Zmiany klimatu spowodowane podgrzewaniem planety przez człowieka powodują nie tylko naturalne katastrofy prowadzące do wielkich materialnych szkód, zniszczeń i śmierci ludzi. Zabijają po cichu - zarówno ludzi, jak i gospodarkę. Najgroźniejszym zabójcą są upały, które wywołują stres cieplny. A narażenie na stres cieplny się nasila.
Dane pokazują coraz częstsze z dekady na dekadę zdarzenia stresu cieplnego, których efektem jest większa śmiertelność. W latach 1980-1989 odnotowano 14 fal upałów na całym świecie. Ich liczba wzrosła ponad dwukrotnie w latach 90. XX wieku, a następnie do 83 w pierwszej dekadzie stulecia i osiągnęła 99 w okresie 2020-2024.
Śmiertelność w reakcji na stres cieplny wzrosła jeszcze bardziej. W latach 80. XX wieku odnotowano ok. 3400 zgonów spowodowanych upałami, gdy w pierwszej połowie obecnej dekady już 121 tys. Przeciętnie na jedną falę upałów liczba ofiar śmiertelnych wzrosła z 244 w latach 80. XX wieku do 1222 w 2020 roku. Dane te dotyczą tylko Europy, gdzie monitoring stanu zdrowia i przyczyn zgonów jest znacznie lepszy niż np. w Afryce czy Azji Południowej. Według analityków Allianz pokazuje to, że intensywność i czas trwania poszczególnych epizodów wyprzedzają zdolność dostosowania się do nich przez społeczeństwa.
Ile kosztuje adaptacja do zmian
Ludzie zawsze adaptowali się do ekstremalnych zjawisk i poświęcali na to zasoby. W opublikowanym w tym roku raporcie "Advancing adaptation" ("Postępy w adaptacji") analitycy McKinsey Global Institute (MGI) stwierdzili, że wraz z ocieplaniem klimatu najbardziej wzrośnie narażenie ludzi na upały i susze. Wzrost temperatury na świecie w porównaniu z poziomami sprzed epoki przemysłowej o 2 st. C do 2050 roku przy obecnych prognozach emisji, może narazić dodatkowe 2,2 mld osób na stres cieplny i 1,1 miliarda - na susze.
Oszacowali też koszty dostosowawcze. Przy ociepleniu o 2°C utrzymanie obecnego poziomu ochrony ludności przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi kosztowałoby 2,5 raza więcej niż wydawane jest obecnie, czyli ok. 0,5 biliona dolarów rocznie. W gospodarkach rozwiniętych ochrona populacji narażonej na skutki ocieplenia klimatu jest bardziej zaawansowana. Gdyby wszystkich narażonych na stres cieplny i suszę na świecie chcieć objąć porównywalną ochroną, wymagałoby to 6,2 raza większych nakładów. W skali globalnej daje to 1,2 biliona dolarów rocznie.
Analitycy Allianz w raporcie "Too hot to grow: The economic costs of extreme heat" ("Za gorąco, żeby rosnąć. Ekonomiczne koszty ekstremalnych upałów") policzyli z kolei jakie straty gospodarcze spowoduje "transmisja" stresu cieplnego. Transmisja ta polega na tym, że ludzie, a więc pracownicy w warunkach upałów stają się mniej produktywni. Jest ona nieliniowa, progiem krytycznym jest temperatura ok. 30 st. C, powyżej którego straty produktywności gwałtownie rosną. Przypomnijmy, że tegoroczne fale upałów przyniosły w części państw Europy temperatury przekraczające 40 st., a w Polsce padły rekordy wszech czasów powyżej 39 st. C.
Jak spada produktywność wskutek upałów
Kiedy temperatura przekracza 30 st. C, produktywność spada z każdą kolejną kreską na termometrze. Najważniejszym efektem jest zmniejszenie wydajności pracy. Wydajność na godzinę spada o ok. 1,3 dolara (mierzonego parytetem siły nabywczej), czyli o ok. 3 proc. średniej godzinowej wydajności obliczonej przez analityków Allianz w latach 2014-24 w Europie. To ok. 3 proc. spadku wydajności na każdy stopień C w zakresie temperatury od 30 do 35 st. C.
Przedsiębiorstwa biorą ten spadek wydajności na siebie, bo trudno z powodu upałów obniżać pensje pracownikom. Krótkoterminowe koszty wpływają nieproporcjonalnie na rentowność firmy, a potem stopniowo przenoszą się na dochody gospodarstw domowych i konsumpcję. Równocześnie zużycie energii (na chłodzenie) rośnie o ok. 1,2 proc. na jeden stopień, podnosząc koszty firm dokładnie wtedy, gdy spada wydajność pracy.
Jakie ma to skutki makroekonomiczne, czyli wyrażone w wielkich liczbach? Analitycy Allianz opracowali scenariusz warunków skrajnych, zakładający, że po sobie nastąpi pięć najgorętszych lat odnotowanych w każdym kraju między 2014 a 2024 rokiem. Scenariusz zaczyna się w 2026 roku, a potem ¬- do roku 2030 - jest coraz cieplej. Najgorętszy jest zatem 2030 rok, a temperatury są wtedy dokładnie takie, jakie były w danym kraju w najgorętszym roku z okresu 2014-24.
Skumulowane straty spowodowane spadkiem wydajności pracy w takim scenariuszu mogłyby sięgnąć 5-7 proc. PKB w zależności od kraju, czyli w badanych gospodarkach byłoby to w sumie od znacznie ponad biliona do ok. 1,8 biliona dolarów w ciągu pięciu lat. Najbardziej narażone są na nie Francja - 240 mld dolarów, Japonia - 354 mld dolarów, Włochy - 147 mld dolarów, Niemcy - 131 mld dolarów i Hiszpania - 120 mld dolarów.
Analitycy Allianz zwracają uwagę, że w takim scenariuszu następuje spadek nakładów na środki trwałe, który sięga średnio 8 proc. Inwestycje zmniejszają się wraz z obniżeniem oczekiwanych stóp zwrotu z kapitału ograniczają przyszłe zdolności produkcyjne gospodarek. Równocześnie mogą rosnąć ceny i bezrobocie. I to wszystko tylko dlatego, że robi się cieplej.
Niższy wzrost, wyższa inflacja, zapaść finansów publicznych
Jakie wynikają stąd konsekwencje dla polityki fiskalnej i monetarnej? Osłabienie wzrostu PKB spowodowane upałami zmniejsza dochody podatkowe. We Francji o ok. 1,8 proc., we Włoszech i Hiszpanii o 1,3 proc., w Niemczech - o 0,7 proc. Równocześnie rosną transfery socjalne, koszty opieki zdrowotnej i koszty naprawy infrastruktury.
Wskutek tego saldo budżetowe pogarsza się o ok. 0,5 proc. PKB średniorocznie. W kilku krajach prowadzi do przekroczenia pułapu deficytu z Traktatu z Maastricht, a Francja, której deficyt fiskalny w tym roku ma wynieść 4,9 proc. PKB, z powodu ekstremalnych upałów może go powiększyć nawet o 2,2 proc. PKB.
Dla polityki pieniężnej w strefie euro taki scenariusz stanowiłby także wyzwanie. Skutki inflacyjne osłabienia gospodarki byłyby różne w różnych krajach, dlatego, że zróżnicowane są ich ekspozycje na zmiany klimatyczne. Nastąpiłaby wobec tego dekonwergencja, podczas gdy spójność procesów gospodarczych jest warunkiem skuteczności polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego.
Jacek Ramotowski













