Waluta Amerykanów w pierwszych tygodniach tego roku jest w defensywie. Za dolara w najgorszym dla niego momencie (pod koniec stycznia) płacono mniej niż 3,50 zł, co było najniższym kursem od 8 lat. W tym samym czasie euro kosztował ponad 1,20 dolara, czyli najwięcej od 2021 roku. Dzisiejsze notowania są niewiele lepsze dla "zielonego".
Indeks dolara (DXY) obrazujący jego siłę na tle innych kluczowych walut świata jest teraz na poziomie tak niskim jak w ubiegłorocznym dołku. DXY poprzednio równie słaby był ponad 4 lata temu. Spadki indeksu są dowodem, że dolar traci status globalnej "bezpiecznej przystani".
Złe prognozy dla dolara
Wielu ekonomistów twierdzi, że dalsza poważna deprecjacja waluty Amerykanów nie jest wykluczona. Pokazują to dane historyczne. W 2008 roku za euro trzeba zapłacić nawet 1,60 dolara, a w tym samym czasie "zielony" na polskim rynku walutowym kosztował niewiele ponad 2 zł.
Kolejnym impulsem spadkowym dla pary dolar-złoty może być różnica między bardzo prawdopodobną polityką radykalnych cięć stóp procentowych w USA, a bardziej ostrożnymi posunięciami naszej RPP. Nawet jeśli nasz bank centralny obniży w tym roku stopy o kolejne 50 punktów bazowych, to nie będzie to wystarczająco dużo, by osłabić złotego. Specjaliści analizy technicznej są zdania, że eurodolar, który teraz oscyluje wokół 1,185 może powrócić do poziomów rzędu 1,30, a nawet 1,50. To z kolei na naszym rynku walutowym mogłoby otworzyć drogę do spadku wartości dolara nawet znacznie poniżej 3 zł.
Biały Dom dba o eksporterów
Nikt tak nie osłabia dolara jak prezydent USA. Donald Trump oznajmił w zeszłym tygodniu, że walutą jego kraju manipulowano przez wiele lat i sztucznie podtrzymywano jej wysoką wartość. W dodatku, jeszcze raz powtórzył, że Stany Zjednoczone powinny mieć najniższe na świecie stopy procentowe.
Inwestorzy od dawna nie mają wątpliwości, że administracja waszyngtońska z premedytacją dąży do dewaluacji dolara w celu wsparcia amerykańskiego eksportu. Słaby dolar jest postrzegany przez otoczenie Trumpa jako darmowe przyspieszanie wzrostu gospodarczego, ponieważ sprawia, że produkty z USA stają się bardziej konkurencyjne na rynkach światowych.
Za taką strategią kryje się także motyw polityczny. Biały Dom chciałby rozkręcić gospodarkę krajową przed tegorocznymi wyborami midterm. Brak troski o siłę i stabilność dolara sprawia jednak, że słabnie jego pozycja jako waluty rezerwowej świata. Tymczasem Stany Zjednoczone od dziesięcioleci osiągają wielkie korzyści z takiego właśnie statusu dolara. Dzięki niemu mogą utrzymywać permanentny deficyt budżetowy i finansować się zagranicznymi oszczędnościami.
Polityczna i ekonomiczna nieprzewidywalność prezydenta Donalda Tumpa, podejmowane przez niego próby osłabiania Rezerwy Federalnej oraz dyktowany światu amerykański protekcjonizm handlowy bardzo szkodzą dolarowi. Kapitał coraz wyraźniej odpływa w stronę złota, euro i franka szwajcarskiego, sygnalizując, że światowy rynek walutowy wchodzi w nową, znacznie bardziej wielobiegunową fazę.
Trump naciska na Fed
Dolar nie może być mocny także dlatego, że prezydent Donald Trump konsekwentnie domaga się od Fed, by ten wprowadził w USA "najniższe stopy procentowe na świecie". Chce zapewnić amerykańskim przedsiębiorstwom jak najmniejszą cenę kredytów, a jednocześnie zredukować koszty obsługi rosnącego długu publicznego.
Rynek spodziewa się, że w tym roku nastąpią aż trzy obniżki stóp procentowych w USA. Takiemu scenariuszowi bardzo sprzyja spadek inflacji konsumenckiej w styczniu 2026 roku do 2,4 proc. z 2,7 proc. miesiąc wcześniej. Ciągle jednak dynamika cen przekracza 2-procentowy cel Rezerwy Federalnej. Taki stan rzeczy trwa od marca 2021 roku.
Choć prezydent Trump nieustannie podkreśla, że Fed zbyt wolno rozluźnia politykę monetarną, to łącznie we wrześniu, październiku i grudniu 2025 roku stopy procentowe zostały zredukowane o 75 punktów bazowych. Z punktu widzenia oczekiwań Donalda Trumpa kluczową rolę może odegrać Kevin Warsh, który w maju zostanie nowym szefem Rezerwy Federalnej. Kiedyś był zwolennikiem utrzymywania wysokich stóp procentowych, ale od pewnego czasu jest "gołębiem".
Wiele wskazuje na to, że Warsh będzie ściśle współpracował z sekretarzem skarbu, Scottem Bessentem, z którym zna się od dekad. W tej sytuacji wygaśnie w USA wojna między polityką fiskalną a monetarną, a zobaczymy zapewne wspólne działanie obu decydentów w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Silny dolar nie będzie dla nich priorytetem.
Chiny dystansują się od dolara
W ostatnich dniach jednym z impulsów osłabiających dolara były doniesienia o najnowszych posunięciach rządu chińskiego. Bloomberg poinformował, że urzędnicy w Pekinie polecili bankom ograniczenie zakupów amerykańskich obligacji skarbowych. Co więcej, chińskie instytucje finansowe z dużą ekspozycją na dług USA miały otrzymać sygnał, by redukować posiadane papiery.
Tamtejsze podmioty finansowe już od pewnego czasu odchodzą od aktywów denominowanych w dolarach. Zasoby amerykańskich papierów skarbowych w chińskich portfelach są już niemal o połowę mniejsze niż w 2013 roku i najniższe od czasu kryzysu finansowego z 2008 roku. Dla rynku walutowego to jasny sygnał - filar, na którym opierała się siła dolara, zaczyna pękać.
Rosja nęci Amerykę
Nową grę na rynkach walutowych być może zaproponuje Rosja, która - co nie ulega wątpliwości - chce to zrobić z przyczyn politycznych. Bloomberg dotarł do dokumentu, z którego wynika, że Moskwa oferuje Waszyngtonowi współpracę gospodarczą w kilku dziedzinach. W zamian Kreml liczy na złagodzenie sankcji i nowe inwestycje firm amerykańskich. Jedna z propozycji administracji Putina to powrót do rozliczeń w dolarach w transakcjach między oboma krajami. Efektem takiego działania byłoby wzmocnienie osłabionej pozycji dolara jako waluty rezerwowej.
W zamyśle Moskwy system rozliczeń walutowych stałby się kartą przetargową w rozmowach o zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej. Trzeba tu przypomnieć, że Władimir Putin pracował nad zmniejszeniem zależności Rosji od amerykańskiego dolara na długo przed napaścią na Ukrainę w 2022 roku. Powody tych działań były oczywiste. Moskwa wiedziała, że po rozpoczęciu wojny USA i ich sojusznicy wykorzystają swoją kontrolę nad transakcjami dolarowymi do nałożenia sankcji ekonomicznych przeciwko Kremlowi. Dlatego właśnie w ostatnich latach Rosjanie próbują rozwijać handel w alternatywnych walutach, zwłaszcza z Chinami i Indiami.
Powrót do rozliczeń w dolarach oznaczałby ponowne podporządkowanie się finansowej dominacji Waszyngtonu. Jednocześnie dałoby to administracji Donalda Trumpa poczucie sukcesu z powodu osłabienia więzi między Moskwą a Pekinem. Liczni komentatorzy polityczni w ofercie Putina widzą jednak fortel. Uważają, że jest mało prawdopodobne, aby Kreml chciał "zdradzić" Chiny. Pekin jest teraz bowiem kluczowym dostawcą komponentów i surowców dla rosyjskiej machiny wojennej.
W rosyjskich propozycjach składanych Donaldowi Trumpowi są mi.in: powrót amerykańskich firm na rynek rosyjski na preferencyjnych warunkach i współpraca przy wydobyciu surowców strategicznych, takich jak lit, miedź, nikiel i platyna. Eksperci są przekonani, że kremlowski pakiet zachęt ma zrobić wrażenie na prezydencie USA, który bardzo biznesowo podchodzi do geopolityki. Ma także pogłębić podziały między Stanami Zjednoczonymi a europejskimi sojusznikami Ukrainy.










