Bartosz Bednarz, szef redakcji Interia Biznes: Polska ma swoje pięć minut.
Szymon Midera, prezes PKO Banku Polskiego: - Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.
Skąd ta pewność?
- Zostawmy na chwilę PKB czy inne wskaźniki makrogospodarcze - tu wszystko gra. Ostatnio próbowaliśmy postawić diagnozę, co może być elementem krytycznym w perspektywie kolejnych lat i decydować o tym, czy będziemy dalej wykręcać wzrost powyżej średniej w Europie, czy to już koniec.
I co wam wyszło?
- Ostatnie 30 lat dało nam kapitał, przedsiębiorców i wiarygodność. Jesteśmy na poziomie 80 proc. unijnej średniej dochodu na mieszkańca - najwięcej w ponad tysiącletniej historii Polski. Ale ta średnia nie stoi w miejscu. Żeby naprawdę dogonić Zachód, musimy rozwijać się w szybszym tempie - jeśli oni idą, my musimy biec. Wzrost w kolejnych latach zależy od tego, czy zbudujemy gospodarkę bardziej produktywną, bardziej opartą na technologii i wiedzy, a mniej na przewagach kosztowych. Gospodarkę odporną na wahania kosztów energii, zmiany demograficzne i ryzyka geopolityczne. Ale mamy jedną przewagę, której Zachód już w dużej mierze nie ma: nadal mamy w sobie ten głód rozwoju. Nie jesteśmy jeszcze społeczeństwem, które uznało, że już wszystko osiągnęło. Chcemy więcej zarabiać, budować majątek, rozwijać firmy, poprawiać jakość życia. Aspiracje Polaków są dziś jednym z najważniejszych zasobów polskiej gospodarki. Tego zwykle nie widać, jak porównujemy twarde dane.
Dlaczego?
- Bo często jesteśmy tak zajęci własnymi problemami, że nie dostrzegamy skali zmiany, jaka się wydarzyła. Wyświetlamy się na zielono na mapie Europy, a nawet świata. Natomiast nie zakładałbym, że wszystko dalej pójdzie samo. Największy błąd, jaki możemy popełnić po ostatnich 30 latach sukcesu, to uznać, że w następnych trzydziestu on wydarzy się automatycznie. Musimy szukać nowych przewag, bo te stare - tania praca, prosta absorpcja technologii i fundusze UE - powoli się kończą.
Banki też mają dzisiaj swoje pięć minut.
- Pełna zgoda i niech to jasno wybrzmi - jak patrzymy dzisiaj na sektor bankowy, to niewątpliwie mamy do czynienia z fazą wzrostu. Tego też oczekują od nas inwestorzy. Pytają wprost: czy będziemy rosnąć w tempie szybszym niż konkurencja.
Będziecie?
- Nasze prognozy dotyczące rozwoju rynku, na przykład akcji kredytowej, są znacząco powyżej średnich unijnych. Dobrych kilka procent więcej. Na lata 2027-28 cały czas 7-8 proc. średniej dynamiki na poszczególnych segmentach, na konkretnych portfelach. A czy my będziemy? W ciągu ostatnich 12 miesięcy wiodące globalne fundusze, takie jak na przykład Capital International, czy aktywnie zarządzana część Black Rock, zainwestowały setki milionów w PKO Bank Polski. To jest realne głosowanie pieniędzmi. Inwestorzy nie przychodzą do nas, żeby dyskontować to, co zrobiliśmy do tej pory.
Giełda wycenia przyszłość.
- Kupują przyszłe zyski. Jako pierwszy duży bank w Polsce ogłosiliśmy strategię agresywnego wzrostu i rozwoju. Za nami poszli inni i super się wpisaliśmy w oczekiwania inwestorów. "Makro" nam pomaga i mamy wzrostowy cykl dla polskiej bankowości, który chcemy maksymalnie wykorzystać. Nasza kapitalizacja giełdowa to już ponad 140 miliardów złotych.
I co dalej?
- Dostępna technologia dzisiaj trochę przypomina mi sytuację sprzed 25 lat. Głęboko wierzę w to, że możemy być liderem wdrażania AI w sektorze bankowym, a być może nawet budowania super-innowacyjnych lekkich modeli biznesowych w oparciu o sztuczną inteligencję.
Kiedy zamkniecie temat kredytów frankowych?
- Tak zupełnie to pewnie za wiele lat, w momencie, kiedy spłaci się ostatni kredyt we frankach. Natomiast jeżeli pyta pan o wpływ sagi frankowej na wyniki finansowe, to zakładamy, że 2026 rok jest ostatnim rokiem istotnych kosztów ryzyka prawnego kredytów walutowych. Widać już, że w 1. i 2. kwartale koszty te były dużo niższe niż w analogicznym okresie 2025.
Z raportu NBP o stabilności systemu finansowego wynika, że banki miały na koniec pierwszego kwartału ok. 106 mld zł rezerw na frankowiczów, z czego wydały ok. 50 mld zł na roszczenia i ugody. Czy banki spodziewają się rozwiązania tych rezerw, które nie zostały wykorzystane?
- Koszty ugód z klientami frankowymi cały czas rosną. Od początku byliśmy liderem w zawieraniu ugód i nadal podtrzymujemy, że to dla nas absolutny priorytet. Natomiast orzecznictwo i pewne standardy rynkowe powodują, że z perspektywy banku koszt ugody jest coraz wyższy. Byłoby to nieodpowiedzialne dzisiaj, gdybyśmy próbowali jakoś rozporządzać tymi rezerwami. Ponadto korzystniejsze ostatnio orzeczenia TSUE dla banków ograniczają ryzyko znacznego zwiększenia kosztów prawnych związanych z portfelem kredytów walutowych. Obecnie zakładamy, że nie będziemy rozwiązywać tych rezerw, ale tak jak powiedziałem, okres tworzenia istotnych rezerw kończymy w tym roku.
Czyli tematu rozwiązania rezerw frankowych nie ma?
- Obecnie nie ma.

Nowy temat dla banków to kredyty oparte na stawce WIBOR?
- Nie widzę takiego ryzyka. Mamy jednoznaczne orzeczenie TSUE, mieliśmy silny, spójny głos w sprawie WIBOR-u wszystkich instytucji kluczowych dla bezpieczeństwa finansowego. Tego tematu nie ma. I my nie widzimy dzisiaj strukturalnego ryzyka prawnego związanego z WIBOR-em. TSUE potwierdził, że to jest wskaźnik zgodny z ustawą polską i zgodny ze standardami unijnymi.
Spraw w sądach przybywa.
- Oczywiście, że tak, bo mamy do czynienia z przemysłem kancelaryjnym.
Kredyty hipoteczne mogą być tańsze?
- To się szybko nie stanie, bo cały czas mamy do czynienia z bardzo rozchwianym środowiskiem regulacyjnym. Biorąc pod uwagę koszty ryzyka prawnego kredytów walutowych i inne koszty związane z dystrybucją czy przyszłościową sekurytyzacją portfeli - to one nie są odzwierciedlone w marży kredytu hipotecznego dzisiaj. My ciągle żyjemy w świecie, w którym umowa podpisana na 20 czy 30 lat może zostać wypowiedziana, podważona w procesie sądowym. Dlatego sektor jest dzisiaj w ramach tak zwanej samoregulacji mocno zaangażowany, aby to uporządkować. My jako pierwszy bank, który ma 30-proc. udział w sprzedaży kredytów hipotecznych, złożyliśmy jasną deklarację i podpisaliśmy się pod modelową umową kredytu hipotecznego. Pracujemy nad tym, żeby ona z końcem tego roku była obowiązującym wzorcem naszej umowy hipotecznej.
Jakby wpisać w ustawę ten wzór umowy, to pewnie to ryzyko byłoby mniejsze.
- Tylko dzisiaj nie ma takich planów. Robimy więc, co możemy jako branża, by stabilizować rozchwiane środowisko regulacyjne. Podpisujemy się pod inicjatywami, które są uzgodnione na przykład z Rzecznikiem Finansowym, takimi właśnie jak modelowa umowa. Jest nam bardzo trudno finansować potrzeby mieszkaniowe polskich rodzin w sytuacji braku ciągłości prawnej i stabilności. Są banki, które dzisiaj bardzo ostrożnie podchodzą do finansowania kredytów hipotecznych, w szczególności z uwagi na ryzyko prawne, które poniosły i będą jeszcze nadal ponosić. Brak możliwości ustabilizowania tej sytuacji jest tu kluczowy.
Były głosy ze strony banków, że lepiej zrezygnować z udzielania kredytów hipotecznych, bo to zbyt duże ryzyko właśnie. Na ile to realne, na ile straszenie?
- To są bardzo trudne decyzje i wcale się nie dziwię, że takie dyskusje są prowadzone. Zwłaszcza teraz, kiedy około 30 proc. rynku to jest refinansowanie kredytów.
Duży to problem?
- Szczęśliwie nie duży dla PKO Banku Polskiego, zadbaliśmy o klientów. Przygotowaliśmy specjalne procesy obsługowe, cyfrowe, w naszej aplikacji czy w naszym systemie transakcyjnym. I dbamy o to, żeby nasi klienci z nami rozmawiali. Ale poziom 30 proc. nie jest normalny.
Co chwilę pojawia się nowy pomysł, żeby opodatkować banki mocniej.
- Trzeba pamiętać o jednej rzeczy. Polski sektor bankowy już dzisiaj należy do najbardziej obciążonych podatkowo w Europie. Łączne efektywne obciążenia fiskalne - CIT plus podatek bankowy - sięgają około 42-45 proc. To mniej więcej dwa razy więcej niż średnio w Unii. Trudno jednocześnie oczekiwać od banków, że będą finansować wielką falę inwestycji, w transformację energetyczną, obronność i rozwój firm, a z drugiej strony cały czas dokładać im nowe ciężary.
- Mamy najwyższą efektywną stopę podatkową. Jesteśmy jedynym sektorem, który wyskoczył poza standardową stawkę CIT-u.
A jednak są głosy, że banki zarabiają za dużo.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Nasz wynik finansowy rzeczywiście był bardzo dobry w ubiegłym roku. Jeśli jednak spojrzymy na cały cykl gospodarczy, a nie na jeden rok czy dwa lata wysokich stóp procentowych, to okaże się, że rentowność polskiego sektora bankowego pozostaje poniżej średniej unijnej. Dlatego ocena sektora wyłącznie przez pryzmat nominalnych zysków w krótkim okresie jest po prostu niepełna.
W 2024 r. też niczego sobie.
- To ta sama wzrostowa faza cyklu. Nie jesteśmy też sektorem, który generuje wyższy zwrot z kapitału niż inne branże w gospodarce. Nie ma sentymentu do banków, zdajemy sobie z tego sprawę, ale też z drugiej strony nie ma innego nośnika kapitału dla klientów indywidualnych i firm w szeroko rozumianej gospodarce.
Jest pomysł, żeby banki oddały więcej zysków w podatkach, dzięki czemu uda się sfinansować zmiany w... podatkach.
- Nie wyobrażam sobie, żebyśmy otworzyli rozmowę na temat kolejnego podniesienia CIT czy jakiegokolwiek innego obciążenia podatkowego dla sektora. Przeszliśmy przez dekadę rozwiązywania problemów związanych z szeroko rozumianym ryzykiem prawnym, głównie frankowym, złapaliśmy w końcu oddech i jesteśmy gotowi jako sektor do tego, żeby normalnie się rozwinąć w dłuższej perspektywie. Proszę pamiętać, że banki praktycznie niemal co kwartał muszą emitować obligacje w celu spełnienia wymogów regulacyjnych MREL. Głównie za granicą, ponieważ rynek krajowy jest po prostu zbyt mały, aby zaspokoić potrzeby sektora. Każda wypowiedź o opodatkowaniu banków podwyższa oprocentowanie, którego żądają inwestorzy. To nie wzmacnia polskiej gospodarki.
Kwota wolna i próg podatkowy powinny być podniesione? W rządzie i koalicji trwa gorąca dyskusja na ten temat.
- To jest decyzja rządu i parlamentu. Z punktu widzenia gospodarki najważniejsze jest to, żeby system podatkowy był stabilny, przewidywalny i pozwalał ludziom planować swoje decyzje finansowe.
Pan mówi, że jest brak sentymentu do banków. Trochę na własne życzenie.
- Ja też uważam, że jako sektor popełniliśmy wiele błędów w komunikacji z rynkiem i klientami.
I dlatego trudno wam się przebić z narracją dzisiaj?
- Mam wrażenie, że wszyscy patrzą tylko na zyski sektora. Miliardy dobrze wyglądają w nagłówkach, ale efekt jest taki, że mało kto doczyta dalej. A rzetelna dyskusja wymaga głębszego spojrzenia - tego brakuje. Jak słyszymy, że głównym argumentem podniesienia CIT-u jest ponadstandardowa, podwyższona płynność, to znaczy, że ktoś musiał zostać wprowadzony w błąd.
- Brakuje też spojrzenia długoterminowego, chociażby dotyczącego potrzeb inwestycyjnych, które przecież w Polsce przez najbliższą dekadę będą ogromne.
Politycy patrzą na 50 mld zł zysku w 2025 roku, a nie na rentowność w długim terminie.
- Duże wrażenie robi na pierwszy rzut oka ogólna suma zysku banków w Polsce, dziesiątki miliardów złotych. Ale jeżeli przyłożymy to do skali działania czy podejmowanego ryzyka, które musi być pokryte kapitałem, stopa zwrotu z działalności bankowej okazuje się nawet poniżej przeciętnej dla polskiej gospodarki. Pora to zrozumieć.
Zakład o odbicie inwestycji chyba już jest nieaktualny. W końcu się udało?
- Wreszcie zaczynamy widzieć sygnały, na które długo czekaliśmy. Coraz większą część nowego finansowania stanowią kredyty inwestycyjne, a nie obrotowe. To znaczy, że firmy nie myślą już tylko o bieżącej działalności, ale przygotowują się do rozwoju i widzą przyszłe zyski. Szacujemy, że dynamika inwestycji w gospodarce wyniesie w tym roku około 10 proc., a nominalne nakłady inwestycyjne po raz pierwszy przekroczą 700 mld zł.
Efekt KPO?
- KPO oczywiście pomaga i jest ważnym impulsem inwestycyjnym, ale nie przeceniałbym jego znaczenia. Szacujemy, że razem z funduszami unijnymi odpowiada za około 11 proc. inwestycji. To oznacza, że zdecydowana większość inwestycji wynika z decyzji przedsiębiorców i aktywności prywatnego kapitału. To właśnie jest dla mnie najciekawszy sygnał.
Czyli "przejedliśmy" te pieniądze a nie zainwestowaliśmy?
- Nie patrzyłbym w tych kategoriach. Kluczowe jest to, czy publiczne środki stały się impulsem dla prywatnego kapitału. O sile gospodarki decyduje dziś nie tylko wartość, ale przede wszystkim ich wpływ na produktywność i konkurencyjność. A tu właśnie rozstrzyga się kolejny etap rozwoju Polski.
Można powiedzieć, że nisko wiszące owoce już zerwaliśmy chociażby w obszarze transformacji energetycznej. Teraz będzie o wiele trudniej. I wciąż otwartym pytaniem pozostaje, co z tymi cenami energii?
- Akurat w transformacji energetycznej nie zerwaliśmy. I jak patrzymy na priorytety związane z motorami wzrostu konkurencyjności gospodarki, to obniżenie kosztów energii jest absolutnie kluczową sprawą. Stawiamy sobie w banku za cel finansować nie mniej niż 20 proc. inwestycji energetycznych, uczestniczymy w bardzo dużych projektach transformacyjnych, więc my to widzimy na co dzień. Kluczowe inwestycje, które zmienią nasz miks energetyczny, dopiero przed nami.
Ceny energii spadną?
- Nie warto wchodzić w dyskurs ideologiczny, tylko potraktować tę falę inwestycyjną bardzo biznesowo. Na końcu jest jeden prosty cel - obniżyć koszty energii. I to jest realne do zrobienia.
Mamy, liczone w setkach miliardów złotych, plany inwestycyjne sektora publicznego. Na jakich warunkach bank widzi siebie w tych projektach?
- Tylko na rynkowych. Potencjał dodatkowego finansowania gospodarki przez cały sektor przekracza 460 mld zł. Nie jesteśmy jednak w stanie udźwignąć samodzielnie tak dużych inwestycji wielomiliardowych i z uwagi na ograniczenia kapitałowe, nawet bez dodatkowych obciążeń podatkowych, i z uwagi na ograniczenia koncentracyjne. Te największe projekty będą finansowane w szerokich konsorcjach banków polskich i zagranicznych. Nie ma innej drogi.
W takich warunkach idea local content-u jest w ogóle możliwa do realizacji?
- Jest. I powiem więcej: nasze szacunki mówią, że jeżeli zwiększyłoby się poziom local content-u w całej gospodarce, we wszystkich procesach inwestycyjnych w sferze publicznej, infrastrukturze, energetyce i przemyśle zbrojeniowym o 10 proc., to polskie PKB byłoby większe o 1 proc. Jeżeli udział polskich firm w całej gospodarce zwiększylibyśmy o 10 proc., to krajowe PKB mogłoby być wyższe nawet o 3,5 proc. i dodatkowo mielibyśmy ok. 30 mld zł więcej wpływów do budżetu państwa.
Ale to kosmos jest przecież.
- To pokazuje, jaki mamy gigantyczny potencjał. Dzisiaj w wielu przetargach publicznych udział firm, które spełniają definicję local content, jest w okolicach kilkunastu, może 20 proc. Warto się nad tym tematem pochylić i zrobić wszystko, żeby zapewnić naszym firmom, zwłaszcza małym i średnim, możliwość wskoczenia w projekty inwestycyjne. Chcemy im w tym pomóc. Właśnie po to, żeby z polskich firm zrobić ten lewar wzrostu gospodarczego na kolejną dekadę. To nam da rozwój na lata.
Brzmi dobrze.
- Potrzebne są zmiany regulacyjne.
Chyba mentalne, żeby już na etapie wyboru promować polskie firmy.
- Też. My się domagamy i złożyliśmy taką rekomendację, żeby wprowadzić rachunek powierniczy jako jeden z mechanizmów rozliczania dużych projektów inwestycyjnych. To rozwiązanie funkcjonuje w branży obronnej. Co on daje? Przede wszystkim możliwość szybszego rozliczania poszczególnych faz procesu inwestycyjnego, większą płynność, która trafia do podwykonawców, umożliwia im budowę silniejszych firm i startowanie w jeszcze większych przetargach. Ponadto pracujemy nad produktem kredytowym, który miałby zaszyte elementy upustów cenowych zależne od współczynnika local content w realizowanej inwestycji czy w łańcuchu dostaw. Byłaby to zachęta dla inwestorów i generalnych wykonawców do zwracania uwagi na polskie firmy.
Jak słyszę o rosnącym długu, o tym deficycie, który nie chce spadać, o tych miliardach, które chcemy wydać na duże inwestycje, to pojawia się od razu pytanie, czy nas na to stać?
- Musimy inwestować mądrze, żeby zwiększać konkurencyjność gospodarki. Środki unijne na razie są, do końca tej dekady będzie ich ubywać względem potrzeb naszej gospodarki, więc doskonałym źródłem finansowania inwestycji, którego rola będzie musiała wzrastać, jest sektor bankowy. Pole do popisu dla nas będzie.
Oszczędności Polaków?
- My jesteśmy mechanizmem, który mobilizuje oszczędności.
Da się jeszcze więcej wydawać na obronność?
- Jesteśmy w takim miejscu Europy i momencie geopolitycznym, że podobna dyskusja nie powinna mieć miejsca. Musimy się koncentrować na tym, jak jakościowo te środki wydawać, żeby przemysł obronny był jak najbardziej efektywny, i co zrobić, żeby jak najwięcej tych pieniędzy zostało w Polsce. Za dużo mówi się o kosztach obronności, a za mało o jej wpływie na rozwój gospodarki. Dobrze zaprojektowane inwestycje obronne budują miejsca pracy, kompetencje technologiczne i potencjał eksportowy. Nasze analizy pokazują, że każdy milion złotych przeznaczony na inwestycje obronne może wygenerować ponad 1,5 mln zł wartości dodanej dla gospodarki dzięki efektom mnożnikowym.
Dyskusja, czy te pieniądze zostały dobrze wydane, czy nie, pewnie dopiero przed nami, jak minie zagrożenie.
- Tam, gdzie jest potrzeba, wchodzimy z normalną, profesjonalną, biznesową analizą zapotrzebowania na finansowanie i oceniamy efektywność poszczególnych projektów. Już dziś jesteśmy jednym z aktywnych partnerów finansowych sektora obronnego. Na koniec 2025 roku nasze zaangażowanie w ten sektor przekraczało kilka mld zł. Finansujemy zarówno duże podmioty, jak i prywatne firmy uczestniczące w łańcuchach dostaw dla obronności. Mamy wieloletnie doświadczenia w finansowaniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, finansujemy również sektor prywatny, liderów branży. Myślę jednak, że jest za wcześnie, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski co do efektywności wykorzystania pieniędzy na zbrojenia.
Ile OKI (Osobiste Konto Inwestycyjne) otworzycie?
- Sukcesem OKI nie będzie to, że skorzysta z niego kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy zamożnych klientów. Sukcesem będzie sytuacja, w której zwykły klient zacznie regularnie inwestować po kilkaset złotych miesięcznie i budować kapitał na przyszłość. Chcemy, żeby było to narzędzie masowe, proste i zrozumiałe. Szwedzi dzięki rozwiązaniu, na którym Polska się wzorowała wprowadzając OKI, byli w stanie w ciągu ostatnich 10 lat wprowadzić na giełdę ponad 500 spółek. Mają dzisiaj kapitalizację giełdy na poziomie 160 proc. PKB - 2,5-krotnie więcej niż średnia unijna. W Polsce mamy 30 proc.
Bo my jesteśmy mistrzami trzymania oszczędności w gotówce i na nieoprocentowanych rachunkach, a nie inwestowania.
- Szwedzi pokazali, że to może się szybko zmienić. W Szwecji tylko 19 proc. oszczędności trzymanych jest w gotówce i depozytach, a ponad 70 proc. pracuje na rynku kapitałowym. U nas depozyty i gotówka to wciąż około 71 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych. To ogromny potencjał.
OKI może być faktycznie proste i dla szerokiego odbiorcy?
- Bardzo mocno pracujemy nad tym, żeby w grupie PKO Banku Polskiego stworzyć prostą platformę do długoterminowego oszczędzania i inwestowania. Żeby wykorzystać ten potencjał blisko 30 proc. oszczędności Polaków, które są w naszym banku.
Polacy się bogacą.
- Od początku transformacji wartość przeciętnego majątku prywatnego Polaków wzrosła ponad siedmiokrotnie - z 15 tys. do 105 tys. dolarów na osobę. To jest fantastyczne. Wciąż jesteśmy daleko od najbardziej rozwiniętych krajów - to ponad pięciokrotnie mniej niż w USA - ale skala zmiany jest ogromna. Jeszcze dziesięć lat temu oszczędzanie było doświadczeniem mniejszości. Dzisiaj około 70 proc. Polaków deklaruje posiadanie oszczędności. Jesteśmy najszybciej rosnącym krajem, jeżeli chodzi o milionerów. Ale dojrzałość finansowa zaczyna się wtedy, gdy nawet małe oszczędności przestają być przypadkowe.
Procedura jest zawsze taka sama: dzwoni ktoś i podszywa się pod pracownika banku. Alarmistycznym tonem mówi, że jest zapytanie o kredyt. Oczywiście nie ma żadnego wniosku. Ale rusza cała przemyślana i dopracowana akcja, która na końcu ma skutkować tym, że ofiara przekaże swoje dane albo dojdzie do kradzieży pieniędzy. Naprawdę nie da się nic z tym zrobić?
- To rzeczywiście dzisiaj masowy problem. Musimy wprowadzać mechanizmy weryfikacji nietypowych transakcji, co dotyka klientów i powoduje, że usługi cyfrowe nie są już taka wygodne, jakby mogły być. Wprowadzamy bardzo dużo zaawansowanych technologicznie funkcjonalności, których klient nie widzi. Czasami musi się na nie zgodzić. Dla własnego bezpieczeństwa. Będzie więc więcej biometrii czy śledzenia zachowań użytkownika na urządzeniach elektronicznych. Dobrze by było, gdyby udało nam się w końcu przełamać też pewną niemoc związaną ze współpracą z Big-Techami, które najczęściej są nośnikiem treści, które mają na celu oszustwo.
Świadomość Polaków rośnie?
- To wyścig po obu stronach, który polega na tym, żeby jedna strona była o krok przed drugą. Dlatego stale musimy wszyscy definiować nowe zagrożenia. I nauczyć się też pewnego dystansu i samokontroli, większej uważności.
Czy nie da się tego wyeliminować?
- Bardzo bym chciał, ale trochę w to nie wierzę. Dlatego, że mamy do czynienia też z ogromnym przemysłem po drugiej stronie.
Będzie więcej sztucznej inteligencji (AI) w bankach?
- Przed nami to, co najważniejsze, żeby wykorzystać AI w kontekście budowania relacji z klientami, diagnozowania i odpowiadania na ich potrzeby. Budowanie nowych modeli biznesowych w oparciu o AI - to też przyszłość. Pracujemy z ElevenLabs nad wykorzystaniem w banku ich zaawansowanej technologii konwersacyjnej. Nie chodzi tylko o to, by coś upraszczać i optymalizować, ale zmieniać całkowicie sposób pracy.
Szykuje się wielkie przejęcie Commerzbanku przez Unicredit. Włosi po dwóch latach są bliscy powodzenia.
- Niewątpliwie jest to spójne z zapowiadaną wielką falą konsolidacji rynku. Ten kierunek będzie również dotyczył Polski - zwłaszcza w środowisku spadających stóp procentowych, wielkość bilansu ma znaczenie. Mamy rozdrobniony sektor, odbiegamy od średnich unijnych. Budujemy w PKO Banku Polskim silne kompetencje we wszystkich obszarach biznesowych i operacyjnych, żeby się transformować w stronę paneuropejskiego banku. Mamy mocną bazę: obecność na kluczowych dla polskich firm rynkach zagranicznych: w Czechach, Rumunii, Słowacji, Niemczech, Austrii, Szwecji, na Litwie i w Ukrainie poprzez naszą spółkę, Kredobank. W przyszłym i następnym roku poszerzymy ją o kolejne kraje. Do tego jako lider bankowości korespondenckiej mamy umowy z największymi bankami z całego świata.
Cel 15 milionów w horyzoncie strategii jest realny?
- On jest niezwykle ambitny. My z niego nie rezygnujemy. Tych dodatkowych strumieni klientów szukamy przede wszystkim w ramach partnerstw ekosystemowych. Chcemy, żeby klienci wybierali nas nie z przyzwyczajenia, ale dlatego, że mają z nami dobre doświadczenia. Dlatego naszym celem jest być nowym ulubionym bankiem.
Rozmawiał Bartosz Bednarz














