grzech | glowne | była

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »