Inflacja - przed wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie, która wywołała wzrost cen surowców energetycznych (i cen paliw na stacjach) - wynosiła w Polsce 2,1 proc. (w lutym). Wojna ją podbiła, ale jest to na razie ruch bardzo umiarkowany: do 3,2 proc. w marcu i 3,2 proc. w kwietniu.
Członek RPP o podwyżkach stóp? "Po wakacjach zobaczymy"
Członek RPP wskazuje, że prognozy na kolejne miesiące pokazują inflację w okolicy 3-3,5 proc. - Gdzieś się tu będziemy mieścić - wskazuje Ludwik Kotecki w rozmowie z Interią Biznes, przyznając, że częściowo jest to zasługa rządowego programu CPN, który limituje wzrost cen na stacjach benzynowych. To o tyle ważne, że ceny paliw mają dość duży udział w koszyku inflacyjnym, tj. stanowią dużą część konsumenckich wydatków.
- Gdyby te ceny pofrunęły i nie były hamowane z góry, to pewnie inflacja byłaby trochę wyższa. Ale też - nie ma co straszyć. Na razie tego scenariusza z 2021 r. nie ma, nie widzimy tego w ogóle na horyzoncie. Ta inflacja w żadnym scenariuszu nie powinna przekroczyć 4 proc. Natomiast jest tu ogromna ciągle niepewność co do kształtowania się, co dalej z tym konfliktem się ma wydarzyć - zauważa członek RPP.
Obecnie nie ma warunków makroekonomicznych w Polsce, żeby inflacja - dodaje - wzrosła, tak jak to było w 2021. Wtedy nałożyło się wiele rzeczy. - Tego dzisiaj nie ma (…). Płace nam nie przyspieszają, tylko zwalniają. One ciągle rosną, ale wolniej (…). Impulsu kosztowego nie widzimy, w sensie, że koszty pracy nie będą rosły. Na razie. To, co widzimy w prognozach i w cenach, w danych, to bezpośredni wpływ cen ropy naftowej. A na taki wpływ polskimi stopami procentowymi nic nie poradzimy, bo czy my je podniesiemy, czy obniżymy, to nie ma żadnego znaczenia dla ceny ropy naftowej. Tutaj jest potrzebne po prostu rozwiązanie konfliktu, jakaś stabilizacja, odbudowanie tych możliwości produkcyjnych na Bliskim Wschodzie. W takim scenariuszu optymistycznym, ale chyba też dosyć realistycznym, to się powinno wydarzyć w następnych kilku miesiącach - mówi Ludwik Kotecki.
Prognozy nieaktualne. "Nam się rzeczywiście wydawało, że to będzie możliwe"
W rozmowie z Interią Biznes, członek RPP podkreśla jednak, że dotychczasowe prognozy o cięciu stóp proc. są nieaktualne. Jeszcze w lutym była mowa o 1-2 obniżkach dodatkowych w 2026 r.
- Zrobiliśmy ostatni ruch, właściwie w ostatniej chwili możliwej, na samym początku marca i wydaje nam się, ja bym powiedział dzisiaj - nie ma takiego scenariusza, żebyśmy powrócili do tego rodzaju dyskusji. Więc dzisiaj na stole leżą dwie rzeczy. Bardziej prawdopodobna jest taka, że nie będziemy zmieniać stóp procentowych. W tym roku w ogóle już. A w tym takim trochę może mniej prawdopodobnym scenariuszu, ale też nie wykluczałbym, to nawet trzeba będzie lekko je podwyższyć. Ale jeszcze raz - najbardziej prawdopodobny scenariusz, co najmniej do lipca, jest taki, że stopy nie zostaną zmienione. Po wakacjach zobaczymy - wskazuje Ludwik Kotecki.
Przyznaje także, że dla niego "próg bólu" wzrostu inflacji to 3,5 proc. (górne odchylenie od celu inflacyjnego NBP, który wynosi 2,5 proc. plus minus 1 pkt proc.).
- Jeżeli byśmy zobaczyli zagrożenie, że inflacja nam ucieka, to (…) wait and see i bądźmy gotowi na podwyżki, niestety. Ale nie straszmy. Na razie bazowy scenariusz - zostajemy ze stopami takimi, jakie są. One są wysokie. Znaczy, my mamy ciągle dosyć wysokie stopy procentowe. (…) Jak będzie trzeba, to będziemy się zastanawiać, czy jej (stopy proc. - red.) troszeczkę nie podwyższyć. Na razie nie straszmy. Na razie mam nadzieję, że się bez tego obędzie - mówi Ludwik Kotecki.
Wysoki deficyt coraz większym problemem? "Rynki to na razie akceptują"
W rozmowie z Interią Biznes, członek RPP - pytany o program CPN i jego wpływ na budżet państwa - zwraca także uwagę, że "przestrzeni, luzu fiskalnego na takiego rodzaju interwencję państwa, tam dużo nie ma. (…)". - Deficyt jest wysoki. W 2025 okazało się, że przekroczył 7,3 proc. To jest dużo, to już jest trzeci rok wysokiego deficytu; nie jest tak, że to jakiś wypadek przy pracy, tylko mamy problem strukturalny. Strukturalny - to znaczy mamy dziurę między dochodami i między wydatkami w państwie na 7 proc. PKB. To jest ogromnie dużo - podkreśla. - Trzeba się naprawdę zacząć rozglądać za tym, jak tę dziurę zmniejszyć, zasypać, jak zawęzić tę lukę - dodaje.
Ta "dziura" oznacza, że szybko rośnie dług. Jak podkreśla Kotecki, rynki to na razie akceptują i nie widać odmowy finansowania deficytu na rynkach finansowych. - Ale to jest tak naprawdę tylko dzięki temu, że wzrost gospodarczy jest przyzwoity. Jesteśmy rzeczywiście mistrzem Europy, jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy. Dopóki on będzie trwał, będzie chyba okej. Natomiast jeżeli zacznie się spowolnienie, a ono się kiedyś zacznie, - nie jest tak, że gospodarka zawsze będzie rosła - jeżeli ono się zacznie, to problem w finansach publicznych jakby jeszcze bardziej się nam pojawi, jako ten najbardziej palący prawdopodobnie - mówi członek RPP. Stąd potrzeba konsolidacji finansów publicznych, czyli zmniejszenie tego deficytu.
- Jeżeli ta konsolidacja finansów publicznych miałaby być szokowa, a nie taka stopniowa, to ona też prawdopodobnie odbiłaby się na wzroście (gospodarczym - red.) - dodaje. Przy czym przyznaje, że ten rok i przyszły prawdopodobnie są bezpieczne. - Natomiast pytanie, co potem, co od 2028 r. - zauważa Ludwik Kotecki, przy okazji wspominając, że kalendarz wyborczy nie będzie pomagać w schodzeniu z deficytu.
Sytuacja Polski może się zmienić nagle. "To są szokowe raczej dostosowania"
Pytany z kolei o to, co może skłonić rząd do działania i konsolidacji finansów publicznych, zwraca uwagę na to, że ta nie jest wymuszana obecnie przez rynki finansowe. - To nie KE kupuje nasze obligacje, tylko inwestorzy polscy i zagraniczni. Dopóki oni to robią i akceptują te rentowności, które dzisiaj mamy, to minister finansów jest w stanie jakby jeszcze sobie z tym żyć. Natomiast oczywiście w momencie, kiedy inwestorzy powiedzą nie, to sytuacja się natychmiast zmienia i, proszę mi uwierzyć, że to nie są jakby stopniowe, liniowe dostosowania. To są szokowe raczej dostosowania, to dzieje się szybko - ostrzega. - Ale jeszcze raz. Dopóki mamy wzrost, a mamy solidny wzrost w Polsce, my rośniemy szybciej niż tak zwany wzrost potencjalny, to jest mało prawdopodobny scenariusz, który nam tylko daje troszeczkę jeszcze czasu na to, żeby się zacząć zastanawiać, w jaki sposób tę lukę 7-proc. zasypać - mówi Ludwik Kotecki.
- Ja się spotykam z inwestorami bardzo często jako członek Rady Polityki Pieniężnej; oni bardzo cenią sobie rozmowy z nami. I trochę ich też podpytuję czasami, jak oni widzą te nasze perspektywy. Na razie jest tak, że rzeczywiście mówią: "Macie wzrost, macie fundusze unijne i to płynące szerokim strumieniem do Polski w tej chwili, to dopóki to jest, my będziemy jakby spokojnie sobie tutaj u was inwestować. Jak się to wam skończy, no to zobaczymy, co wtedy my zrobimy". Kupujemy na razie sobie czas tym wzrostem i tymi funduszami unijnymi, ale tak jak powiedziałem, to się w jakimś momencie skończy - podsumowuje Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej.
Rozmawiał Bartosz Bednarz














