- Sytuacja jest bardzo płynna - nie ukrywał na konferencji prasowej poświęconej prezentacji prognoz MFW zawartych w sztandarowym dokumencie "World Economic Outlook" pod znamiennym tytułem "Global economy in the shadow of war" ("Światowa gospodarka w cieniu wojny") główny ekonomista i dyrektor Departamentu Badań tej instytucji Pierre-Olivier Gourinchas.
Do wybuchu wojny na Środkowym Wschodzie sytuacja światowej gospodarki wyglądała obiecująco. Stosunkowo niewielkie szkody wyrządziły jej cła wprowadzone w zeszłym roku przez prezydenta USA Donalda Trumpa (w rzeczywistości okazały się niższe od zapowiadanych) i amerykańska polityka próbująca pozrywać łańcuchy dostaw w globalnym handlu. Sektor prywatny do nowych warunków gry dostosował się elastycznie, niektóre kraje podsycały popyt zwiększonymi wydatkami z budżetu, warunki finansowe były korzystne (osłabienie dolara), na świecie nastąpił boom na inwestycje technologiczne.
Wszystko to spowodowało, że MFW w styczniu podniósł jeszcze prognozy dla światowej gospodarki, choć widział już ryzyka. Do 28 lutego eksperci Funduszu byli przekonani, że kwietniowe prognozy będą jeszcze lepsze. I nagle - wojna. Jedno jest pewne - wzrost gospodarczy będzie niższy, a inflacja wyższa. Ale konia z rzędem temu, kto odpowie na pytanie - o ile?
Dlatego MFW przedstawił trzy scenariusze - ich warunki zależą od tego, jak długo potrwa paliwowy szok, jak bardzo wrosną ceny energii i jak długo utrzymają się na wysokich poziomach. Podstawowy scenariusz jest stosunkowo łagodny i już widać po przebiegu konfliktu, że stał się mniej realistyczny.
- Nasza prognoza referencyjna (podstawowa) zakłada krótkotrwały konflikt oraz umiarkowany wzrost cen energii o 19 proc. w 2026 roku - mówił Pierre-Olivier Gourinchas.
Na szoku paliwowym może się nie skończyć
Jak szok w paliwowy będzie oddziaływał na gospodarkę? Po pierwsze spowoduje wyższe ceny surowców bo to typowy negatywny szok podażowy, który powoduje wzrost cen i kosztów, zakłócenia w łańcuchach dostaw i osłabienie siły nabywczej ludzi. Ale - po drugie - efekty szoku mogą być silniejsze, jeśli firmy (poprzez podnoszenie cen) i pracownicy (poprzez żądania podwyżek płac) będą próbowali zrekompensować sobie straty. Wtedy może nastąpić spirala cen i płac, zwłaszcza w krajach, gdzie oczekiwania inflacyjne są słabo zakotwiczone. W końcu - po trzecie - mogą zaostrzyć się warunki finansowe. Wyceny aktywów mogą spaść, wyższa może być żądana przez inwestorów premia za ryzyko, mogą nastąpić w różnych krajach odpływy kapitału, a umocnienie dolara może osłabić popyt.
Nawet jeżeli szok na rynku paliw potrwa relatywnie krótko, a średnie ceny energii w tym roku wzrosną zaledwie o 19 proc. (do 80 dolarów za baryłkę ropy średnio w całym roku), wystarczy to, żeby światowa gospodarka doznała szkód. W scenariuszu referencyjnym MFW prognozuje osłabienie wzrostu do 3,1 proc. i wzrost inflacji do 4,4 proc. Inflacja jednak obniży się w 2027 roku. Prognoza wzrostu PKB dla USA przewiduje 2,3 proc. w tym roku, dla gospodarki strefy euro - 1,1 proc., a dla Chin - 4,4 proc. Te prognozy dla świata są niższe od ogłoszonych w styczniu o 0,2 punktu proc.
Scenariusz referencyjny opiera się na założeniu stosunkowo ograniczonego konfliktu, który zakończy się w drugiej połowie roku. Ceny energii w II połowie roku będą się normalizować i podobnie w roku przyszłym. Do tej pory były one na poziomie ok. 100 dolarów za baryłkę ropy, by pod koniec tygodnia spaść do około 85-90 dol.
- Bardzo wyraźnie widać z każdym dniem, że nie mamy rozwiązania, przepływ ropy i gazu przez Cieśninę Ormuz jest coraz bardziej ograniczony, więc odchodzimy od tego scenariusza (…). Ale nadal moglibyśmy mieć normalizację, jeśli zostanie znalezione rozwiązanie, które obniży ceny energii zgodnie z założeniem tego scenariusza - powiedział Pierre-Olivier Gourinchas.
- Powiedziałabym więc, że jesteśmy gdzieś pomiędzy scenariuszem odniesienia a scenariuszem negatywnym. I oczywiście z każdym kolejnym dniem i z każdym kolejnym zaburzeniem w energetyce zbliżamy się do niekorzystnego scenariusza - dodał.
"Ryzyka negatywne są bardzo wysokie"
Scenariusz niekorzystny MFW zakłada właśnie średnioroczne ceny ropy w tym roku na poziomie 100 dolarów za baryłkę oraz ich spadek do 75 dolarów w przyszłym roku. Równocześnie wyższe ceny energii utrzymujące się dłużej spowodują wzrost oczekiwań inflacyjnych i większe zaostrzenie warunków finansowych. Prognoza w tym scenariuszu przewiduje osłabienie wzrostu globalnego PKB do 2,5 proc. i wzrost inflacji do 5,4 proc. w tym roku, przyspieszenie wzrostu do 3 proc. w roku przyszłym wraz z obniżeniem inflacji do 3,9 proc.
Może być jeszcze gorzej. W najgorszym scenariuszu MFW założył, że zakłócenia w dostawach energii utrzymają się także w przyszłym roku. Średnie ceny ropy w tym roku osiągną 110 dolarów za baryłkę, a w przyszłym - wzrosną do 125 dolarów. Globalny wzrost w tym roku wyniesie zaledwie 2 proc., a inflacja osiągnie 5,8 proc., po czym przekroczy 6 proc. w 2027 roku.
To byłoby dramatyczne pogorszenie gospodarki świata, "bliskie wystąpienia globalnej recesji" - jak napisano w WEO. Podobne do sytuacji po wielkim globalnym kryzysie finansowym i w pandemii. Mógłby nastąpić kryzys, jeśli równocześnie warunki finansowe się wyraźnie zaostrzą, a system finansowy zacznie mieć problemy.
- Ryzyka negatywne są wyraźnie bardzo wysokie - nie ukrywał Pierre-Olivier Gourinchas.
Najbardziej - na osłabienie wzrostu i wysoka inflację - narażeni są importerzy energii o niskich dochodach. Najpoważniej dotknięte będą zaś kraje Zatoki Perskiej ze względu na zniszczenia.
Jak zapanować nad inflacją
Wojna wybuchła, gdy gospodarka światowa stała dość mocno na nogach, a banki centralne wykonały ogrom dobrej roboty, żeby doprowadzić do spadku inflacji bez wywoływania recesji. Tylko w scenariuszu referencyjnym banki centralne mogą liczyć na to, że uda się uniknąć kolejnego ciężkiego starcia z inflacją. W gorszej sytuacji są kraje takie jak USA, gdzie presja inflacyjna pozostaje silna, a inflacja przed wybuchem wojny odstawała w górę od celu.
- Jeśli szok pozostanie umiarkowany, inflacja może zostać opanowana, zgodnie z naszym scenariuszem referencyjnym - mówił Pierre-Olivier Gourinchas.
W reakcji na typowy szok podażowy banki centralne mogą czekać z podwyżkami stóp i przyglądać się rozwojowi sytuacji dopóki oczekiwania inflacyjne pozostają zakotwiczone. Muszą dostrzegać ryzyka i jasno komunikować swoją gotowość do działania, jeśli stabilność cen okaże się zagrożona. A zatem gdy pojawi się ryzyko efektów drugiej rundy.
Ze strony rządów wprowadzanie limitów cenowych, subsydiów i podobne interwencji to droga donikąd. Choć taka polityka zyskuje poklask, zniekształca ceny. Często działania są źle zaprojektowane, trudne do odkręcania i niezwykle kosztowne. Poza tym - jak stwierdza WEO - większość krajów nie ma już luksusu dużej przestrzeni fiskalnej z powodu rosnącego w ostatnich latach długu publicznego. Owszem, tam gdzie potrzebne jest wsparcie dla grup najbardziej narażonych - trzeba dla nich je wprowadzić, lecz musi być dobrze ukierunkowane i tymczasowe.
Znowu będziemy słuchać Abby?
Jaskrawym wnioskiem z obecnego kryzysu paliwowego i energetycznego jest to, że wiele państw i gospodarek zaspało z przechodzeniem na energetykę odnawialną. Dlatego niedostatek ropy po raz kolejny szantażuje cały świat, podobnie jak ponad 50 lat temu.
- Wojna wymaga natychmiastowej uwagi, ale nie powinna odwracać od dążenia do trwałego wzrostu. Powinno to również pobudzić szybsze wdrażanie energii odnawialnej, co może wzmocnić odporność na wstrząsy energetyczne, poprawić bezpieczeństwo energetyczne i wesprzeć transformację klimatyczną - mówił Pierre-Olivier Gourinchas.
Czy wobec tego zmierzamy ku kryzysowi podobnemu jak w latach 70. zeszłego wieku, który np. w USA przyniósł dwucyfrową inflację i dwa lata recesji? W uszach znowu dźwięczą nam melodie Abby? WEO przyznaje, że obecny szok jest porównywalny z tym sprzed 50 lat. Gdyby wojna zakończyła się dziś, niedobór ropy na rynku w tym roku biorąc pod uwagę zniszczenia instalacji wydobywczych i infrastrukturalnych, byłby porównywalny z szokiem z lat 70. zeszłego wieku. Ale są dwie istotne różnice.
Pierwsza polega na tym, że globalna gospodarka jest obecnie znacznie mniej uzależniona od ropy niż wtedy - dzięki energii odnawialnej, jądrowej, itp. Gospodarka stała się dużo bardziej efektywna pod względem ilości ropy potrzebnej do wytworzenia jednostki PKB. Jest zatem bardziej odporna na szok paliwowy.
Druga różnica - to lekcja jaką wyciągnęły banki centralne. W latach 70. zeszłego wieku starały się wspierać aktywność gospodarczą, zamiast ograniczać inflację. To doprowadziło do niestabilności makroekonomicznej, która początkowo była szokiem cenowym na rynku ropy, ale potem przerodziła się w problem długotrwałej inflacji.
- Banki centralne się nauczyły (…). I wszyscy o tym wiedzą - mówił Pierre-Olivier Gourinchas.
- To kluczowa różnica w porównaniu z tym, co mieliśmy w latach 70. I to będzie ważne na przyszłości (…). Lekcja z tamtego okresu jest taka, że nie wolno pozwolić, by szok energetyczny przerodził się w ciągły problem inflacji - dodał.
Jacek Ramotowski














