Turyści, którzy odwiedzają miejsca wyłącznie ze względu na rozpoznawalne zdjęcie lub migawkę, która stanie się viralem, mogą wydawać się irytujący. W praktyce jednak uwidaczniają wiele istniejących problemów, nie tylko mających związek z turystyką. - To zjawisko jest czymś więcej niż modą czy próżnością. Zdjęcie z rozpoznawalnego miejsca często staje się komunikatem: "Jestem tutaj, moje życie jest ciekawe, warto mnie zauważyć" - podkreśla rozmówczyni Interii.
Plaża z flamingami. I białe domki na Santorini
Typowym przykładem jest plaża Flamingo (Flamingo Beach) na Renaissance Island - prywatnej wyspie należącej do luksusowego hotelu Renaissance Wind Creek Aruba Resort. Uznano ją za jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Karaibach, gdzie można się plażować w towarzystwie brodzących w wodzie różowych flamingów. Ptaki te nie są jednak naturalnym mieszkańcem wyspy i aby nie odleciały, podcięto im skrzydła.
Aby móc się z nimi sfotografować, co roku przybywają tam z całego świata tysiące turystów. Wstęp na plażę jest dozwolony wyłącznie dla gości hotelu lub w ramach ograniczonej liczby biletów za 125 dolarów (456 zł), które wyprzedają się niemal natychmiast. Sesje z flamingami zrealizowała m.in. kolumbijska zdobywczyni Latin Grammy Karol B i polska influencerka Jessica Mercedes.
Zjawisko to nie ogranicza się do egzotycznych destynacji. Innym przykładem jest Santorini - białe domki z niebieskimi kopułami w miasteczku Oia na tle Morza Egejskiego - gdzie turyści gromadzą się, aby robić zdjęcia. Albo Kapadocja w Turcji, gdzie gromadzą się tłumy baloniarzy. Wielu niezadowolonych ze zrobionych zdjęć z góry, wkracza na tereny prywatnych gospodarstw, niszczy też kruche skały wulkaniczne. A wszystko po to, żeby zrobić sobie selfie na tle krajobrazu zwanego "Skała Zakochanych".
Kultura selfie. Nie tylko próżność
W opinii terapeuutki i psychotraumatolożki, zjawisko robienia sobie zdjęć w emblematycznych miejscach świata nie jest wyłącznie modą ani przejawem próżności. Rozmówczyni Interii uzasadnia, że przez większą część historii ludzie budowali swoją tożsamość w niewielkich społecznościach. - Potrzebowali uznania rodziny, sąsiadów czy lokalnej grupy. Dziś funkcję tę w dużej mierze przejęły media społecznościowe. Zdjęcie z Machu Picchu, Santorini czy szczytu Mount Everest staje się nie tylko pamiątką z podróży, ale również komunikatem: 'Jestem kimś. Moje życie jest ciekawe. Warto mnie zauważyć'" - argumentuje mgr Olimpia Hadrych.
Według przeprowadzonych analiz, tzw. "turystyka selfie" działa jak katalizator masowej turystyki. Kieruje duże grupy ludzi do nadmiernie promowanych miejsc. Zwykle na krótki pobyt i z ograniczonym powiązaniem z lokalną społecznością i gospodarką. Poszukiwaczy selfie rzadko interesują lokalne sklepy, hotele i restauracje. Chcą zrobić zdjęcie i odjechać.
Ostatecznie - podpowiada mgr Olimpia Hadrych - pytanie nie brzmi: "Dlaczego ludzie robią sobie zdjęcia w słynnych miejscach?". Znacznie ciekawsze jest pytanie: "Czego tak naprawdę szukają, gdy pokazują te zdjęcia innym?". - Odpowiedź bardzo często prowadzi do uniwersalnych ludzkich potrzeb - bycia zauważonym, docenionym i ważnym - wylicza terapeutka.
Ogarnąć tłumy. I zakazać selfie
Z powodu nacierających tłumów, najpopularniejsze destynacje próbują przeciwdziałać temu zjawisku. Przybywa decyzji ograniczających lub zakazujących wstępu łowcom selfie. W Portofino, na Riwierze Włoskiej, wprowadzono strefy zakazu zatrzymywania się na popularnych nabrzeżach. A zbyt długie pozowanie do zdjęcia w wyznaczonych miejscach grozi mandatem w wysokości do 275 euro (1164 zł). W historycznej dzielnicy Gion, w Kioto, wprowadzono całkowity zakaz fotografowania na prywatnych uliczkach. Zrobienie selfie lub zdjęcia gejszy grozi grzywną w wysokości 10 tys. jenów (270 zł).
Obowiązujące zakazy mają nie tylko ochronić miejsca ale też ludzi, którzy często dla zrobienia zdjęcia ryzykują życiem. - Najbardziej niepokojące są sytuacje, gdy dla wyjątkowego zdjęcia ludzie ryzykują zdrowiem lub życiem - podkreśla Olimpia Hadrych. W opinii terapeutki, to sygnał, że zdobycie spektakularnego kadru staje się ważniejsze niż samo doświadczenie i bezpieczeństwo. - W takich przypadkach fotografia przestaje być pamiątką, a zaczyna pełnić funkcję dowodu własnej wartości. A gdy człowiek próbuje udowadniać swoją wartość światu za wszelką cenę, łatwo przekroczyć granicę rozsądku - podsumowuje rozmówczyni Interii.
Dlatego w stanie Nowy Jork obowiązuje zakaz "tiger selfies" - zdjęć z tygrysami i lwami w zoo oraz cyrkach. Państwowe koleje w Indiach zakazały robienia selfie na torach oraz w pobliżu jadących pociągów. Decyzja zapadła po serii tragicznych wypadków śmiertelnych z udziałem osób szukających idealnego kadru. Swojej twarzy nie można też uwieczniać w Kaplicy Sykstyńskiej. Watykan podjął decyzję, by chronić bezcenne freski Michała Anioła.
Zakaz robienia zdjęć obowiązuje też w hiszpańskiej Pampelunie podczas Sanfermines, kiedy to każdego ranka, na wąskiej uliczce miasta, odbywają się biegi śmiałków z bykami. Grzywna za selfie podczas gonitwy wynosi 3000 euro (12 700 zł). Mimo to chętnych nie brakuje. - Gonitwy są nagrywane. Policja potem analizuje zdjęcia i jeśli trzeba, karze łamiących zakaz. Mimo bardzo wysokich mandatów, co roku wraca ten sam problem - skarży się Interii Ainoa X., urzędniczka Wydziału ds. Programu Kulturalnego Urzędu Miasta Pampeluny.
Kultura selfie. Nie od dziś
Daniel Herszberg, który zajmuje się turystyką na Uniwersytecie Oxfordzkim twierdzi, że tego typu zachowania są niemal tak stare jak turystyka. Już w XIX wieku, wraz ze wzrostem popularności Gran Tour - podróży, w jakie wyruszali arystokraci i europejscy intelektualiści - plakaty na statkach wycieczkowych reklamowały miejsca docelowe i słynne zabytki. Podobnie - wskazuje naukowiec z Oxfordu - reklamowano podróże lotnicze w latach 50-tych XX wieku. "Na plakatach widniało: 'Jedźcie do Londynu, żeby zobaczyć Big Bena'. Tak właśnie sprzedaje się podróże od lat. Tylko najważniejsze atrakcje" - argumentuje cytowany przez agencję Bloomberg Herszberg.
Perspektywa psychotraumatologiczna pokazuje jeszcze jeden aspekt. Niektórzy ludzie doświadczają wewnętrznej pustki, samotności lub poczucia niewidzialności, które mają swoje źródła w wcześniejszych doświadczeniach życiowych. - Publiczne pokazywanie siebie może wtedy pełnić funkcję regulowania emocji i chwilowego łagodzenia napięcia. Widoczność w sieci staje się substytutem bliskości, akceptacji czy poczucia znaczenia - wyjaśnia mgr Oliwia Hadrych.












