W skrócie
- Thorium Space to kolejna polska spółka kosmiczna, która planuje w tym roku debiut na GPW.
- W rozmowie z Interią Biznes prezes Piotr Mierzejewski ocenił, że Europa potrzebuje zbudować niezależność satelitarną, co będzie też wymagało większych nakładów finansowych.
- - Jeżeli chodzi o rywalizację cenową czy oferowanie produktu na poziomie klienta indywidualnego europejska gospodarka nie ma szans w porównaniu z USA - słyszymy.
- Nasz rozmówca wskazuje, że wyścig w kosmosie trwa, jednak dziś nie toczy się "o to, kto pierwszy poleci dalej albo wyżej".
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Paulina Błaziak, Interia Biznes: Niedawno ogłosili Państwo podpisanie umowy o współpracy z Creotech Instruments. Co realnie daje ona Thorium Space?
Piotr Mierzejewski, prezes zarządu Thorium Space: Przede wszystkim otwiera możliwość budowy bardziej kompleksowych rozwiązań satelitarnych. Do tej pory koncentrowaliśmy się na rozwijaniu własnych technologii komunikacyjnych, payloadów (ładunek wykonujący zadanie, dla którego satelita został wysłany na orbitę - red.) czy terminali. Creotech z kolei posiada doświadczenie w obszarze platform satelitarnych i realizacji misji kosmicznych. Synergia wydaje się być oczywista. Liczymy, że połączenie tych kompetencji pozwoli w przyszłości wspólnie adresować projekty, w których klient oczekuje nie pojedynczego komponentu, ale bardziej kompletnego rozwiązania.
- To jest zresztą kierunek, w którym zmierza dziś rynek. Coraz częściej poszukiwani są partnerzy zdolni dostarczać większe elementy systemu i brać odpowiedzialność za ich integrację. W naszej ocenie współpraca z Creotechem może zwiększyć możliwości komercjalizacji rozwijanych przez nas technologii oraz ułatwić udział w większych projektach realizowanych na rynku europejskim.
Dużych konstelacji?
- Europa stoi dziś przed wyzwaniem budowy własnych kompetencji w obszarze komunikacji satelitarnej. Jeżeli chcemy skutecznie konkurować globalnie, potrzebujemy nie tylko pojedynczych innowacyjnych firm, ale również współpracy pomiędzy podmiotami posiadającymi komplementarne kompetencje. Właśnie w tym kontekście postrzegamy podpisane porozumienie.
W zasadzie wszystkie mniejsze spółki kosmiczne szukają większych, z którymi mogłyby współpracować.
- W Europie prawdopodobnie nie uda się odejść od konstrukcji, w której ostatecznym kupującym jest państwo. Firmy europejskie nie będą w stanie przebić cenowo produktów amerykańskich czy chińskich ze względu na skalę i koszty produkcji. Amerykańska technologia kosmiczna zdominowała świat a jej tempo rozwoju przewyższa wielokrotnie wszystkie kraje świata, w tym Chiny.
Potrzeba pieniędzy.
- Europa, aby zachować zdolność podążania za liderami będzie musiała inwestować znacznie większe kwoty niż obecnie, a nasze firmy będą musiały budować skalę. To jest obserwacja, który motywuje nas do szukania partnerów - bo na końcu klient oczekuje całościowego rozwiązania. Projektujemy anteny, terminale satelitarne, payloady - jesteśmy w fazie research and development, która doprowadzi nas w ciągu około dwóch lat do pierwszych sprzedawalnych produktów.
- Pierwsza wersja Starlinka pochłonęła 10 mld dolarów. Kolejne etapy inwestycji dojdą do 40 mld dolarów. Polski sektor takimi pieniędzmi na tego typu projekty nie dysponuje, więc trzeba szukać innej drogi.
A co z mniejszymi spółkami - są chętne na współpracę?
- Dotychczas szukaliśmy partnerów wśród większych firm. Ale rozpoczęliśmy rozmowy na temat rozwiązań, które można by wkomponować w nasze, np. na temat bezpieczeństwa transmisji.
Kiedy możemy spodziewać się pierwszego satelity telekomunikacyjnego?
- Planujemy demonstratora tej technologii około 2031 roku. Zakładamy, że byłoby to rozwiązanie, które będzie wyniesione na niską orbitę okołoziemską. Celem obecnego projektu, który realizujemy z Europejską Agencją Kosmiczną i z firmą SWISSto12 - Humming Sat - jest budowanie payloadu na orbitę geostacjonarną. Będziemy teraz to rozwiązanie modyfikować i wraz z nowym partnerem przenosić na orbitę LEO.
Kto ma finalnie korzystać z tego satelity?
- Pierwsza wersja satelity to będzie demonstrator. Jego kolejne wersje powinny dać łączność odbiorcą takim, jak rząd, wojsko, instytucje publiczne. To szansa na zbudowanie niezależnej łączności satelitarnej.
Na czym ta niezależność ma polegać?
- Na polskich firmach. Jak popatrzymy na wojnę Rosji z Ukrainą, sygnał satelitarny dostarczany przez Starlink był wykorzystywany przez obie strony. Amerykanie, nie angażując swoich zasobów, wojska i nie ponosząc strat, byli w stanie tym konfliktem kierować, włączając bądź wyłączając sygnał jednej lub drugiej stronie. Mogli więc przechylać szalę zwycięstwa, realizując swoje potrzeby polityczne. Dostarczanie polskiej technologii polskiemu rządowi oznaczałoby działanie pod egidą lokalną i eliminowałoby możliwość takiego wpływu przez zewnętrznych aktorów.
Jesteśmy w stanie uniezależnić się od USA?
- To nie jest kwestia prostego "tak" albo "nie". W niektórych obszarach będziemy jeszcze przez długi czas korzystać z technologii rozwijanych poza Europą. Natomiast możemy stopniowo budować własne kompetencje tam, gdzie ma to znaczenie strategiczne. Wymaga to czasu, pieniędzy i zaangażowania wielu firm. Naszym celem jest dokładanie do tego procesu własnej cegiełki poprzez rozwój technologii komunikacji satelitarnej, które w przyszłości będą mogły znaleźć zastosowanie w europejskich systemach.
Mamy szansę na europejskiego odpowiednika Starlinka?
- Obecnie budowany jest program IRIS2, niemniej jest to dużo mniejsza konstelacja - poniżej 300 satelitów, podczas gdy Starlink liczy około 10 tys., a 4 tys. kolejnych mają być wynoszonych rocznie. Pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą nam uczestniczyć w projekcie IRIS2. Zauważmy, że obserwowalny jest również trend budowania zdolności wyłącznie krajowych np. Niemcy rozważają możliwość budowania konstelacji na swoje wyłączne potrzeby. To tylko pokazuje, jak bardzo liczy się wspomniana niezależność.
Jak wygląda dobór spółek do udziału w IRIS2?
- Konsorcjum wybrane przez UE jest otwarte na współpracę z innymi firmami. W październiku ubiegłego roku były zbierane informacje, jakie gotowe rozwiązania która z polskich firm może dostarczyć. W tym roku pojawiają się informacje o kolejnych możliwościach przystąpienia do konkursów. My również będziemy włączać się w ten projekt.
- IRIS² będzie potrzebował bardzo wielu różnych kompetencji. Mówimy nie tylko o producentach satelitów, ale również o firmach dostarczających komponenty, systemy antenowe, procesory sygnałów czy payloady telekomunikacyjne. Patrzymy na ten program jako na jeden z potencjalnych kierunków rozwoju. Oczywiście wszystko zależy od tego, na jakim etapie będą nasze produkty i jakie potrzeby będą zgłaszali integratorzy całego systemu.
Thorium Space wykorzystuje AI?
- Dziś nie zajmujemy się tą technologią, ale planujemy wykorzystać ją w pierwszej kolejności na potrzeby wewnętrzne. Jeżeli przejdziemy do następnego etapu rozwoju firmy i wejdziemy na giełdę, następnym etapem będzie rozwój kompetencji opartych o narzędzia AI.
Kiedy więc IPO?
- Prowadzimy projekt z dwoma domami maklerskimi i postanowiliśmy, że na tym etapie nie komunikujemy konkretnych dat. Mogę powiedzieć, że to będzie ten rok i staramy się, żeby to było szybciej niż później.
Będzie nowa emisja akcji?
- Nie planujemy tego w momencie wchodzenia na giełdę. Realizujemy obecnie emisję pre-IPO i chcemy pozyskać ok. 30 do 35 mln zł. Te środki mają pozwolić nam przejść z etapu intensywnego rozwoju technologii do etapu ich komercjalizacji. Największa część środków trafi na rozwój własnych układów scalonych, payloadów telekomunikacyjnych i produktów, które w kolejnych latach mają generować przychody. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie finansujemy kolejnych badań dla samych badań, tylko budujemy rozwiązania, które mają trafić na rynek.
Jest zainteresowanie?
- Po wstępnym badaniu rynku wiem, że jest dość znaczne. Chcemy kierować ofertę do przede wszystkim inwestorów instytucjonalnych. Będzie też limitowana pula przeznaczona dla inwestorów powyżej 100 tys. Przy obrocie giełdowym liczymy już na naturalny ruch wśród akcjonariuszy, także indywidualnych.
- Myślę, że rynek zaczyna dostrzegać różnicę pomiędzy spółką, która świadczy usługi inżynierskie, a spółką budującą własne technologie i własność intelektualną. W naszym przypadku to właśnie własne układy, payloady i technologie komunikacyjne mają w przyszłości stanowić główne źródło wartości firmy.
Są państwo kolejną spółką kosmiczną ruszającą na giełdę. Chodzi wyłącznie o szukanie kapitału?
- Inwestorzy oczekują płynności - chcieliby mieć kupowania i sprzedawania akcji na otwartym rynku. Z drugiej strony po pre-IPO nie będziemy potrzebowali więcej kapitału, ale na przyszłość jest to bardzo wygodne i stosunkowo proste źródło pozyskania finansowania. Ponadto wejście na giełdę oznacza przejrzystość raportowania, co jest mile widziane przez agencje rządowe.
- Kapitał jest ważny, ale nie jest jedynym powodem. W naszej branży budowanie wiarygodności trwa latami. Współpracujemy z Europejską Agencją Kosmiczną, rozwijamy projekty z zagranicznymi partnerami, podpisaliśmy umowę o współpracy z Creotech Instruments. Status spółki publicznej daje dodatkową transparentność i pokazuje partnerom, że jesteśmy gotowi funkcjonować według najwyższych standardów raportowania i nadzoru. To ma znaczenie szczególnie wtedy, gdy rozmawia się o projektach liczonych w perspektywie wielu lat.
Giełda może być trampoliną do kontraktów rządowych czy grantów z ESA?
- Na pewno może ułatwić, bo będziemy jak na tacy pokazywać nasze dane. Aczkolwiek "trampolina" to za duże słowo.
Będą kolejne emisje?
- Z naszej strategii wynika, że w ciągu półtora roku prawdopodobnie konieczna będzie kolejna emisja, która powinna już potem wystarczyć na dłuższy czas.
Czy w Polsce jesteśmy w stanie myśleć obecnie o sektorze kosmicznym po wyłączeniu sektora obronnego?
- Ze względu na koszty i skalę produkcji trudno będzie praktycznie realizować założenia modelu dual-use. Myśląc o ofercie dla klienta indywidualnego Starlink dzisiaj dostarcza najlepsze na ryku parametry transmisji, abonament z terminalem za około 130 zł miesięcznie. Moim zdaniem w realiach produkcji europejskiej osiągnięcie takiego poziomu cenowego przy podobnej jakości jest na dziś nieosiągalne.
- Przy okazji grantu europejskiego braliśmy udział w warsztatach z doświadczonymi ekspertami z całej Europy, którzy działają w tym sektorze od kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Bardzo często padało tam stwierdzenie, że jeżeli chodzi o rywalizację cenową czy oferowanie produktu na poziomie klienta indywidualnego europejska gospodarka nie ma szans w porównaniu z USA.
O co więc toczy się wyścig w kosmosie?
- O władzę nad innymi, czyli na końcu o pieniądze, ale skala działania daje olbrzymie przełożenie na inne kraje. Jeśli spojrzymy, jak bardzo SpaceX planuje zmniejszyć koszty wyniesienia ładunków w przestrzeń kosmiczną to na samym wyniesieniu oszczędności mogą szacunkowo sięgać równowartości wynoszonych satelitów a nawet je przewyższać.
- Nie można patrzeć na sektor kosmiczny jako na wydzieloną gałąź gospodarki, która ma nam dać przewagę. To się nie uda w ten sposób. Jeżeli całość gospodarki nie będzie konkurencyjna, to za jakiś czas przemysł kosmiczny też taki nie będzie. Nie da się zbudować w dużej skali atrakcyjnych cenowo rozwiązań wynikających z technologii kosmicznych, jeżeli cała gospodarka będzie kosztowo nieefektywna.
Jak tego uniknąć?
- Dzisiaj to już nie jest wyścig o to, kto pierwszy poleci dalej albo wyżej. To jest wyścig o technologie, dane i kontrolę nad infrastrukturą, z której korzystają państwa, firmy i obywatele. Jeśli ktoś kontroluje komunikację satelitarną, systemy obserwacji Ziemi czy nawigację, to ma realny wpływ na funkcjonowanie gospodarki i bezpieczeństwo. Dlatego sektor kosmiczny przestał być ciekawostką technologiczną, a stał się jednym z elementów budowania przewagi gospodarczej i geopolitycznej.
Powiedział pan na jednej z konferencji: "Iluzją jest to, że już się stajemy potęgą kosmiczną". Kto tak uważa?
- Proszę przeczytać kilka nagłówków - artykułów na ten temat jest bardzo dużo. Owszem, robimy postępy, mamy wspaniałych specjalistów, ambitne firmy, ale bez systemowego wsparcia i bardzo dużych pieniędzy to się nie stanie.
Rząd chwali się, że składka do ESA została zwiększona.
- To na pewno dobra wiadomość, bo większa składka oznacza więcej projektów dostępnych dla polskich firm. Trzeba jednak pamiętać, że sektor kosmiczny rozwija się wtedy, gdy publiczne pieniądze przyciągają również kapitał prywatny. Patrząc na największe sukcesy światowego rynku kosmicznego, widać wyraźnie, że kluczową rolę odgrywa połączenie finansowania publicznego, inwestorów prywatnych i przedsiębiorców gotowych podejmować ryzyko technologiczne.
- Te pieniądze wydają się nam olbrzymie, bo startowaliśmy z bardzo niskich poziomów. Ale w porównaniu nawet z samym Starlinkiem widzimy, że to inna skala inwestycji. A przecież USA to nie tylko firmy Elona Muska. Budżet NASA jest około 3 razy większy niż ESA. Ponadto tam jest dużo większe zaangażowanie inwestorów prywatnych. Myślę, że przytoczone fakty pokazują dużą skalę potrzeb rynku europejskiego i pozwalają przewidywać dalsze duże i rosnące inwestycje w technologie kosmiczne w Europie - zakładamy, że te inwestycje tworzą i będą zwiększać rynek na nasze produkty.
A wyjście na rynki zagraniczne? W USA biznes łatwiej się skaluje.
- To jest coś, o czym myślę. Ponad 20 lat pracowałem na rynku finansowym w Polsce. Obserwowałem wiele startupów, które patrzyły bardzo szybko w kierunku rynku amerykańskiego. W przypadku rynków finansowych w USA jest mała grupa instytucji rozwiniętych technologicznie i duża grupa, tych które do tego pretendują. Polski rynek w obszarze finansów jest dużo bardziej rozwinięty technologicznie. Dlatego doświadczenia z polskiego rynku doskonale się przenoszą za ocean. Być może tak samo jest w sektorze kosmicznym - obok SpaceX czy Starlink są nisze, w których moglibyśmy swoje cegiełki dołożyć.
Rozmawiała Paulina Błaziak















