W skrócie
- To jest czas, w którym pojęcie patriotyzmu gospodarczego powinno mieć charakter nadrzędny nad codzienną bitwą polityczną – uważa Wojciech Balczun.
- Strategiczna dyskusja "co dalej z węglem w Polsce" jest nadal aktualna. Wiemy, co się stało z JSW i szukamy rozwiązań, aby za rok albo dwa Bogdanka nie znalazła się w podobnej sytuacji – wskazuje minister aktywów państwowych.
- Trwa walka o uratowanie JSW przed upadkiem. Rząd analizuje możliwości udzielenia pożyczki JSW na specjalnych warunkach. Najbliższe tygodnie są kluczowe.
- – Skończyliśmy z bylejakością – mówi szef MAP o sytuacji w spółkach Skarbu Państwa.
- Nie było ryzyka, że w Polsce zabrakłoby paliw czy gazu ze względu na blokadę cieśniny Ormuz.
- – Dostrzegamy też pewne możliwości oddziaływania na negatywne konsekwencje decyzji, które były podejmowane swego czasu przy transakcji prywatyzacji Lotosu. Niestety one rezonują do dzisiaj – mówi szef MAP.
- Bezpieczeństwo państwa powinno być ponad bieżącym sporem politycznym. (…) Weto Prezydenta odebrałem bardzo osobiście – dodaje rozmówca Interii Biznes.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Bartosz Bednarz, Interia Biznes: Ktoś panuje jeszcze nad tym, co się dzieje w Jastrzębskiej Spółce Węglowej?
Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych: - Cały proces restrukturyzacji jest prowadzony w sposób rozważny i systemowy.
Mamy wyprzedaż majątku. Nie wygląda to dobrze.
- Jestem w stałym kontakcie z radą nadzorczą i zarządem JSW. Mam ścisły codzienny kontakt z ministrem energii, bardzo często rozmawiam z ministrem finansów. Pracujemy nad systemowym rozwiązaniami dla górnictwa. Osobiście przywiązuję dużą wagę do dialogu ze stroną społeczną.
O jakich zmianach systemowych dla górnictwa mowa?
- W przeciwieństwie do narracji, prezentowanej przez dzisiejszą opozycję, to w czasach ich rządów, bardzo wiele kopalń zostało zamkniętych. W tym te, które z perspektywy oceny efektywności i pewnej racjonalności gospodarowania majątkiem, zamykano w sposób zupełnie nieuzasadniony. Mam tu na myśli chociażby kopalnię Krupiński.
Wracamy do dyskusji: co dalej z węglem w Polsce?
- Są porozumienia ze stroną społeczną, które przewidują horyzont czasowy zmian. Natomiast nie możemy abstrahować od tego, co się dzieje na świecie, jak pewne procesy dotyczące rozwoju OZE przyspieszyły. Sytuacja jest też na tyle dynamiczna, że nie przewidzimy wszystkich scenariuszy. To, co się właśnie dzieje na Bliskim Wschodzie, zmusza do zadania pytań o kwestię bezpieczeństwa energetycznego państwa, o rolę węgla w Polsce i utrzymanie jego udziału w miksie energetycznym. Strategiczna dyskusja "co dalej z węglem w Polsce" jest nadal aktualna.
Da się uratować JSW przed bankructwem?
- W tej chwili JSW jest jedynym w Europie producentem węgla koksowego.
Czyli dobrze, jakby jednak nie upadła.
- Jesteśmy zdeterminowani, aby JSW przetrwała. Kopalnia od zawsze podlegała cyklom koniunktury. Kryzys 2015 r. był tego doskonałym przykładem - dochodziło wtedy do bardzo poważnych perturbacji i kontrowersyjnych działań. JSW przetrwała. I wierzę, że teraz też wyjdzie na prostą
- Dzisiejsza dekoniunktura na rynku węgla koksowego jest głęboka i długotrwała: niskie ceny tego węgla na światowych giełdach oraz silny złoty w stosunku do dolara uderzyły mocno w przychody JSW. Do tego dochodzi polityka Chin, które inwestują w kopalnie m.in. w Indonezji, pozwalające wydobywać węgiel koksowy taniej i lepszej jakości niż w Polsce. Te wszystkie działania to geopolityka w układzie globalnym i JSW stała się ofiarą tych procesów.
Nie można się było do tego przygotować?
- Nasi poprzednicy skorzystali z chwilowej koniunktury wynikającej z wybuchu wojny w Ukrainie, gdy ceny węgla poszybowały. Spółka dostała gigantyczną premię finansową. Zamiast jednak myśleć o zmianach systemowych, optymalizacji kosztów, zaciągnięto zobowiązania chociażby w postaci dziesięcioletnich gwarancji pracy i płacy dla załogi. Powiedzmy sobie wprost, w tamtym czasie wynagrodzenia w JSW wzrosły o około 60 proc. To nie odbyło się bez skutków dla spółki. Myślenie było takie, że jak dekoniunktura przyjdzie, to jest fundusz stabilizacyjny, który pozwoli przetrwać załamanie cen węgla na rynku, ale nikt się nie spodziewał, że to potrwa tak długo.
Weto Prezydenta odebrałem bardzo osobiście i uważam to będzie na zawsze plama na biało-czerwonej i mówiąc oględnie skrajnie zła i nieodpowiedzialna decyzja. Ile to razy w historii podobne działania prowadziły nas do narodowych tragedii
Zabrakło odważnych decyzji?
- Z całą pewnością podjąłbym inne. Co z tego, że odłożono gotówkę, gdy jednocześnie zamykano oczy na wszystkie nieefektywne działania, które były w spółce. I ciągną ją dzisiaj w dół. Jako praktyk powtarzam: dużej firmy nie zepsuje się od razu - ona się psuje bardzo długo, ale wtedy wyprowadzanie jej na prostą też trwa bardzo długo.
- Całe polskie górnictwo boryka się z problemem nieefektywności i zbyt dużych kosztów. Zastaliśmy system z jednej strony dofinansowywania górnictwa z budżetu państwa miliardami złotych, z drugiej systematycznego wygaszania działalności kopalń. Tym programem są objęte Polska Grupa Górnicza i Południowy Koncern Węglowy.
Prezes Bogdanki mówi, że dotowanie górnictwa psuje rynek.
- Wiemy, co się stało z JSW i szukamy rozwiązań, aby za rok albo dwa Bogdanka nie znalazła się w podobnej sytuacji. Antycypujemy te wszystkie ryzyka. Bogdanka, która jest postrzegana jako jedna z najlepiej zorganizowanych i najbardziej efektywnych kosztowo kopalń w Polsce, nie jest w stanie konkurować ceną, która jest oferowana przez inne spółki objęte dofinansowywaniem z budżetu państwa.
Dofinansowanie liczone w miliardach złotych rocznie podkreślmy. Będzie przelew ratunkowy dla JSW?
- Właśnie doszło do komercyjnej transakcji - ARP odkupiła dwa podmioty, czyli Przedsiębiorstwo Budowy Szybów oraz Jastrzębskie Zakłady Remontowe. To dało zastrzyk finansowy spółce. Natomiast mam świadomość, że cały czas walczymy o płynność.
JSW potrzebuje gotówki.
- Zmagamy się z czasem. Wiem, co nas czeka za miesiąc i w tej chwili wspólnie z ministrem energii, bo on ma w dużej części inicjatywę, szukamy systemowych rozwiązań. Kolejna transakcja z udziałem ARP nie jest możliwa - nie ma tam już majątku, który można by było rynkowo sprzedać.

Co jest dzisiaj na stole?
- Potencjalnie są regulacje ustawowe, które pozwoliłyby na udzielenie pożyczki JSW na specjalnych warunkach.
Kiedy te decyzje mogłyby zapaść? Sam pan zauważył, że kończy się czas.
- Najbliższe tygodnie są kluczowe.
Była mowa o 3 mld zł. To zostaje?
- Zbyt wiele czynników rynkowych wchodzi w grę, aby mówić o konkretnych kwotach. Ale potrzeby są wciąż duże. Restrukturyzacja kosztów jest konieczna.
Restrukturyzował pan PKP Cargo. Sytuacja z JSW dzisiaj jest podobna?
- Moje doświadczenie restrukturyzatora sprowadza się do założenia, być może naiwnego, że jeżeli mówimy o ratowaniu firmy w ekstremalnie trudnych warunkach, to wszyscy jesteśmy albo powinniśmy być po jednej stronie.
- Kiedyś w PKP Cargo przeprowadziliśmy gigantyczną restrukturyzację, zamknęliśmy bardzo wiele zakładów, zrealizowaliśmy program dobrowolnych odejść, zredukowaliśmy zatrudnienie z 46 do 23 tys. pracowników i wszystko odbywało się - co chcę podkreślić - w dialogu ze strona społeczną. W przypadku JSW też wszyscy powinni być po jednej stronie - tu nie ma miejsca na partykularne interesy.
- Na końcu doprowadziliśmy spółkę do standardu bycia jedną z najbardziej dochodowych, efektywnych kolei towarowych w Europie, z największym programem inwestycyjnym, z zerowym zadłużeniem, z nadpłynnością, z gotówką w wysokości 700 milionów złotych i firmą przygotowaną do wejścia na giełdę. IPO było spektakularnym sukcesem. Nie komentuję tego, co się stało z PKP Cargo potem.
Wszyscy wiemy, co się stało - dzisiaj PKP Cargo jest znów w głębokim kryzysie.
- Teraz sytuacja jest o tyle trudniejsza, że lata dewastacji spółki, w dużej części zarządzania przy braku kompetencji połączyło się z kryzysem w przewozach i zmianą ich struktury. Udział węgla w miksie energetycznym spada, co przekłada się na rynek przewozów kolejowych. PKP Cargo z węgla w dużej części żyło i boleśnie odczuwa skutki tej zmiany. Kryzys jest bardzo głęboki i nie dotyczy tylko tej spółki. Konsekwencje różnego rodzaju błędów zarządczych, w tym chociażby realizacji "akcji węgiel", czyli zerwania z polecenia politycznego umów, które spółka miała z klientami, często wieloletnimi, odbiło się na tym, w jakim stanie PKP Cargo jest dzisiaj.
Stąd ten wniosek o gigantyczne odszkodowanie od MAP?
- Traktujemy to z dużym spokojem. Jesteśmy w tej sprawie na etapie uzgodnień z Prokuratorią Generalną. Pamiętajmy o tym, że w tamtym czasie realizując "akcję węgiel", PKP Cargo dobrze zarobiło. To jakie to przyniosło konsekwencje, to jest inna sprawa, co było związane z błędnymi decyzjami zarządczymi. Byli tacy, co otrzymali sowite nagrody i medale państwowe za zrealizowanie tego polecenia. A jak to się odbiło na firmie w dłuższym okresie, to właśnie obserwujemy.
Udało się uporządkować sytuację w spółkach Skarbu Państwa?
- Skończyliśmy z bylejakością. Konsekwentne profesjonalizujemy zarządzanie spółkami Skarbu Państwa, w tym tymi największymi publicznymi. To ma swoje odzwierciedlenie w notowaniach giełdowych - spółki z udziałem Skarbu Państwa stały się lokomotywami polskiej giełdy. Odzyskaliśmy zaufanie inwestorów.
Oczywiście, nigdy nie jest idealnie. Realizując moją strategię tzw. aktywnego właścicielstwa bardzo intensywnie i detalicznie analizujemy funkcjonowanie spółek codziennie od rana do nocy. Taką widzę rolę dla nas jako Ministerstwa Aktywów Państwowych.
Kodeks Dobrych Praktyk Nadzoru Właścicielskiego już jest. Co z nowelizacją ustawy o zarządzaniu mieniem państwowym?
- Mamy wielkie poszanowanie dla zasad ładu korporacyjnego. Kompetencje to dla mnie priorytet. Jesteśmy na finiszu wszystkich uzgodnień w sprawie wspomnianej ustawy. Jej wdrożenie pozwoli nam dalej poprawiać jakość zarządzania zasobem państwowym.
Przyjrzałem kilka wywiadów pana wcześniejszych i mam takie wrażenie, czytając między wersami, że największy problem to ma pan z zarządami, którze nie narzucają wystarczającego tempa. Nie nadganiają do tego, czego by pan oczekiwał.
- Jeżeli mam poczucie, że ktoś nie nadgania czy wręcz pozoruje działania, to podejmujemy decyzję o wymianie. Rady nadzorcze są od tego, żeby weryfikować efektywność zarządów i tutaj nie boimy się zdecydowanych kroków - czas to pieniądz. Chcę wyeliminować myślenie, że bycie w dużej spółce, czasami giełdowej, z bardzo dobrymi warunkami pracy i płacy to jest rodzaj synekury.
- Mam alergię na taki sposób myślenia, że ktoś będzie odhaczał kolejny miesiąc z "fajnym" wynagrodzeniem i najlepiej to w ogóle nie podejmował ryzyka, nie miał determinacji, aby zmieniać rzeczywistość.
To myślenie jak o synekurach wciąż jest silne?
- Na takie myślenie musimy reagować, bo brak naszej reakcji spowodowałoby, że problemy mogą się multiplikować. Stąd też przy uwzględnieniu wszystkich rodzajów ryzyka i konsekwencji jestem zobligowany do podejmowania często trudnych decyzji dotyczących zmian w radach nadzorczych i zarządach.
To kto dzisiaj nie nadgania?
- Jestem menadżerem wynajętym do pełnienia bardzo odpowiedzialnej państwowej funkcji, do której podchodzę z wielką pokorą. Powiem tak - spłacam teraz swój dług wobec losu, który mi sprzyjał. I tego też oczekuję od zarządów. Każdy menedżer w państwowym sektorze, czy w prywatnym, który nie jest właścicielem biznesu, musi się liczyć z tym, że podlega ocenie i to regularnej, bieżącej, a właściciel ma prawo decydować o jego losie. To normalny, stały proces, więc jeżeli ktoś uważa, że jak już raz wygrał konkurs, to ma gwarantowany komfort na lata, to się myli. Tak nie jest. Komfort na lata gwarantują dobre wyniki i realizacja strategii, w tym strategii państwa.
Może minister sprawiedliwości Waldemar Żurek i prokuratura powinni wrzucić wyższe tempo z rozliczeniami. Tu przydałoby się przyśpieszenie?
- Jestem bardzo pozytywnie nastawiony do tego, co się dzieje w relacji: spółki z udziałem Skarbu Państwa, Ministerstwo Aktywów Państwowych i Ministerstwo Sprawiedliwości. Jesteśmy w stałym kontakcie z ministrem Żurkiem. Mam świadomość materii, z którą się mierzy, wiem jak trudno jest pewne rzeczy zmienić. Nie chcę wchodzić w kompetencje pana ministra, bo on sam najlepiej tłumaczy, z czym się boryka. Natomiast dokładamy wszelkich starań, żeby z naszej strony pewne rzeczy były zaadresowane lepiej i sprawniej poprowadzone. Stąd powołanie pełnomocników do spraw rozliczeń w spółkach. Dokonaliśmy inwentaryzacji nadużyć i zawiadomień, które zostały skierowane do prokuratury. Jesteśmy w stałym kontakcie.
W ilu spółkach już są pełnomocnicy?
- We wszystkich strategicznych.
Czyli ten "pilotaż" z pełnomocnikami sprawdził się?
- Widzimy już pierwsze efekty i przyspieszenie działań. Oczywiście, nie możemy wpływać na to, jakie decyzje będzie prokuratura podejmowała, bo to nie jest nasze zadanie. Natomiast to, co możemy dać, to wsad merytoryczny i wsparcie. A spółki z kolei przez to, że mają tych pełnomocników, mogą aktywność zarządu i top managementu przekierować na bieżącą działalność i tworzenie strategii.
Co z fuzją PZU i Pekao?
- Na stole jest kilka scenariuszy. Dopóki nie ma żadnej decyzji, to nie mogę wskazać, który jest preferowany. Taka rekomendacja ze spółek do nas jeszcze nie trafiła. Jest bardzo wyraźny sygnał z naszej strony, że w tych wszystkich scenariuszach, które opracowuje komitet sterujący i działający wspólnie pomiędzy Pekao i PZU, należy uwzględnić zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa. Chcę to wyraźnie podkreślić - to jest dla nas kluczowe.
- Mam też na uwadze to, że scenariusz bazowy, który jest przedmiotem prac komitetu i był przedmiotem term-sheet, wiąże się z koniecznością nowelizacji czterech ustaw. Chcę ograniczyć ryzyka związane z procesem legislacyjnym i nowelizacją tych ustaw.
Daje sobie pan jakiś czas na przeprowadzenie tego procesu. Tu znowu trzeba podkreślić, że jest pewna presja czasu.
- Zapewniam jedną rzecz: przestrzeń do prac nad optymalnym rozwiązaniem. Nie chcę, żeby powstało wrażenie, że jeżeli nie doszłoby do tego projektu albo byłby wybrany inny scenariusz niż zaprezentowany jako bazowy, to w jakiś sposób nam się rozsypie cała konstrukcja funkcjonowania Grupy PZU. Kluczem jest scenariusz, który pozwoli nam wygenerować nadwyżki kapitałowe, które powinny być takim "driverem" dla rozwoju całej grupy.
Kiedy poznamy szczegóły "lokal contentu"? Spolszczyłem, ile mogłem.
- Tak, szukamy wersji polskiej i nie jest to łatwe.
Premier mówi sporo o polonizacji ostatnio.
- Nie boję się tego słowa, nawet się z nim utożsamiam. Jestem patriotą gospodarczym. To jest czas, w którym pojęcie patriotyzmu gospodarczego powinno mieć charakter nadrzędny nad codzienną bitwą polityczną.
- Definicja "local content" jest opracowana, będzie ogłoszona w najbliższych tygodniach. Do tego chcemy dołączyć element związany z metodologią mierzenia "local content" oraz kodeks dobrych praktyk.
Cała koncepcja "local contentu" ma w Polsce szanse faktycznie zaistnieć?
- To jest bardzo poważna sprawa i priorytet mój i ministerstwa. To też priorytet rządu. Uważam, że to jest projekt - można powiedzieć górnolotnie - epokowy.
Odważnie powiedziane.
- Jest to na pewno projekt na dekady, który może zmienić polską gospodarkę. Rozpoczynamy dopiero pewną podróż, w której kluczem jest to, żebyśmy na bardzo wielu poziomach zmieniali sposób myślenia o łańcuchach dostaw, przetargach, zamówieniach publicznych. To miało miejsce w innych krajach UE, jak np. we Francji. Do tego, aby dostawcy, czy usługodawcy w pierwszej kolejności korzystali z krajowych rozwiązań, naprawdę nie trzeba wielkich zmian przepisów.
Na czym ten "local content" ma polegać? Tak najprościej jak się da.
- Chodzi np. o to, żeby np. przed zamknięciem specyfikacji istotnych warunków zamówienia w danym podmiocie, który organizuje duży przetarg, zmapować najpierw potencjalnych dostawców, producentów, którzy działają w Polsce i zobaczyć na jakich warunkach pracują. Przeprowadziliśmy już konsultacje z organizacjami pracodawców, z izbami handlowymi, z firmami. Jestem w kontakcie z Urzędem Zamówień Publicznych. Temat "local content" będzie też uwzględniony w polityce zakupowej państwa. Jesteśmy w kontakcie z GUS-em, który - na razie pilotażowo, a potem już docelowo w pełnym wymiarze - będzie uwzględniał w swoich statystykach i w swoich raportach poziom krajowego potencjału - "local contentu". Mamy już wiele rozwiązań, ale będziemy proponować nowe.
- Myśląc o definicji chcieliśmy, żeby była ona jak najbardziej pojemna, a nie wykluczająca. Mamy liderów działających w Polsce, w pewnych branżach zatrudniających tysiące pracowników, płacących tu podatki, ale nie będących właścicielsko firmami polskimi. No i teraz pytanie: czy to jest "lokal content", czy nie?
Jest?
- Już i tak za dużo powiedziałem. Taki formalny kick-off projektu ogłosimy na przełomie marca i kwietnia. Mamy plan, jak spowodować, żeby polskie firmy, nie łamiąc przepisów unijnych, w jak największym stopniu mogły skorzystać w najbliższych latach z tych inwestycji, naprawdę bezprecedensowych w historii Polski i o skali niewyobrażalnej. Tylko w sektorze energetycznym i zbrojeniowym będzie to około 1,5 biliona złotych w najbliższej dekadzie.
Da się "zadekretować" local content?
- Żeby była jasność - "local content" nie jest prawnie zadekretowany w UE i my też tego nie planujemy. My włączamy "myślenie po polsku", aby nie iść po linii najmniejszego oporu, wybierać najtańsze, na przykład chińskie. Powinniśmy myśleć o tym, jak wybrać to, co dobre i polskie, by tutaj pieniądze zostawały, żeby tutaj powstawały miejsca pracy, żeby tutaj się rodziły fortuny i wpływały na coraz lepszą pozycję gospodarczą. Ona już jest bardzo dobra. Jesteśmy w G20, szóstą gospodarką w Unii Europejskiej, jesteśmy liderem regionalnym i mamy taki "power", jakiego nie ma żaden kraj w naszym regionie.
Równolegle do "lokal contentu" nie tworzycie jakiejś większej i szerszej sformalizowanej strategii, chociażby dla spółek Skarbu Państwa, którą nazwę roboczo Go Global.
- To jest element również "lokal contentu". Mówiąc o repolonizacji, myślimy również o internacjonalizacji. Jestem w stałym dialogu ze spółkami, jeśli chodzi o rozwój ich aktywności międzynarodowych - to normalne dla regionalnego integratora i lidera. W najbliższych miesiącach będzie ujawnionych kilka dosyć spektakularnych działań w ujęciu międzynarodowym realizowanych przez spółki Skarbu Państwa.
Od kilkunastu lat nie mieliśmy w Polsce żadnej prywatyzacji, tego się nie da usprawiedliwić - mówił niedawno Leszek Balcerowicz. Może to czas jeśli nie na prywatyzację, to na jakieś duże IPO spółki Skarbu Państwa.
- Co do zasady jest olbrzymia różnica pomiędzy "upublicznić" a sprywatyzować. Wszystkie największe polskie spółki są publiczne, czyli notowane na giełdzie. To są spółki, w których Skarb Państwa nie ma zazwyczaj 50 proc., a często około 30 proc. akcji, ale z możliwością ich pełnego kontrolowania. Często posiadamy też złotą akcję.
- Mamy spółki o strategicznym znaczeniu, nad którymi państwo nie może utracić kontroli, ale fakt, że są notowane na giełdzie, powoduje, że bardzo wiele procesów, które dotyczą tych spółek, jest dużo bardziej efektywnych i transparentnych. One działają lepiej rynkowo. Oczywiście właściciel ma prawo podjąć decyzję, ale, jeżeli porównamy się do spółek czy podmiotów na przykład w Norwegii, tam państwo też decyduje, jaka jest ich rola i jak mają wypełnić zadania w interesie publicznym. Nikt nie ma wątpliwości, że inwestor prywatny, który inwestuje na giełdzie w akcje takiej spółki, musi się z tym liczyć. Ale są tak zarządzane że nikt nie ma wątpliwości co do ich profesjonalizmu. Ich zadaniem jest budowanie wartości. Mamy świadomość, że kapitał ma narodowość i stał się narzędziem oddziaływania na rzeczywistość polityczną w różnych krajach. Państwo musi mieć możliwość wykorzystania potencjału tych spółek we własnym interesie. W tym dla własnego bezpieczeństwa.
PGZ to przykład spółki, która pojawia się bardzo często w ostatnim czasie w kontekście debiutu giełdowego.
- PGZ jest w tej chwili beneficjentem sytuacji związanej z koniecznością jak najszybszego budowania bezpieczeństwa "fizycznego" państwa. Grupa rozwija się bardzo dynamicznie, praktycznie wszystkie spółki z grupy odnotowały olbrzymi postęp. Co więcej, żeby była jasność, mając rekordowe wyniki, bo wiadomo, że nakłady na obronność są rekordowe (tylko w tym roku będzie to 200 mld zł), do tego Program Polska Zbrojna, który nawet bez podpisu prezydenta zostanie w dużej części zrealizowany. To wszystko powoduje, że PGZ generuje wyniki finansowe, ale też nie konsumuje zysków, tylko reinwestuje w zwiększanie potencjału. Musimy być przygotowani na wszystkie scenariusze, bo one, jak widać, są na stole i są możliwe. Im bardziej będziemy dozbrojeni, tym będziemy bezpieczniejsi i oddalimy ryzyko ewentualnego bezpośredniego ataku kinetycznego na Polskę.
Nasi sąsiedzi na południu pokazali, że teraz jest ten czas dla spółek zbrojeniowych. Sprzedaje się to dobrze na giełdzie i z tego są gigantyczne pieniądze. Czemu nie wykorzystać momentu?
- Zawsze powtarzam - należy analizować wszelkie scenariusze, ale też postępować bardzo rozważnie. W związku z tym nie ma tutaj żadnych decyzji. Na pewno nie ma myślenia w kategoriach jakiejkolwiek prywatyzacji w tym znaczeniu, o którym mówi opozycja. W tym temacie, co mówię z przykrością, opozycja często i bez żadnych zahamowań próbuje manipulować opinią publiczną.
Chcę wyeliminować myślenie, że bycie w dużej spółce, czasami giełdowej, z bardzo dobrymi warunkami pracy i płacy to jest rodzaj synekury.
Prezes PGZ powtarza, że ewentualne IPO to decyzja właściciela. Więc zapytam raz jeszcze - MAP analizuje taki scenariusz?
- Na razie koncentrujemy się na tym, żeby PGZ była w stanie zaabsorbować rosnący gwałtownie rynek, żeby dostarczyła jak największą liczbę konkurencyjnych produktów, żeby zbudowała swój potencjał również eksportowy Tak, żeby PGZ stała się w sektorze defense takim naszym flagowym towarem eksportowym, który będzie rozpoznawany na całym świecie. Mamy fantastyczne produkty, które są już doceniane - z Krabem i Piorunem na czele. Mamy już strategiczne umowy w układzie międzynarodowym, chociażby dotyczące produkcji amunicji 155 mm.
Plan B na SAFE, bo nie ma podpisu prezydenta pod ustawą, jest do realizacji?
- Nie mogę pojąć, jak program taniej pożyczki na 185 mld zł, gdzie 89 proc. pieniędzy pójdzie na rozwój własnego potencjału produkcyjnego w Polsce, czyli czystej wody "local content", został wykorzystany do zbijania kapitału politycznego. Bezpieczeństwo państwa powinno być ponad bieżącym sporem politycznym. Co więcej, mamy wiele sygnałów również ze strony amerykańskiej, która przecież ma bardzo wielkie potrzeby własne w tej chwili związane z wojną w Zatoce Perskiej, żebyśmy rozwijali moce, inwestowali i budowali własny potencjał. Jak można zamykać oczy na coś takiego? Jeżeli nawet mówimy tylko o tym w kontekście politycznym, to przepraszam bardzo, ale Włochy i nawet Węgry korzystają z tego programu. To jest program stworzony przez polską prezydencję specjalnie dla Polski. Weto Prezydenta odebrałem bardzo osobiście i uważam to będzie na zawsze plama na biało-czerwonej i mówiąc oględnie skrajnie zła i nieodpowiedzialna decyzja. Ile to razy w historii podobne działania prowadziły nas do narodowych tragedii...
Miał pan spotkanie ze strategicznymi spółkami energetycznymi po wybuchu wojny w Iranie na temat ewentualnych zmian w infrastrukturze i niezbędnych inwestycji, by zwiększać bezpieczeństwo energetyczne?
- Jestem ze spółkami w kontakcie codziennym. Każda sytuacja, która oddziałuje na nasze bezpieczeństwo, czy wpływa na narrację, powoduje natychmiastową reakcję ze strony MAP. Ostatnio dyskutowaliśmy o działaniach w zakresie zwiększenia aktywności w obszarze ochrony infrastruktury krytycznej i poprawienia naszego bezpieczeństwa przed cyberatakami.
A ewentualnie rozbudowy mocy gazowych, nowe kierunki dywersyfikacji to jest temat na dzisiaj?
- Wydaje się, że jesteśmy w tej materii bardzo dobrze zdywersyfikowani i zabezpieczeni, więc nie było tego ryzyka, że na przykład zabraknie nam gazu czy paliwa na stacjach ze względu na blokadę cieśniny Ormuz. Ale widzimy jeszcze przestrzeń do działania. Minister energii był niedawno w Stanach Zjednoczonych, ja również będę w Waszyngtonie. Jest uzasadnienie do zbudowania hubu gazowego na poziomie Polski, który będzie, w pewnym sensie zabezpieczał interesy całego regionu.
- Dostrzegamy też pewne możliwości oddziaływania na negatywne konsekwencje decyzji, które były podejmowane swego czasu przy transakcji prywatyzacji Lotosu. Niestety one rezonują do dzisiaj, chociażby to, że Skarb Państwa już nie kontroluje 90 proc. rynku. Udział Orlenu to tylko 60-65 proc., więc musimy brać pod uwagę, że ten rynek już się zachowuje w zupełnie inny sposób. Orlen nie decyduje ostatecznie o tym, jakie są ceny na stacjach benzynowych, co jest też konsekwencją zrezygnowania przykładowo z możliwości korzystania z bazy magazynowej w Dębogórzu.
Co z Energą?
- Orlen jest w procesie. Kropka. Oczywiście wizję mamy, natomiast to jest zadanie zarządu, by ją zrealizować.
Pytanie, czy ten zarząd jeszcze zdąży się z tym procesem uporać?
- A dlaczego nie?
Niewiele czasu do końca kadencji zostało. Oczywiście nie mówię, że nie będą kontynuować swojej pracy w spółce.
- Zarządy podlegają kadencyjności. Sam koniec kadencji to jest moment, w którym następuje pogłębiona analiza efektywności tego, co się wydarzyło przez trzy lata. Podjęliśmy decyzję jako MAP, że wszędzie tam, gdzie się kończą kadencje, organizujemy konkursy. Nie idziemy na skróty.
Premier Donald Tusk w czasie sesji giełdowej zapowiada co może zrobić spółka Skarbu Państwa, by przeciwdziałać rosnącym cenom paliw. Nie pierwszy raz wychodzi polityk z jednej albo drugiej partii i mówi coś, co od razu ma przełożenie na kurs akcji notowanej na GPW spółki. Pan z tym powinien zacząć walczyć.
- Mamy do czynienia z bardzo nadzwyczajną sytuacją. I zadaniem polityków jest również generowanie przekazu, który będzie adekwatny do wojennej przecież rzeczywistości. Bardzo często podlegamy dezinformacji, manipulacji, a to jest element wojny hybrydowej. Wywołanie paniki w społeczeństwie leży w interesie tych, którzy nam źle życzą. Interwencję premiera traktowałbym w kategoriach odpowiedzialności i absolutnie bardzo prawidłowego podejścia.
Polska Grupa Nawozowa powstanie?
- Jesteśmy na etapie podejmowania działań w zakresie systemowych rozwiązań dla Grupy Azoty. Wiemy, co chcemy zrobić i jak to osiągnąć. Natomiast cały czas pojawiają się kolejne problemy. Zajmujemy się rozplątywaniem węzła gordyjskiego: to jest kwestia Polyolefins, Polic, to kwestia niewiążącej oferty Orlenu, która jest na stole i sporu, który się toczy z HEC-iem. I dyskusji z bankami-wierzycielami. To naprawdę jest trudny, skomplikowany proces.
- Jesteśmy zdeterminowani, żeby Grupa Azoty przetrwała, żeby doprowadzić ją do stanu, w którym będzie skoncentrowana na swoim podstawowym biznesie i na tym, co zawsze było źródłem dochodu dla firmy. Przecież przed "wpakowaniem" się w Polyolefiny Grupa była rentowna, generowała dodatnie przepływy finansowe, miała zysk i stabilną sytuację. Dopiero wielkomocarstwowe plany zarządu za czasów PiS katastrofalnie wpłynęły na całość grupy, z czego do dzisiaj nie może się wyplątać.
Jest jeszcze temat nawozów ze Wschodu, które psują rynek.
- Potrzebne są kolejne decyzje administracyjne na poziomie Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że się to wydarzy, dlatego że jest to niezdrowa konkurencja, uderzająca bezpośrednio w polskiego producenta. Mówimy tutaj o bezpieczeństwie żywnościowym państwa, więc z tej perspektywy restrukturyzując Grupę Azoty musimy też walczyć o stworzenie dla niej jak najbardziej pozytywnych warunków rynkowych do funkcjonowania. Oczywiście nie kosztem rolników. Ale nie możemy akceptować tego, że ktoś - państwo nam nieprzyjazne, a często wrogie - stosuje politykę cenową jako narzędzie wpływania na naszą gospodarkę i uderzenia w interesy naszych narodowych championów.
Co z Polską Fundacją Narodową (PFN) planuje pan zrobić?
- PFN nie podlega pod ministra aktywów państwowych.
Ale jednak pieniądze idą od spółek Skarbu Państwa.
- Pieniądze praktycznie już nie płyną. Część spółek jest w sporze z PFN, część skierowała doniesienia do prokuratury, część podpisała ugody. Natomiast rok 2026 jest ostatnim, w którym obowiązuje jakakolwiek forma obliga płacenia na Polską Fundację Narodową nałożonego przez naszych poprzedników na spółki z udziałem Skarbu Państwa. Tego już w 2027 r. nie będzie. Spółki nie będą miały przymusu przelewania pieniędzy.
Polska Fundacja Narodowa pozywa część spółek za brak wpłaty. Co pan na to?
- Zarząd fundacji mając pewne umowne uwarunkowania zmuszony jest do podejmowania działań. Ja im tego nie zabronię. Natomiast spółki Skarbu Państwa są zdeterminowane, żeby ten etap zakończyć. Wszystko, co było symbolem patologii poprzedniej władzy, jest kojarzone, niestety, z tą fundacją. To też jest bardzo głęboko osadzone w świadomości pracowników spółek Skarbu Państwa, którzy widzieli na co dzień jak to działało i bardzo się buntowali.
Rozmawiał Bartosz Bednarz, szef redakcji Biznes Interia













