Obecna sytuacja na rynku paliw przestaje ograniczać się do kwestii samego transportu. - O tym nie mówi się jeszcze głośno, ale to dzieje się na rynku ropy. Dla wielu przedsiębiorców problemem są nie tylko rosnące rachunki na stacjach paliw, ale też obawa o podwyżki cen surowca oraz dostępność produktów ropopochodnych - wyjaśnia Interii ekspertka od optymalizacji procesów biznesowych, właścicielka firmy Forconcept Katarzyna Bawolak - Tokarczyk.
Cena diesla rośnie. Pojawia się kolejny problem
Za przykład podaje firmę, która wytwarza produkty gumowe - uszczelki do okien i systemów klimatyzacyjnych. - Wczoraj prowadziłam w niej warsztaty biznesowe. Ich uczestnicy obawiali się o koszt diesla i ceny transportu. Niepokoiły ich również podwyżki cen surowców ropopochodnych, gumy i polimerów, bo przełożą się one na gotowy produkt. Najbardziej jednak uderzyła w nich wiadomość, że zaczyna brakować surowca. Bez niego, dla tej firmy to być albo nie być - podkreśla rozmówczyni.
Ostrzega, że jeżeli sytuacja się przedłuży, coraz częściej będzie dochodziło do zrywania łańcuchów dostaw. - Odbiorcami tych produktów jesteśmy wszyscy, ale uzależniona jest od nich choćby branża budowlana. Co się stanie, jeśli zabraknie polimerów? - pyta rozmówczyni Interii. - Coraz droższa produkcja czy usługi mogą się przełożyć na spadek popytu. Nie wydaje mi się jednak, żeby diesla zabrakło. Wizja przekroczenia 10 zł za litr to dramatyczny scenariusz, którego nie mogę wykluczyć - przyznaje ekspertka od optymalizacji procesów biznesowych.
Pół miliona litrów miesięcznie. Zmiana strategii
JKG jest firmą specjalizującą się w transporcie ponadnormatywnym i ciężkim, gdzie paliwo stanowi 60 proc. kosztów. Ciężarówki tankują jednorazowo tysiąc litrów diesla. Miesięcznie, wszystkie razem zużywają około pół miliona litrów. - Zgodnie z polityką firmy, zawsze mamy zapasy na około tydzień - przyznaje Interii założyciel i prezes firmy Jan Grzegorowski.
Przedsiębiorca nie przewiduje scenariusza, w którym diesla może zabraknąć. Obawia się jednak o skutki wahań cen. , otwiera się w nowym okniePrzyznaje, że obecna sytuacja jest niekomfortowa, wymusza zmianę strategii i obowiązujących w JKG zasad. - Każda firma podpisując umowę stosuje dodatek paliwowy, który zakłada zwykle 5 proc. - 10 proc. margines zmian. Na taką klauzulę każdy godził się w ciemno, nie było problemu. Ale teraz skoki sięgają 30 proc. Przeprowadzamy bardzo trudne rozmowy z klientami - przyznaje rozmówca Interii.
Problem dotyczy nie tylko świeżo zawieranych umów. Ponad połowę prac, jakie realizuje JKG, stanowią zlecenia kontraktowe, podpisywane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, w których ustalono ceny usług. - To była nasza polityka, nacisk, żeby takich zleceń było jak najwięcej. Teraz dostosowujemy się do sytuacji i zastanawiamy nad sensem ich brania - informuje Jan Grzegorowski. Przyznaje, że na pełnym zawirowań i niestabilnym rynku trudno zbudować poduszkę, która zamortyzowałaby zmiany.
Firma transportowa ma jednak kilka pomysłów. Po pierwsze schodzi z marży. Do podpisywanych umów dołącza też klauzulę zawierającą 25 proc. margines zmian. - Klauzula działa w obie strony, nie tylko kiedy cena rośnie, ale też kiedy spada. Wtedy klient płaci mniej - wyjaśnia prezes JKG. Na premie mogą liczyć zaś kierowcy, którzy zjadą z autostrad i zatankują taniej.
Świat bez diesla. Jak w Mad Maxie?
Europa przygotowuje się do odejścia od silników wysokoprężnych. Sprzedaż samochodów z tymi silnikami spada. Do 2035 r. emisja CO2 ma zostać zredukowana o 90 proc. - Świat bez diesla brzmi nieco apokaliptycznie. Kojarzy się z Mad Maxem i obawami, że za chwilę wszystkiego zabraknie - stwierdza strateg biznesu i prezeska Akademii Synergii Biznesu Gabriela Antczak. Zwraca uwagę, że transport jest krwioobiegiem każdej gospodarki i gdyby stanął, trudno sobie wyobrazić skalę strat.
Do zmian, od których nie da się uciec, będzie się musiała dostosować strategia każdej z firm., otwiera się w nowym oknie Zdaniem rozmówczyni, aby Europa mogła udźwignąć odchodzenie od diesla i w miarę łagodnie przejść przemianę, musi podjąć wiele decyzji. - Wyobraża sobie pani kolejki do stacji ładowania, kiedy każdy proces trwa minimum 20 minut? A co z utylizacją aut? I kolejne pytanie - skąd będzie pochodziła energia do samochodów na prąd? Bo jeśli z tradycyjnych elektrowni, to kółko się zamyka, dotykamy absurdu - argumentuje Gabriela Antczak.












