Europa odpowiada globalnie za 6-7 proc. emisji gazów cieplarnianych.
- Zmniejszamy te emisje, ale tak naprawdę je oddaliśmy do innych regionów na świecie, a jednocześnie długoterminowo nie jesteśmy w stanie konkurować i być bogatą gospodarką bez przemysłu - ocenia rozmówca Interii Biznes. Zwraca uwagę, że obecnie pierwszy raz na tę skalę zachodzi uświadomienie sobie wyborców krajów w Unii Europejskiej, że to nie działa.
- Zakłady pracy się zamykają, mamy coraz więcej produktów z Chin, a nie z Europy, a ceny energii dotykają nie tylko przedsiębiorstwa, ale też ludzi, konsumentów, widzimy w naszych kieszeniach i cenach, że to przestaje działać. A że nie mamy własnych źródeł energetycznych w Europie, które są konkurencyjne cenowo, dodatkowe obciążanie ich kosztami emisji CO2 po prostu jeszcze bardziej ogranicza tę konkurencyjność, która i tak jest pod presją - dodaje.
System, który nie działa. "Środki z ETS miały wracać do przemysłu na inwestycje"
- Problem jest w realiach, w cenie tego wszystkiego. Wszystko jest możliwe do osiągnięcia. Jest kwestia tego, czy mamy tę technologię i ile ona kosztuje - mówi Interii Biznes Kamil Majczak i dodaje, że możliwe jest prowadzenie zeroemisyjnej działalności. Cena tego jest jednak bardzo wysoka.
- Mamy pierwsze instalacje wychwytywania CO2, które powstają w Europie, tylko jest to bardzo drogie. Nie jesteśmy wtedy w stanie być konkurencyjni, tak? My prowadzimy projekty, które mają nas zdekarbonizować. Rozpoczniemy konwersję kotła na biomasę w tym roku. W przyszłym roku zaczniemy budowę instalacji termicznej przekształcania odpadów w Inowrocławiu. Są dwa duże projekty, łącznie za około 2 mld zł, które zmniejszą nasze emisje. Nadal nie w 100 proc. w jednym zakładzie - wskazuje.
Problemem jest też fakt, że pieniądze z systemu ETS miały wracać do biznesu na inwestycje. - Skala inwestycji, żeby zachować konkurencyjność, jest ogromna. Te środki, które były przeznaczone na ETS, na CO2, miały wracać do przemysłu właśnie na te inwestycje - przypomina. Tylko że one nie wracały, a jeśli już, jest to tylko ułamek wpływów.
- Przez ostatnie 12 lat wydaliśmy ponad 400 mln euro na uprawnienia (do emisji CO2 - red.). (…) Musimy zmierzyć się z ekonomiczną rzeczywistością. I z tym, z kim konkurujemy. Nie jesteśmy sami w Europie, mamy świat poza Europą, który działa na nieco innych zasadach i nie my piszemy dla tych regionów świata zasady. Konkurencyjność pisze te zasady - przypomina rozmówca Interii Biznes.
Przebudzenie w Europie? "Ta fala dopiero nabiera tempa"
Prezes Qemetica został zapytany także o to, czy dostrzega dzisiaj "przebudzenie Europy" w sprawie ETS i kolejnych norm emisyjnych CO2.
- Fala dopiero nabiera tempa. Duża część krajów członkowskich zaczęła mówić o tym, że jest potrzebna reforma ETS, że musimy odzyskać konkurencyjność - zauważa. Zwraca jednak uwagę, że UE to nie jest jeden organizm. Niektóre kraje, które się dobrze przystosowały i są relatywnie konkurencyjne w systemie ETS mają inne spojrzenie, niż kraje, które ponoszą dzisiaj gigantyczne koszty. - Jest problem, co wybieramy: globalną konkurencyjność czy zadowolenie wszystkich, do którego nigdy nie dojdziemy - ocenia.
- Jeśli zagramy w tę grę długoterminowo i jak za 10, 20, 30 lat nie będziemy nic produkować, to realnie nie będziemy bogatą Europą. My jako Polska mamy też w tym swój interes, bo rozwijamy się bardzo szybko na tle europejskim. Powinniśmy dążyć do tego, żebyśmy byli w stanie być konkurencyjnym globalnie. Bo na tym jeszcze możemy więcej skorzystać - mówi Kamil Majczak.
Podczas rozmowy pojawił się także wątek Stanów Zjednoczonych i warunków prowadzenia tam biznesu. Qemetica ma w USA zakład produkcyjny i realia zna "z pierwszej ręki". Prezes spółki odniósł się do cen energii, które są wielokrotnie niższe.
- Mówimy teraz pewnie nie o kilkukrotnej, tylko już 10-krotnej różnicy na koszcie gazu. Nie ma opłat emisyjnych. Konkurencyjność na cenach energii jest niepodważalna. Plus tam jest trochę inne nastawienie do biznesu - tam i lokalnie, i w całych Stanach Zjednoczonych, chce się robić biznes, chce się robić inwestycje. Jak ktoś chce inwestować, chce tworzyć nowe miejsca pracy, to jest ta lokalna przychylność dużo większa. Można rozmawiać od razu o benefitach podatkowych, o tym, ile miejsc pracy powstanie, ile inwestycji będzie, jakie będą tego skutki dla regionu. Tam chce się mieć te inwestycje, a u nas jakby doszliśmy szybko do takiego poziomu, że lepiej mieć, ale gdzieś daleko od siebie - mówi Kamil Majczak.
Ciężki biznes zwija się z Europy. "Naszym obowiązkiem jest jasno komunikować"
W ubiegłym roku Qemetica sfinalizowała proces hibernacji zakładu w Janikowie. Jak wtedy tłumaczyła spółka: "zakończenie produkcji sodowej w Janikowie to pokłosie aktualnych realiów rynkowych i rosnących kosztów, które zabijają konkurencyjność przemysłu. Dalszego funkcjonowania zakładu na uczciwych warunkach nie ułatwiała także coraz bardziej odczuwalna nierówna konkurencja ze strony tureckich producentów, działających poza europejskimi regulacjami, w oparciu o rosyjski węgiel i gaz".
Zapytany o to prezes Qemetica przyznał, że spółka szuka alternatywy dla zakładu.
- Patrzymy jak wykorzystać to, że jesteśmy na miejscu, mamy tę infrastrukturę, jak zbudować na tym, co mieliśmy, nowy biznes. (...) W najbliższych miesiącach będziemy mogli więcej powiedzieć - dodaje.
- Sytuacja zakładu była ciężka, nie byliśmy w stanie kontynuować tej produkcji przy obecnych cenach energii, przy obecnym obniżonym popycie i konkurencji spoza Unii Europejskiej. Czuliśmy, że naszym obowiązkiem jest jasno komunikować i użyć tego przykładu do szerszego zbudowania świadomości i trochę ruszenia tej machiny - mówi Interii Biznes. - Bo to są przykłady, które jak się dzieją namacalnie są w stanie zmieniać politykę. (…) Mam nadzieję, że to jest kolejny przykład, który pomoże zmienić nastawienie polityków do przemysłu, przemysłu chemicznego i ciężkich zakładów, aktywów, które są kapitałochłonne, do tego, żeby one były w Europie i mogły tu funkcjonować i konkurować globalnie - podsumowuje.
Rozmawiał Bartosz Bednarz











