Reklama

Podatkowe absurdy? Za deszcz i śnieg, grzyby, brak dzieci...

Za deszcz i śnieg, grzyby, brak dzieci. Okazuje się, że opodatkować można wszystko - nawet korzystanie z dworca czy np. wyjmowanie gotówki z bankomatu. Władze licytują się na to, jak można byłoby zmniejszyć dziurę w budżecie. A kombinują, jak mogą.

Za zbieranie grzybów

Płacić za prawo do grzybobrania w lesie? A czemu nie! Ci, którzy chcieliby sprzedawać zebrane grzyby (masowo), musieliby wnieść opłatę podobną do tej, jaka obowiązuje np. wędkarzy. Leśnicy zdają się wiedzieć, co proponują, bo dochody ze sprzedaży grzybów sięgają rocznie około 740 mln zł (dane za: Wydział Nauk Rolniczych, Leśnych i Weterynaryjnych Polskiej Akademii Nauk). "Opodatkowanie tych dochodów pozwoliłoby pokryć straty, które poniesiono na naprawę wyrządzonych w lasach szkód", przekonywali też swego czasu. W planach były dodatkowo: płatne licencje dla zbieraczy, opłaty za wstęp do lasów i kursy dla grzybiarzy.

Reklama

Za deszcz i śnieg

A dokładnie za wody opadowe z dachów budynków, które nie wsiąkają w ziemię, ale kierowane są do kanalizacji. Wysokość daniny miałaby być zależna od powierzchni dachu. Ba, w części miast już taki podatek wprowadzono, i tak np. tylko z tego tytułu do kasy Miejskich Wodociągów i Kanalizacji w Koszalinie wpłynęło 6,5 mln zł rocznie. Docelowo władzom chodziłoby jednak o to, by podatek od deszczu był powszechny - obowiązywał bez wyjątku w całym kraju.

Za brak dzieci

Na baczności powinni się mieć single i bezdzietne rodziny. Pomysł zakładał, że daninę płacić miałyby osoby po 40. roku życia, co miałoby uratować system emerytalny - ten nie może sprawnie działać, kiedy rodzi się zbyt mało dzieci. Pomysł rodem z PRL-u. Jeszcze na początku lat 70. kawalerowie po 30. roku życia płacili dodatkowy podatek, tak zwane bykowe. Żyła złota? Wszystko wskazuje, że tak, bo single stanowią w Polsce około 26 proc. całego dorosłego społeczeństwa. Z roku na rok ich przybywa, a ta tendencja ma się utrzymać w kolejnych latach.

Za wizytę na dworcu

Podatek za możliwość poczekania na dworcu, jak mówią złośliwi. Chodzi o tzw. opłatę dworcową. Pobierana miałaby być "przez zarządcę dworców od przewoźników kolejowych, którzy płaciliby za każde zatrzymanie pociągu na dworcu". Około 1 zł od każdego pasażera. Opłata miałaby być przy tym uzależniona od kategorii dworca i długości pociągu, a przychody przeznaczone na utrzymanie ogólnodostępnych, publicznych części dworców - przejść, hal, toalet, poczekalni. Powód? Na utrzymanie ok. 900 czynnych polskich dworców brakuje ok. 135 mln zł. rocznie, wynika z wyliczeń kolejarzy.

Za wypłatę z bankomatu

Surcharge, bo taka miałaby być oryginalna nazwa podatku, miałby służyć finansowaniu rozwoju sieci bankomatów. Rankingi pokazywały, że Polska znajduje się pod tym względem w ogonie Europy. Prowizja miałaby być pobierana od każdej transakcji.

Za własne mieszkanie

Podatek katastralny miałby być uzależniony od wartości lokum i zastąpić podatek od nieruchomości (ten wynosi maks. kilkaset złotych rocznie i uzależniony jest od powierzchni mieszkania). Danina najbardziej uderzyłaby po kieszeni właścicieli domów i apartamentów, mieszkańców największych miast, gdzie ceny za mkw. są najwyższe.

Za jazdę samochodem

Mówi się o nim krótko: podatek Religi. Pomysł prof. Religi, który wprowadził "daninę" od polis OC podoba się nowemu szefowi resortu zdrowia, Marianowi Zembali. Ubezpieczyciele już biją na alarm, bo pamiętają, że siedem lat temu, za czasów profesora Religi, oddawały do NFZ 12 proc. z każdej polisy. Nowy szef resortu zdrowia mówi, że teraz takie opłaty wynosiłyby od 5 do 8 proc.

Dorota Kalinowska

24 czerwca 2015

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »