Ze wstępnych danych GUS wynika, że w 2025 roku urodziło się 238 tys. dzieci - to gorzej niż najgorszy scenariusz dla 2030 roku. Prognozy są nieubłagane - Polaków będzie w przyszłości mniej, coraz większy odsetek będą stanowić ludzie starsi, odchodzący na emeryturę, zaś tempo przyrostu naturalnego będzie maleć.
Przyczyn niskiej dzietności jest wiele - począwszy od braku partnera, przez brak możliwości finansowych, w tym mieszkaniowych, biologicznych, niepewność geopolityczną, po niechęć i zmianę priorytetów życiowych w stosunku do poprzednich pokoleń. Nie byłoby to największym wyzwaniem gdyby nie fakt, że obecnie rodzące się dzieci nie będą w stanie utrzymać pokoleń, które w przyszłości nie będą pracować.
Migracja napędza polskie PKB
Prof. Romuald Jończy z Instytutu Ekonomii i Finansów Uniwersytetu Opolskiego jest zdania, że sam fakt kurczenia się polskiego społeczeństwa nie jest największym problemem. Jego źródło tkwi natomiast w przyszłej strukturze demograficznej, a więc kwestii utrzymania znacznej grupy emerytów przez osoby w wieku produkcyjnym w perspektywie 15-20 lat. Przyznaje zresztą, że dziś nic nie wskazuje na to, aby dzieci miało rodzić się więcej.
- Przy czym w Polsce nie tyle są potrzebne dzieci, co młodzi ludzie - podejmujący pracę płacący podatki, przedsiębiorczy i innowacyjni. Urodzenie dziecka pociąga za sobą dla państwa i dla rodziców ogromne wydatki przez 20 lat i przez ten okres nie generuje korzyści w społeczno-ekonomicznym. Te korzyści są generowane wtedy, kiedy to dziecko podrośnie i zechce pracować i być aktywnym tam gdzie zostało wychowane - podkreśla w rozmowie z Interią Biznes.
W praktyce oznacza to, że Polska będzie potrzebować większej liczby osób z zagranicy. Wojna za naszą wschodnią granicą tylko ten proces przyspieszyła, a skutki są namacalne. Z raportu Deloitte dla dla Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców wynika, że ukraińscy uchodźcy wygenerowali 2,7 proc. polskiego PKB w 2024 roku. To wartość porównywalna z całym polskim rolnictwem.
- Czy to się komuś podoba czy nie jedynym rozwiązaniem w perspektywie przynajmniej najbliższych 25 lat jest imigracja zarobkowa lub stała, zwłaszcza, przynajmniej na początku - a tak się dzieje - z obszarów bliskich nam kulturowo. Rozsądna integracja, wtopienie w naszą w nasze społeczeństwo może nie tylko łatać dziury w zakresie rąk do pracy i odciążyć system świadczeń, ale zbalansować bardzo zakłócona strukturę wieku - wskazuje prof. Jończy.
Migranci szybko przyjmują wzorce danego kraju
Na zwiększenie dzietności nie liczy też dr hab. Krzysztof Tymicki z Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Zauważa, że kluczowym ograniczeniem jest dla poprawy jest dziś struktura wieku.
- Obecnie w wieku 25-35 lat znajdują się osoby urodzone w latach 1990-2000. To już pokolenie wyraźnie mniej liczne niż roczniki z lat 70. i 80. Nawet gdyby współczynnik dzietności wzrósł, sama liczba kobiet w wieku prokreacyjnym jest zbyt mała, aby wygenerować silny i trwały wzrost liczby urodzeń. Innymi słowy - brakuje potencjału demograficznego - podkreśla.
Pytamy więc, czy migracje to jedyna recepta. I znów słyszymy pesymistyczny ton - na chwilę, owszem, ale nie rozwiązuje to strukturalnego problemu niskiej dzietności.
- Po pierwsze, aby migracja rzeczywiście zrównoważyła ubytek demograficzny, do Polski musiałaby napływać bardzo duża liczba migrantów - liczona w setkach tysięcy rocznie - i to w sposób trwały. Na taką skalę państwo nie jest dziś przygotowane ani instytucjonalnie, ani kulturowo i społecznie. Po drugie, doświadczenia innych krajów - np. Wielkiej Brytanii - pokazują, że migranci nie utrzymują przez długi czas wyższej dzietności niż w kraju pochodzenia. Co więcej, wraz z integracją w społeczeństwie przyjmującym ich wzorce prokreacyjne szybko zbliżają się do poziomu obowiązującego w danym kraju. Oznacza to, że migracja nie generuje trwałego wzrostu liczby urodzeń, a jedynie krótkookresowy efekt strukturalny - wyjaśnia.
Seniorzy coraz chętniej pracują
Złe prognozy demograficzne nie oznaczają jeszcze katastrofy. Dr Tymicki wskazuje, że jest kilka recept. To - oprócz "rozsądnej" polityki migracyjnej oraz inwestycji w automatyzację i nowe technologie, które pomogłyby utrzymać poziom rozwoju gospodarczego przez mniejszą liczbę osób - aktywizacja zawodowa osób starszych.
I to już widać - jak podawała "Rzeczpospolita" co dziesiąty senior pracował w IV kwartale ub. roku - łącznie około 852 tys. osób, co stanowi rekord. Wynika to zarówno z faktu, że po osiągnięciu wieku emerytalnego wiele osób nadal cieszy się dobrym zdrowiem, jak i chęcią dorobienia do niskiej emerytury.
- Jednak jest to raczej efekt przejściowy niż trwałe rozwiązanie. Demografia działa z opóźnieniem, ale konsekwentnie. W kolejnych latach w wiek emerytalny będą wchodziły coraz mniej liczne roczniki, a liczba osób w wieku produkcyjnym będzie systematycznie spadać. Dzisiejsza wysoka aktywność zawodowa może "ratować" system jeszcze przez kilka-kilkanaście lat, ale nie zmienia to strukturalnego trendu starzenia się społeczeństwa - ocenia ekspert.
Wiek emerytalny do zmiany?
Wraz z pojawianiem się nowych danych GUS jak bumerang wraca pytanie o konieczność nie tyle aktywizacji, co odgórnego wydłużenia okresu pracy poprzez podniesienie wieku emerytalnego. Obecny rząd wielokrotnie deklarował, że takich planów nie ma. Nie oznacza to jednak, że temat został zamknięty dla przyszłych decydentów.
Polska ma dziś jeden z najniższych wieków emerytalnych w Europie. Patrząc na przykład na Wielką Brytanię, w latach 2026-2028 będzie następować podniesie go z 66 do 67 lat, a w latach 2044-2046 - do 68 lat. W Niemczech analogiczny proces również ma doprowadzić do ustalenia wieku emerytalnego na poziomie 67 lat w 2031 roku. Pokazuje to, że działania te są stopniowe.
- Nie musimy koniecznie podnosić wieku emerytalnego dla wszystkich, ale jeśli dłużej się kształcimy, dłużej żyjemy a chcemy mieć odpowiednie emerytury to powinniśmy dążyć do tego aby w miarę możności pracować jak najdłużej. To jest w interesie tych starszych osób. Kiedyś było więcej rodzin wielopokoleniowych i często osoby starsze - relatywnie młodzi emeryci - pomagały w wychowaniu dzieci. W tej chwili dzieci rodzą się później, na ogół poza obszarami, gdzie są dziadkowie - zauważa prof. Jończy.
Kobiety nadal mają niższy wiek emerytalny
Podobnie widzi tę kwestię dr Tymicki, który zwraca uwagę na wydłużające się przeciętne trwanie życia, rosnące trwanie życia w dobrym zdrowiu, oraz rosnącą dysproporcję między liczbą pracujących a liczbą pobierających świadczenia.
- Podniesienie wieku emerytalnego wydaje się w dłuższej perspektywie nieuchronne. Trudno uzasadnić sytuację, w której żyjemy coraz dłużej i dłużej zachowujemy sprawność zawodową, a okres aktywności zawodowej pozostaje niezmieniony. Szczególnie widoczna jest kwestia różnic między kobietami a mężczyznami - kobiety żyją średnio dłużej, a mimo to mają niższy wiek emerytalny. Z punktu widzenia stabilności systemu jest to rozwiązanie coraz trudniejsze do utrzymania - dodaje.
Pytaniem otwartym pozostawałoby ustalenie nowego wieku emerytalnego i czy byłby on jednolity dla płci i różnych zawodów.
Ulgi podatkowe zamiast 800 plus?
Zajęcie się wiekiem emerytalnym to jednak druga strona medalu demograficznego problemu. Poprzedni rząd miał na niego inny pomysł - to nie wydłużenie pracy seniorów, ale - wracając do danych GUS - zwiększenia dzietności poprzez świadczenie 500 plus. I choć kwota została podniesiona do 800 zł wskutek wysokiej inflacji, nie przyniosło to wymiernych korzyści w postaci zwiększonej liczby porodów.
Dlatego prof. Jończy proponuje inny model - nie transfery, a ulgi podatkowe.
- W większości cywilizowanych państw kwestia płacenia podatków przez osoby posiadające dzieci wygląda inaczej niż w Polsce. I nie chodzi o to, żeby państwo dawało jakieś pieniądze z tytułu posiadania dzieci, ale żeby wprowadzić ulgi podatkowe i inne dla tych, którzy pracują i są aktywni. Chodzi o to aby osoby dobrze sytuowane, zaradne, pracujące, mogące przekazać wzorce pracowitości, przedsiębiorczości i aktywności społecznej miały dzieci. Transfery powinny istnieć, ale to powinno funkcjonować odrębnie i dotyczyć głównie szczególnych przypadków - ocenia.
Koronnym przykładem w Europie pozostaje Francja, gdzie funkcjonuje model bardzo prorodzinny. Założeniem systemu jest brak obniżenia statusu rodziny po pojawieniu się dziecka - a zwłaszcza trojga, bowiem im więcej dzieci, tym bardziej ich posiadanie "się opłaca" dzięki ulgom podatkowym. I choć w ubiegłym roku wskaźnik dzietności spadł tam do 1,56 wobec 1,61 rok wcześniej, dla porównania, w Polsce wyniósł on w 2024 roku 1,14.
Podniesienie wieku emerytalnego, jak i odejście od powszechnego przyznawania 800 plus spotkałoby się dziś z dużym oporem społecznym. Może się jednak okazać, że w dłuższej perspektywie okaże się to konieczne.
Paulina Błaziak
















