MF potwierdziło w tym tygodniu, że są przymiarki do zmian w podatkach i podało potencjalne koszty. Podwojenie kwoty wolnej od podatku to główna, nie tylko niezrealizowana, ale nawet nietknięta dotychczas obietnica wyborcza Koalicji Obywatelskiej.
"Aktualnie w Ministerstwie Finansów prowadzone są prace analityczne dotyczące różnych wariantów zmian parametrów skali podatkowej. Dla budżetu państwa koszt podniesienia kwoty wolnej do 60 tys. zł w 2027 r. to 58,6 mld zł. Koszt podniesienia progu podatkowego do 140 tys. zł w 2027 r. to 11,6 mld zł. W przypadku wprowadzenia obu tych reform łączny koszt w 2027 r. to 70,2 mld zł" - podało MF w odpowiedzi na pytania o możliwości podniesienia kwoty wolnej od podatku PIT z obecnych 30 tys. zł oraz waloryzacji drugiego progu podatkowego z poziomu 120 tys. zł.
60 tys. zł kwoty wolnej kontra wyższy próg podatkowy. Dwa różne pomysły na niższy PIT
O podwyższeniu kwoty wolnej od podatku mówił w ub. tygodniu na antenie TVN24 szef PSL, wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.
Na pytanie, czy w obecnej kadencji Sejmu będzie wyższa kwota wolna od podatku, odpowiedział: "Tak. Będzie realizacja obietnicy podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Uważam, że to jest fundamentalne dla całej koalicji i nad tym pracuje minister Domański".
"Wszyscy, na czele z największą partią koalicyjną, poniesiemy bardzo duży koszt, jeżeli ta propozycja nie zostanie uchwalona, bo ona konsumuje kilka punktów programowych z naszej umowy, również emeryturę bez podatku, na czym nam bardzo zależy" - dodał wówczas.
Podniesienie progu mocno forsuje Polska 2050, która złożyła w Sejmie projekt poselski. W czerwcu 2026 r. Przemysław Czarnek, prezentując elementy nowego programu PiS, zapowiedział podniesienie drugiego progu podatkowego z 120 tys. do 180 tys. zł.
Który kierunek zmian jest bardziej uzasadniony?
- To zależy od celu reformy. Podniesienie kwoty wolnej jest lepiej ukierunkowane na osoby o niskich dochodach i wzmacnia progresję podatkową, ale oznacza bardzo wysoki koszt fiskalny. Z kolei podniesienie progów podatkowych jest rozwiązaniem bardziej adresowanym do osób o średnich dochodach i ogranicza zjawisko "zimnej progresji", czyli wzrostu efektywnego opodatkowania wywołanego jedynie inflacją lub wzrostem nominalnych płac, bez realnego wzrostu dochodów - wyjaśnia prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista BCC i były minister finansów.
Jak przełożyłoby się na konkretnego podatnika?
- Oba rozwiązania przynoszą korzyści podatnikom, ale są skierowane do zupełnie innych grup. Podwyższenie kwoty wolnej do 60 tys. zł byłoby rozwiązaniem najbardziej powszechnym. Skorzystaliby na nim wszyscy podatnicy rozliczający się według skali podatkowej, niezależnie od wysokości dochodów. Maksymalna korzyść wyniosłaby 3,6 tys. zł rocznie (12 proc. z dodatkowych 30 tys. zł kwoty wolnej). To rozwiązanie ma więc charakter egalitarny, ponieważ taką samą korzyść otrzymałby zarówno pracownik zarabiający 7 tys. zł miesięcznie, jak i osoba osiągająca wielokrotnie wyższe dochody - mówi Interii Biznes Małgorzata Samborska, doradca podatkowy i partner w Grant Thornton.
Choć, żeby skorzystać w maksymalnej kwocie, trzeba zarabiać brutto co najmniej 6,1 tys., a więc więcej niż minimalne wynagrodzenie.
Abstrahując od tego, czy to w ogóle realne, czy nie, to rozwiązanie miałoby też spore minusy.
Osoby zarabiające do tej kwoty w ogóle nie zapłacą podatku, a więc nie skorzystają z żadnych ulg podatkowych, nie odprowadzą 1,5 proc. na OPP. To w pewien sposób podważa sens istnienia ulg podatkowych, jeśli znaczna część podatników w ogóle nie płaciłaby podatku.
- Zupełnie inaczej działa podwyższenie drugiego progu podatkowego z 120 tys. zł do 140 tys. zł. W takim przypadku zyskują wyłącznie osoby, których roczne dochody przekraczają obecny próg. Oznacza to, że korzyść zaczyna pojawiać się dopiero przy wynagrodzeniach rzędu około 12 tys. zł brutto miesięcznie. Im wyższe dochody, tym większy efekt, aż do osiągnięcia maksymalnej korzyści wynoszącej 4 tys. zł rocznie. Pełne wykorzystanie tego rozwiązania następuje przy dochodach przekraczających około 140 tys. zł rocznie, co odpowiada wynagrodzeniu rzędu około 13,8 tys. zł brutto miesięcznie lub wyższemu - wylicza Samborska.
Pośrednia stawka podatkowa zamiast podniesienia kwoty wolnej
Jednocześnie pojawia się pytanie, czy kierunek zmian nie powinien być jeszcze inny. Zwłaszcza, że mamy skalę z bardzo dużym przeskokiem i plagę przechodzenia na B2B, żeby uciec od opodatkowania na skali. Doradca podatkowy zwraca uwagę, że jedną z głównych wad obecnego systemu jest bowiem bardzo gwałtowne przejście ze stawki 12 proc. do 32 proc. W praktyce różnica w kwocie "na rękę" wynosi nie tylko 20 punktów procentowych. Po przekroczeniu progu podatnik nadal płaci składki na ubezpieczenia społeczne, a dodatkowo składkę zdrowotną, której nie może już odliczyć od podatku. Łączny klin podatkowo-składkowy rośnie więc bardzo wyraźnie.
- Dla wielu specjalistów, menedżerów czy ekspertów, a nawet nauczycieli, oznacza to, że znacząca część każdej dodatkowo zarobionej złotówki trafia do państwa. Pogłębia to jeszcze system poboru zaliczek, który skonstruowany jest w taki sposób, że wynagrodzenie jest w jednakowej wysokości do momentu osiągnięcia progu podatkowego, a później następuje bolesny przeskok. Np. przy pensji brutto 13 tys. zł miesięcznie, w grudniu wypłata "na rękę" spada do 7 tys. zł (o 2 tys.) właśnie z uwagi na 2. próg podatkowy - wylicza Samborska. Kiedy uwzględnimy nie tylko podatek dochodowy, ale również składkę zdrowotną i składki ZUS, wiele osób ma poczucie, że państwo zabiera im ponad połowę dodatkowo zarobionych pieniędzy.
To jeden z głównych czynników wypychających podatników ze skali podatkowej w kierunku działalności gospodarczej opodatkowanej podatkiem liniowym lub ryczałtem.
- Dlatego moim zdaniem warto rozważyć trzecią drogę: wprowadzenie dodatkowego, pośredniego progu podatkowego, np. 22 proc. Taki mechanizm funkcjonuje w wielu krajach i pozwala łagodniej rozłożyć ciężar podatkowy. Zamiast skoku z 12 proc. bezpośrednio do 32 proc., podatnik przechodziłby najpierw do stawki pośredniej. Dzięki temu wzrost obciążeń byłby bardziej płynny, a efekt psychologiczny związany z przekroczeniem progu byłby znacznie słabszy. Z punktu widzenia rynku pracy mogłoby to być rozwiązanie skuteczniejsze niż samo podwyższanie kwoty wolnej czy kolejne przesuwanie granicy drugiego progu - dodaje Samborska.
Jej zdaniem nie tylko poprawiałoby progresję podatkową, ale również ograniczałoby motywację do poszukiwania alternatywnych form opodatkowania wyłącznie z powodów fiskalnych. Innymi słowy, być może największym problemem polskiej skali podatkowej nie jest dziś wysokość kwoty wolnej ani położenie drugiego progu, lecz brak "schodka pośredniego" między 12 proc. a 32 proc. To właśnie ten gwałtowny skok sprawia, że wielu podatników zaczyna rozglądać się za ucieczką na B2B.
Gdyby ustanowić pośredni próg podatkowy między 120 a 150 tys. zł, osoba z brutto 13 tys. w skali roku zyskałaby 1450 zł, osoba z 14 tys. brutto - ok. 2,2 tys. zł.
Kluczową kwestią będą też efekty budżetowe, czyli odpowiedź na pytanie, na jaką zmianę rząd może sobie pozwolić.
- Obecnie przestrzeń do trwałego obniżania podatków jest bardzo ograniczona. Polska notuje deficyt sektora finansów publicznych przekraczający 6 proc. PKB, jest objęta procedurą nadmiernego deficytu, a jednocześnie stoi przed koniecznością finansowania rosnących wydatków na obronność, ochronę zdrowia i starzenie się społeczeństwa. Co więcej, efektywne opodatkowanie dochodów z pracy w Polsce już dziś należy do najniższych w Unii Europejskiej - efektywna stawka PIT dla pracownika o przeciętnym wynagrodzeniu wynosi ok. 6,6 proc., wobec średnio 17,2 proc. w UE (średnia efektywna stawka PIT to średni udział faktycznie zapłaconego podatku dochodowego w wynagrodzeniu brutto, z pominięciem składek na ZUS i ubezpieczenie zdrowotne - red.) - mówi Wojciechowski.
- Dlatego z punktu widzenia polityki makroekonomicznej nie rekomendowałbym obecnie żadnej z tych reform. Jeśli jednak z przyczyn politycznych konieczny byłby wybór, bardziej racjonalne byłoby podniesienie progu podatkowego, ponieważ pozwala ograniczyć zjawisko "zimnej progresji", a jednocześnie jest rozwiązaniem znacznie mniej kosztownym dla budżetu niż podniesienie kwoty wolnej - dodaje ekonomista.
Monika Krześniak-Sajewicz
















